MEA culpa

Humanizm czy antyhumanizm? – czyli dokąd zmierza muzyka współczesna i gdzie znaleźć dla niej ratunek

Natalia Świtała

humanizm-czy-antyhumanizm-czyli-dokad-zmierza-muzyka-wspolczesna-i-gdzie-znalezc-dla-niej-ratunek

Powołując się na myśli Lutosławskiego trudno nie zgodzić się z jego opinią, że dzisiejszej sytuacji w muzyce można przypisać stan „permanentnej rewolucji”. Istotną jej cechą – jak podkreśla kompozytor – jest negacja wszystkiego, co w dziedzinie języka muzycznego, techniki komponowania, stylu, środków wyrazu zostało już raz użyte. [...] To, co było dobre wczoraj, jest dzisiaj złe; to zaś, co jest dobre dzisiaj, będzie złe jutro[1].

Problem poważnego kryzysu, który ma miejsce w muzyce i w sztuce w ogóle, został niejednokrotnie już podjęty przez modernistycznych pisarzy jak np. Hugo von Hofmannstahl skupiający się na kryzysie języka i rozumu w Ein Brief czy Richard Sheppard starający się znaleźć odpowiednie diagnozy i rozwiązania tego zagadnienia w tekście Problematyka modernizmu europejskiego.

Karol Berger w Potędze smaku zauważa pewne zależności i zmiany kultury, które w sposób interwałowy przeplatają się od wieków. Zwraca uwagę na to, że od kilkuset już lat na przemian do czynienia mamy albo ze sztuką abstrakcyjną, albo mimetyczną, artystyczną, albo popularną, a co za tym idzie bliższą człowiekowi albo coraz bardziej dla przeciętnego słuchacza niedostępną. Dzięki zjawisku sinusoidalnych przepływów, stara się ukazać, że nie ma jednego i ostatecznego paradygmatu, który porządkowałby świat raz na zawsze. Ale skąd w ogóle wziął się ten problem i czy rzecz tkwi jedynie w samym paradygmacie?

Rozważania nad przemiennością sztuki abstrakcyjnej i mimetycznej doprowadzają nas do klasyfikacji muzyki jako humanistycznej bądź też antyhumanistycznej. Głównym więc ogniwem i przyczyną takich rozłamów musi być zapewne postać ludzka, człowiek. Znane są wszystkim czasy w historii, kiedy to na przemian raz skupiano się na człowieku, innym zaś razem na Bogu (antropocentryzm i teocentryzm), ale o dziwo wiek XX zwłaszcza, przedstawia jeszcze inny model myślenia. Mamy do czynienia z syntezą (w absolutnie jak najgorszym tego słowa znaczeniu). Otóż współczesny człowiek nie tylko w centrum zainteresowań stawia ludzki umysł czy ciało, ale zupełnie już zapominając o Bogu, stara się nim po prostu zostać. Tak też jak słusznie dostrzega Roman Haubenstock-Ramati Każdy kompozytor wymyśla sobie jakąś filozofijkę, aby usprawiedliwić własne postępowanie[2], chociaż nie tylko kompozytorów tyczy się ta tendencja. Dzisiaj niemal każdy wierząc w kult własnego rozumu i samorozwoju stara się udowodnić samemu sobie, że jest wielkim kimś, zapominając o tym, że jest jeszcze Ktoś poza nim, Ktoś nieporównanie większy. Być może do takiego rozwoju rzeczy przyczyniły się postępy w dziedzinach naukowych, które pozwalając na chwilę zachłysnąć się ludziom własnym geniuszem pozbawiły ich już do końca pokory. Czy więc sens tego świata tkwi w paradygmatach, które są zbiorem pojęć i teorii tworzących podstawy danej nauki, które nie są dane raz na zawsze, a więc podważają sens istnienia absolutnej słuszności? Czy też może za punkt wyjścia powinniśmy na nowo w naszym życiu postawić jedyną Postać Absolutną?

O dehumanizacji sztuki pisał Jose Ortega y Gasset w eseju pod tym samym tytułem (Dehumanizacja sztuki). Autor dzieli w nim ludzkość na wybitną i pospolitą. Jako wybitną, określa jedynie tę część społeczeństwa, która jest w stanie zrozumieć współczesną sztukę. W ten sposób wydaje się zaliczać siebie do nowej arystokracji, która zdecydowanie odcina się od prostackiego plebsu. Przeczytać możemy: Nowa sztuka już przez samo swoje istnienie zmusza przeciętnego obywatela do zdania sobie sprawy z tego, kim jest – prostym zjadaczem chleba, ślepym i głuchym na czyste piękno, niezdolnym do przyjęcia sakramentu nowej sztuki[3]. (Współczesny człowiek nie tylko siebie umieszcza w sferze boskiej, ale nawet - jak widać - tworząc sztukę jest w stanie udzielać sakramentów!) W jaki sposób definiuje się więc owego zjadacza chleba? To człowiek (a nie Bóg), którym rządzą ludzkie namiętności, który jest w stanie dostrzec piękno otaczającego go świata, kochać, współodczuwać. Chciałoby się powiedzieć – jest po prostu człowiekiem, którego przepełnia ludzka wrażliwość.

Zatrważające wizje ukazuje Gasset, przytaczając chociażby przykład umierającego człowieka. Gdzie zatraciło się nasze człowieczeństwo, jeśli tak jak twierdzi eseista na widok śmierci pacjenta lekarz z racji lekarskiego obowiązku, jest tym przypadkiem głęboko przejęty: jako lekarz ponosi pewną odpowiedzialność za pacjenta, być może jest to również sprawa jego reputacji zawodowej. [...] Jego wzruszenie wywodzi się nie z serca, lecz z zawodowego obowiązku[4]. Analogicznie sprawa przedstawia się w przypadku reportera i malarza. Zrozumiałe jest, że ze względu na relacje interpersonalne między przytoczonymi postaciami, ból rozstania ze zmarłym w przypadku każdego bohatera przypowieści będzie inny, ale czy „ja” widząc śmierć nawet kogoś zupełnie obcego, jestem już tak wyzbyta z wszelkich uczuć, że nie jestem w stanie takiego wydarzenia „przeżyć”? Rzeczywistość „przeżywana” staje się w tym przypadku niegodna prawdziwego artysty. W tym miejscu należałoby chyba zastanowić się przede wszystkim nad tym, kim jest artysta. Czy rzeczywiście poeta zaczyna się tam, gdzie kończy się człowiek[5]? Czy można się zgodzić, że artysta, by to [powoływanie do życia światów urojonych] osiągnąć, musi odrzucić rzeczywistość i tym samym postawić się ponad nią?[6].

Takie poglądy przedstawia Wolfgang Welschw tekście Sztuka wykraczająca poza granice ludzkie – ku postawie transludzkiej. Welsch przedstawia tu podejście do sztuki jako postawę aludzką lub transludzką. Aludzka jest oczywiście negacją wszystkiego co ma związek z humanizmem, transludzka z kolei powinna budzić naszą świadomość integracji z naturą i wielkim światem istot żywych. Pierwsza z postaw typowa jest dla myślenia europejskiego, zachodniego, ostatnia zaś powołuje się na kulturę azjatycką. Mimo tak znacznej różnicy kulturowej a przede wszystkim religijnej jaka dzieli oba te regiony, Welsch ukazuje słuszny pogląd, w ramach którego ludzie i ich kultura rozumiane są jako jeden z elementów większego niż ludzki świata. Ratunku jednak nie szukałabym w „racjonalnym buddyzmie”.

Próbując moją własną postać odnieść do przedstawianych tu tendencji i wizji nie jestem w stanie zrozumieć Gasseta, która wątpi w to, by w naszych czasach jakikolwiek młody człowiek mógł zainteresować się poematem, obrazem czy utworem muzycznym, które nie byłyby zaprawione odrobiną ironii. Absolutnie nie uważam, by trudno było zainteresować człowieka poniżej trzydziestki książką, która pod pretekstem uprawiania sztuki opowiada o życiu i czynach kilkorga mężczyzn i kobiet. Cóż... okazuje się, że uważając się za artystę, pozostaję mimo wszystko zatwardziałym plebsem, który stworzony jest po to by żyć i cieszyć się życiem, kochać i przeżywać. Jeśli faktycznie byłoby tak jak twierdzi Apollinaire, że artyści są ludźmi pragnącymi się odczłowieczyć, którzy mozolnie poszukują śladów nieczłowieczeństwa, to Boże broń mnie od artystów! Ponad wszystko bowiem pragnę w drugim człowieku odnaleźć człowieka.

Nie mogę się zgodzić ze zdaniem Gasseta, że dla nowej sztuki nie ma już drogi odwrotu. Może właśnie zbyt daleko już zabrnęliśmy, chcieliśmy być „zbyt” i „naj”. Może przestańmy już bawić się w Boga i oddajmy Bogu co boskie, cesarzowi co cesarskie. Takie postawienie sprawy nie będzie wcale proste, ponieważ trzeba do tego wiele pokory. To On odpowiedzialny jest za nasze Stworzenie, to dzięki Niemu posiadamy talenty, które ostatnio wiodą nas ku zatraceniu. Mimo rozwoju człowieka na jakiejkolwiek płaszczyźnie nie możemy zapominać o tym, że Jemu nigdy nie dorównamy. Jesteśmy tylko i aż ludźmi, dlatego nie starajmy się być transczłowiekiem, bowiem to droga, która zaprowadzić może nas wyłącznie na manowce. Dla nas, katolików najistotniejsze znaczenie w tej kwestii powinno mieć pierwsze przykazanie Nie będziesz miał bogów cudzych przede mną. Pamiętajmy, że jeśli On będzie postawiony w naszym ludzkim, ziemskim życiu na pierwszym miejscu, to wszelkie inne problemy znajdą właściwe rozwiązanie.

Czy pozwolimy na to by naszym życiem rządził transhumanizm czy Bóg? Wolna wola pozostawia nam prawo wyboru. Może wystarczy zaufać Panu, aby wszelkie kręte ścieżki, nie tylko te którymi przechadza się muzyka zostały naprostowane?


[1] Witold Lutosławski, O muzyce: pisma i wypowiedzi, Gdańsk 2011, s. 228

[2] Ibidem, s.231

[3] Jose Ortega y Gasset, Dehumanizacja sztuki, w: Dehumanizacja sztuki i inne eseje, przeł. Piotr Niklewicz, Warszawa 1980, s. 281

[4] Ibidem, s. 289

[5] Ibidem, s. 302

[6] Ibidem, s. 317.

Opublikowano: 2013-12-02

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 284