Instrumenty muzyczne MEA culpa

Z ukosa: Komu potrzebni Sikorski i Drobner?

Beniamin Vogel

z-ukosa-komu-potrzebni-sikorski-i-drobner

W ofertach kilku księgarni internetowych znalazłem ostatnio książeczkę (w formacie pdf) zatytułowaną: Dźwięk i instrumenty muzyczne. Nauka o instrumentach. [kropki końcowe po każdym członie tytułu oryginalne!]. Opublikowana przez warszawskie Wydawnictwo Sonoria w 2011 r. jako skrypt dla „realizatorów i producentów filmowych i telewizyjnych, studentów i słuchaczy szkół filmowych, aspirantów do zawodu operatora dźwięku oraz wszystkich, których interesuje dźwięk”. Ów skrypt został „opracowany na podstawie książki Dźwięk w filmie” tej samej Autorki. We wstępie redaktorka wydania zaręcza: Czytelnik szukający uporządkowanej wiedzy o rodzajach instrumentów i ich historii znajdzie ją w poniższym opracowaniu. W książce zawarta jest zarówno podstawowa wiedza, skąd pochodzą instrumenty, jak również informacje o ich różnorodnym klasyfikowaniu, poczynając od instrumentów tradycyjnych, historycznych, aż po nowoczesny sprzęt, taki jak np. syntezatory, sequencery czy gitary elektryczne. Wszystko to ma być w dostępnej dla laików formie, zgodnie ze stwierdzeniem (s. 10): „Naukę o budowie i działaniu instrumentów nazywamy instrumentoznawstwem, a bardziej naukowo instrumentologią (wyróżnienia w cytatach – BV).” Szczęśliwie księgarnie internetowe oferują bezpłatnie do wglądu fragment owej książeczki – pierwsze 32 strony – na których podstawie mogłem ocenić wartość merytoryczną i edukacyjną owego skryptu.

Tak się składa, iż jestem właśnie instrumentologiem, co nie umniejsza znaczenia i wiedzy instrumentoznawców, zajmujących się stosowaniem wiedzy o instrumentach, ich właściwościach brzmieniowych i wykonawczych w aktualnej praktyce muzycznej (głównie instrumentacji). Nie mniej to, co można wyczytać we wspomnianym skrypcie, jest momentami zadziwiającym pomieszaniem z poplątaniem, kompilacją czasami dość chaotyczną i bez rzeczywistej znajomości rzeczy w imię rzekomej „przystępności”. Przy tym poraża raczej archaiczna i rzadko przytaczana bibliografia, jak np. Akustyka muzyczna Gabriela Tołwińskiego z 1929 r. Strona edytorska również nie jest mocną stroną wydawnictwa, które nie przestrzega podstawowych zasad polskiej pisowni (np. „Mała Encyklopedia Muzyki”) itp.

Najbardziej zastanawiające jest, po co to wszystko. Kiedy ostatni raz zaglądałem do książek o instrumentoznawstwie Kazimierza Sikorskiego i Mieczysława Drobnera, niczego im nie brakowało i w dalszym ciągu były i są znakomitymi podręcznikami dla średnich szkół muzycznych, czyli równie dobrze dostępnymi (i zrozumiałymi) dla studentów szkół filmowych, czy też reżyserii dźwięku. Sikorski jeszcze przed II wojną światową wydał Instrumentoznawstwo w 1932 r., wznawiane przez PWM w 1950 i 1975 r. Drobner wraz ze Stanisławem Gołachowskim wydali Akustykę muzyczną w 1953, wznowioną w 1973 r., a sam Drobner wydał przez PWM podręcznik Instrumentoznawstwo i akustyka w 1960 r., wznawiany wielokrotnie do dziś! Ponadto widać, że przy kompilacji materiału do omawianej pozycji z tych książek również korzystano.

PWM (Polskie Wydawnictwo Muzyczne, mylone przez autorkę i wydawnictwo Sonoria z PWN – zob. s. 7) było w okresie edytowania książek Sikorskiego i Drobnera w okresie swojej świetności (znakomici edytorzy, korektorzy, drukarze). Nawet dziś jakość przygotowania i druku owych podręczników zadziwia. Może i była to, jak twierdzą z dezaprobatą niektórzy, świetność komunistyczna, na dodatek cenzurowana. Dziś mamy wolność słowa, każdy może pisać i wydawać, co chce. I nie ma cenzury, ale i nie ma autocenzury! Niegdyś pisałem (a także Jerzy Gołos) o zalewie rynku księgarskiego w 2007 r. tłumaczeniami zagranicznych encyklopedii i słowników poświęconych muzycznym instrumentom (m.in. Wojsko gra na fujarkach – czyli o naukowej pornografii, „Ruch Muzyczny” 2008 nr 6 s. 36-8). Były to przekłady dokonane, co prawda, przez filologów, lecz muzycznych amatorów i wydawane bez konsultacji ze specjalistami nawet przez tak znane oficyny, jak Arkady, z całą masą błędów merytorycznych, ale z pewnością dochodowe. Owe pięknie ilustrowane buble wydawnicze (których przecież nie można reklamować z powodu wspomnianych „wad ukrytych”) znajdują się obecnie nawet w zbiorach podręcznych Instytutu Muzykologii Uniwersytetu Warszawskiego!

Po co to wszystko? Czy znakomitemu specjaliście w danej dziedzinie potrzebna „naukowa” aureola? Może reżyserom dźwięku tajemnice instrumentów, które nagrywają, może odkrywać tylko dźwiękowiec? Przypomina mi się, jak bodaj w 2009 r. szanowna Polska Komisja Akredytacyjna po wizytacji Katedry Edukacji Artystycznej Uniwersytetu Szczecińskiego zakwestionowała wliczanie do minimum kadrowego dwu tzw. samodzielnych pracowników naukowych, ale muzykologów (uczących historii muzyki, analizy muzycznej, prowadzących seminaria dyplomowe itp.), ponieważ ich specjalnością nie była „edukacja artystyczna”! Kwestionowano też kompetencje innego pedagoga, absolwenta akademii muzycznej, ale z doktoratem (o Carlu Loewem w życiu kulturalnym Szczecina) uniwersyteckiego Wydziału Historii!

Wróćmy do dobrych podręczników i książek, a nie ich kiepsko i błędnie skompilowanych bryków. Przecież fundamentalna dla instrumentologii (i instrumentoznawstwa) Historia instrumentów muzycznych Curta Sachsa miała już kilka wydań po polsku. Podobnie ostatnio przetłumaczono z angielskiego i wydano Instrumenty muzyczne biblii Jeremy’ego Montagu. To naprawdę nie są zbyt trudne w czytaniu i naukowo „hermetyczne” dzieła. A swoją drogą znajomość instrumentologii, czy też instrumentoznawstwa w środowisku muzycznym bardzo zmizerniała, skoro nikomu nie przeszkadzają opowiastki owe dziedziny upokarzające.

A tymczasem efekty takiego błogiego nieuctwa są coraz smutniejsze. Oto w „odrodzonym” i poszerzonym „Ruchu Muzycznym” (2015 nr 4, s. 62-3) pisano Jak nie grać folku. I tutaj czytamy m.in. o szwedzkim muzyku grającym na „citternie i gitarach”. Potem jeszcze nazwę owego nieznanego instrumentu odmieniono, nadając jej, nie wiedzieć dlaczego, tym razem rodzaj męski: „Nie ratuje ich nawet ciekawe brzmienie citternu, bo i z niego płyną dźwięki zagrane z manierą popową”. Przez zwykłe skojarzenie brzmieniowe można by dotrzeć do polskiej nazwy owego narzędzia muzycznego – cytary. Niestety w dostępnych w Polsce muzycznych encyklopediach nie podano jej obcojęzycznych nazw (także we wspomnianym Instrumentoznawstwie Drobnera, gdzie o cytarze na s. 88). Ale zajrzałem też do Wielkiego słownika angielsko-polskiego Jana Stanisławskiego, wydanego przez Wiedzę Powszechną w 1968 r. (taki mam na półce), a także jego współczesnego odpowiednika Państwowego Wydawnictwa Naukowego online i mogłem się tylko za głowę złapać. Jest tam, co prawda, hasło cithern, cittern, ale tłumaczone jako cytra! Rozumiem więc rozterki Autorki wspomnianego artykułu, jeśli próbowała ową „citternę” spolszczyć.

Gdzie indziej znajdujemy sięganie do słowników językowych, ale bez znajomości rzeczy i tak się nie można obyć. Oto na „lutniczej” stronie internetowej (http://portal.polskielutnictwo.pl/node/36064; dostęp 2015-06-29), relacjonując książkę Musical Instruments (Instrumenty muzyczne) Darcy Kuronena, kustosza działu instrumentów Muzeum Sztuki w Bostonie, przetłumaczono m.in. termin Appalachian dulcimer nie tylko jako „cymbały”, ale na dodatek  „z rejonów Apallachów (sic)”. Tymczasem ów używany w północno-amerykańskich Appalachach „dulcimer” to nie cymbały, choć tak się zazwyczaj to słowo z angielskiego tłumaczy. Tutaj jest to rodzaj cytry. Dość popatrzeć na zmieszczone w książce (i Internecie) fotografie instrumentu. Owa informacja o książce z Bostonu figuruje na owym portalu od 30 VI 2013. Nic dziwnego, że podobne informacje o „górskich cymbałach” w Appalachach znaleźć można już znaleźć na portalu o szumnej nazwie „Wiedza” (http://www.mfsany.com/co-to-jest-muzyka-tradycyjna-appalachow/; dostęp 2015-06-29).

Komu więc potrzebni Sikorski i Drobner, skoro wystarczy powielanie banialuków w druku i Internecie, co kończy się takimi kuriozalnymi stwierdzeniami, jak np. o aerofonach: „Źródłem ich dźwięku jest strumień powietrza, pobudzony do drgań za pomocą zadęcia (...)”. Najwyraźniej Autor tej „definicji” nie ma pojęcia, w czym rzecz (jest to także przysłowiowe masło maślane, bo nie dość, że zamiast słupa powietrza jest jego strumień, to jeszcze pobudzany dmuchaniem, czyli innym strumieniem powietrza). Tę wątpliwej urody „perełkę” znalazłem w pracach młodego pokolenia wykonanych w ramach programów Szkoła Mistrzów Budowy Instrumentów Ludowych prowadzonych przez Instytut Muzyki i Tańca (zob.: Budowa dud wielkopolskich typ rawicko-gostyński, Włoszakowice 2014; http://imit.org.pl/uploads/materials/files/Budowa%20dud%20wielkopolskich,%20typ%20rawicko-gosty%C5%84ski.pdf; dostęp 2015-06-26).

Profesor Beniamin Vogel  muzykolog, prowadzi badania z dziedziny socjologii muzyki, historii muzyki oraz instrumentologii. Zajmuje się m.in. historią polskiego budownictwa fortepianów i lutnictwa, wytwarzaniem instrumentów muzycznych w dawnym Gdańsku i okolicach oraz historią budownictwa instrumentów w Szwecji.

Opublikowano: 2015-07-13

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 273