Muzyka fortepianowa Wywiad

Im dalej w las, tym... większy zachwyt. Rozmowa z prof. Joanną Domańską

Agnieszka Nowok-Zych
im-dalej-w-las-tym-wiekszy-zachwyt-rozmowa-z-prof-joanna-domanska
fot. Marek Grotowski, źródło: wikipedia.pl

Pianistka i pedagog. Prezes Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w latach 2011-2017, dyrektor artystyczny międzynarodowego festiwalu Dni Muzyki Karola Szymanowskiego w Zakopanem (10 edycji) i festiwalu Wieczory z muzyką Karola Szymanowskiego w Katowicach, inicjator Międzynarodowych Konkursów Muzycznych im. Karola Szymanowskiego w Katowicach (w kategoriach: kompozycja i kwartety smyczkowe). Odznaczona srebrnym medalem Gloria Artis za całokształt działań związanych z propagowaniem twórczości Karola Szymanowskiego. Jest wybitną interpretatorką dzieł Karola Szymanowskiego: trzy płyty poświęcone jego twórczości zostały docenione nominacjami do nagrody Fryderyk (1996, 2007, 2008) oraz Pizzicato Supersonic Award (2008).[1].

Agnieszka Nowok-Zych: Przed naszą rozmową znane mi były Pani osiągnięcia artystyczne, ale mimo to zrobiłam przegląd stron internetowych: prawie przy każdym biogramie pojawia się informacja „ceniona interpretatorka muzyki Karola Szymanowskiego”. Taką adnotacją może pochwalić się niewielu pianistów. Jak to jest należeć do tak elitarnego grona?

Joanna Domańska: To fakt, wciąż jedynie wąski krąg pianistów interesuje się twórczością Szymanowskiego. Zgłębiam ów problem od niemal trzech dekad...

A.N.Z.: Jakie wnioski nasuwają się w tej kwestii?

J.D.: Zainteresowanie jest w moim odczuciu wciąż niewystarczające, ale jednak stale rosnące: Szymanowski coraz częściej pojawia się w repertuarze pianistów ‒ szczególnie młodych, lubiących podejmować ambitne wyzwania. Jeśli chodzi o mnie, to jestem chyba odosobnionym przypadkiem ‒ zajęłam się tą twórczością rzeczywiście dogłębnie, jako pianistka i pedagog, próbując odgadnąć jej fenomen. Wydaje się, że posiadanie w repertuarze niemal wszystkich fortepianowych dzieł kompozytora uprawnia mnie do wyciągania pewnych wniosków.

A.N.Z: Trzy dekady brzmią naprawdę imponująco. Czy pamięta Pani Profesor moment pierwszej fascynacji muzyką Szymanowskiego? Przy tej okazji nie sposób nie zapytać również, jak w tym czasie zmieniło się Pani myślenie na temat jego twórczości?

J.D.: Zasadniczo! (śmiech) Zaczęłam od Masek – to był mój pierwszy kontakt z muzyką Szymanowskiego przy okazji przewodu I stopnia, odpowiednika dzisiejszego doktoratu.

A.N.Z.: Zatem pierwszy kontakt wynikał z konieczności.

J.D.: W związku ze wspomnianym awansem poszukiwałam repertuaru, który dałby mi możliwość wirtuozowskiego popisu – w tamtych czasach podstawą przewodu był publiczny recital. Byłam wtedy młodą wykonawczynią, a wiadomo – młodzi lubią się popisywać. Maski op. 34 nadają się pod tym względem idealnie: to prawdziwe fajerwerki pianistyczne. Nad cyklem pracowałam również z jedną z moich studentek i w naturalny sposób postanowiłam przyjrzeć się dziełu nieco bliżej. Potem odkryłam Mazurki op. 50, w których zafascynowała mnie harmoniczna świeżość, powiew góralszczyzny... Pamiętam to wspaniałe uczucie, gdy z każdą odwróconą kartką odkrywałam coraz piękniejsze frazy... Teraz po latach mogę z całą stanowczością powiedzieć, że Szymanowski okazał się być w pełni moim „muzycznym światem”: odkryłam w jego muzyce wszystko, co fascynowało mnie przed spotkaniem z jego twórczością.

A.N.Z.: O jakich cechach mówimy?

J.D.: Na pewno o bliskości z muzyką Fryderyka Chopina – na moją perspektywę miały wówczas wpływ przygotowania do Konkursu Chopinowskiego. Dalej był Johannes Brahms, czyli moja wielka miłość, zwieńczona I nagrodą na Konkursie Brahmsowskim w Terni we Włoszech. Później niezwykle zainteresowała mnie muzyka francuska – spędziłam rok na stypendium w Paryżu. Zdziwiłam się bardzo, gdy wszystkie te elementy, które były dla mnie źródłem największych wzruszeń, odnalazłam w muzyce Szymanowskiego! Myślę tu o poetyckości Chopina, serdecznej, żarliwej ekspresji Brahmsa, francuskiej wrażliwości na brzmienie, wyczuleniu na najdrobniejsze niuanse barwy dźwięku. Zaczynając od Masek, wcale nie planowałam zajmować się Szymanowskim „na serio” – po prostu poszerzałam repertuar, ale parafrazując znane powiedzenie: im dalej w las, tym większy zachwyt. Nigdy bym nie przypuszczała, że jednym z moich głównych zamierzeń artystycznych stanie się rejestracja wszystkich utworów Szymanowskiego przeznaczonych na fortepian. Przygotowuję już materiał na kolejną płytę: I Sonatę, Wariacje h-moll oraz Preludium i Fugę cis-moll, które dopełniają ten wczesny, romantyczny okres. Na deser zostanie mi już tylko II Sonata.

A.N.Z: Wracając do pianistów i obecności w ich repertuarze muzyki Mistrza z Tymoszówki, tak jak wspomniałyśmy już wcześniej, niewielu gra komplet jego dzieł, nie mówiąc już o ich rejestracji.

J.D.: Wszyscy artyści dokonujący nagrań kompletu dzieł jakiegoś kompozytora najczęściej otrzymują z danej wytwórni zamówienie, obowiązuje ich określony czas, w którym dzieła przygotowują i nagrywają. Ja nie nagrywałam w związku z zamówieniem, przez co miałam możliwość znacznie dłuższego przebywania z utworami Szymanowskiego – zaowocowało to bardziej wnikliwą analizą, a ja sama bardzo zbliżyłam się do kompozytora. W ramach przygotowań do mojej ostatniej płyty odbyłam m.in. podróż jego śladami po Ukrainie, zwiedzając miejsca z nim związane. Rzadko dociera do nas fakt, że Szymanowski spędził na Ukrainie połowę swojego życia.

A.N.Z.: Bycie w miejscu narodzin Szymanowskiego, które było świadkiem tak wielu tragicznych wydarzeń, zwłaszcza dla artysty bardzo emocjonalnie z nim związanego, musi stanowić ogromne przeżycie.

J.D.: Tak, to prawda. To było wielkie wzruszenie, poczułam ścisk w gardle, patrząc na staw Tymoszowiecki i okolicę...

A.N.Z.: Podobno właśnie w tym stawie miał znaleźć się fortepian Szymanowskich, bezceremonialnie wyrzucony przez bolszewików.

J.D.: Tak mówią. Czy tak właśnie było – nie wiem, ale bez wątpienia był to dramatyczny czas. Trudno wyobrazić sobie, jaki koszmar musieli wówczas przeżywać mieszkańcy Tymoszówki i innych majątków, w których mieszkali bliscy Szymanowskim ludzie. Wspomina o tym Zofia, młodsza siostra Szymanowskiego. Ślady tych zdarzeń odnajdujemy także w korespondencji kompozytora. To były traumatyczne przeżycia, nie ma co tego wątpliwości.

A.N.Z.: Wiemy już, że ostatnia płyta z młodzieńczymi utworami Szymanowskiego pochodzącymi z lat mniej więcej 1900–1905 powstawała niezależnie od zamówienia, co przełożyło się na bliższe obcowanie z dziełem i bardziej wnikliwe zbadanie jego materii. Jak dokładnie przygotowywała się Pani Profesor do nagrania albumu?

J.D.: Zacznę od tego, że wczesne kompozycje Szymanowskiego najczęściej znajdują się w repertuarze pianistów. Powszechnie uważa się, że są mniej skomplikowane. To prawda, ale teraz widzę wyraźnie, że już na tym początkowym etapie w zalążkowej formie istniały wszystkie najważniejsze cechy stylu kompozytora, m.in. wielowarstwowość, polifonia, myślenie Beethovenowskie w odniesieniu do konstrukcji formy... Kiedy zaczynałam od Masek i Mazurków nie istniało zbyt wiele nagrań, nie wytworzył się żaden kanon wykonawczy tak, jak to jest w przypadku  Chopina – dzięki temu czułam się swobodnie i mogłam grać, jak mi serce dyktowało. Nie odczuwałam wówczas respektu przed muzyką Szymanowskiego. Respekt pojawił się właśnie przy ostatniej płycie: utwory są dość dobrze znane, ilość nagrań spora – jest z czym konkurować. Preludia i Wariacje obecnie ma w repertuarze niemal każdy polski wykonawca, a wiadomo, że nagrywający ma ambicję zaproponowania czegoś nowego, co jego interpretację wyróżni w jakimś aspekcie.

Według mnie jedynie w momencie, gdy mamy rzeczywiście coś ważnego do zakomunikowania, jest sens nagrywać; jeśli nie mamy nic do powiedzenia, lepiej się do tego nie zabierać.

Kierując się tym założeniem, by moja propozycja nie zniknęła w morzu podobnych, odczułam podświadomą potrzebę odbycia podróży do źródeł. Porównywałam również pięć różnych wydań utworów, które zamierzałam nagrać, z wydaniem japońskim włącznie, dochodząc powoli do prawdy, co jest właściwym autorskim zapisem, a co błędem drukarskim lub ingerencją redaktorów. Dodatkowo zainspirowały mnie rękopisy Preludiów i Fantazji, które potwierdziły to, co intuicyjnie wyczuwałam. Efekty tej pracy porównawczej zawarłam w przygotowywanej do wydania publikacji pt. Problemy wykonawcze we wczesnych utworach fortepianowych Karola Szymanowskiego.

A.N.Z.: W jednej z wypowiedzi na temat ostatniej płyty powiedziała Pani, że w swoim odczuciu to właśnie w ramach zarejestrowanych na niej utworów udało się Pani najbardziej zbliżyć do „ducha muzyki Szymanowskiego”. Co to oznacza? Czy znamy wypowiedzi, w których kompozytor mówi wprost, co w interpretacji kluczowe?

J.D.: W jego niezwykle obszernej korespondencji i pismach muzycznych znajdujemy wiele wypowiedzi na ten temat. W wywiadzie udzielonym przed koncertem w Kopenhadze, gdzie wystąpił ze swoją IV Symfonią, stwierdza, iż jako grający kompozytor wykonuje własne utwory, ale gdyby był koncertującym pianistą wirtuozem, grałby tylko utwory Chopina. To wyraźnie wskazuje nam, jak ważny był dlań Chopin jako dzieło, przekaz, konkretna estetyka. Z kolei w liście do Natalii Dawydow podkreśla, że jego celem jest tworzenie pięknej emocji. Szukałam również wypowiedzi współczesnych Szymanowskiemu na temat jego gry. Wiemy, że Szymanowski grał w 1918 w Elizawetgradzie na dwóch koncertach. Występujący z nim skrzypek Wiktor Goldfeld, dla którego Szymanowski napisał Kaprysy według Paganiniego, wspomina, iż jego technika pianistyczna nie była oszałamiająca, ale był tak sugestywny w swojej grze, interpretował muzykę w sposób tak głęboki, że ludzie wydawali się prawdziwie zahipnotyzowani. Podobnych wrażeń doświadczyli słuchacze koncertu w Zakopanem, gdzie 14 stycznia 1924 Szymanowski grał i improwizował w nieopalonej Sali Sanatorium Czerwonego Krzyża ‒ według relacji Kornela Makuszyńskiego ‒ przez 3 godziny.

A.N.Z.: Skoro o tym mowa, Pani wykonania Szymanowskiego również skutecznie „zahipnotyzowały” nie tylko polskich, ale i europejskich krytyków – jedna z poświęconych mu płyt została nagrodzona prestiżową Pizzicato Supersonic Award, a ostatnia właśnie otrzymała nominację do Fryderyka 2021. Twórczość wokalno-instrumentalna Szymanowskiego świetnie znana jest za granicą głównie dzięki Sir Simonowi Rattle'owi. Jak właściwie wygląda recepcja dzieł fortepianowych tego polskiego kompozytora poza granicami kraju?

J.D.: Niestety, poza Polską „fortepianowy Szymanowski” jest słabo obecny, to indywidualne wybory kolejnych pianistów, wśród których prym wiodą Azjaci. Gdy pełniłam funkcję prezesa Towarzystwa Muzycznego im. Karola Szymanowskiego, nawiązaliśmy współpracę z duńskim Towarzystwem im. Carla Nielsena. Była tam mała grupa „zapaleńców”, „fanów” muzyki Szymanowskiego – ostatecznie zawsze jednak obijaliśmy się o jakąś ścianę, pewnego rodzaju niechęć i brak zainteresowania.

A.N.Z.: Myśli Pani, że wynika to z faktu, iż nazwisko Szymanowskiego wciąż jest za niezbyt znane na arenie międzynarodowej, czy jego twórczość uznana jest za mało przystępną?

J.D.: Zdecydowanie to drugie. To błędne koło: uważamy twórczość Szymanowskiego za trudną, więc jej nie gramy i nie słuchamy; nie gramy jej i nie słuchamy, więc jest nieznana; nie znamy jej, więc trzeba włożyć dodatkowy wysiłek w jej przygotowanie, więc wracamy do punktu wyjścia...

A.N.Z.: Wszyscy lubimy znane melodie...

J.D.: Ludzie się jeżą, bo to trudna muzyka. Widzę jednak, że ta obawa wynika najczęściej z tego, że pianiści grają Szymanowskiego niezrozumiale. Mówi się, że jego muzyka jest przeładowana: dużo detali, trudności natury technicznej. Jeśli mało wprawny pianista dołoży do tego dużo prawego pedału i nie zadba o zachowanie dobrych propozycji w tej wielopłaszczyznowej strukturze, faktycznie można ją tak odebrać. To w złej interpretacji upatrywałabym niechęci wobec tej muzyki – potwierdza to analiza licznych nagrań, ale również obserwacja wykonań „na żywo” np. podczas I Międzynarodowego Konkursu Muzycznego im. Karola Szymanowskiego w Katowicach 2018, gdzie jako juror miałam okazję wysłuchać wielu młodych pianistów.

A.N.Z.: Międzynarodowy Konkurs Muzyczny im. K. Szymanowskiego odgrywa bardzo ważną rolę w propagowaniu dzieł Szymanowskiego, a w jury zasiadali uznani interpretatorzy jego twórczości (w kategorii fortepianu warto wspomnieć m.in. o Martinie Roscoe). W każdej kategorii i na każdym etapie uczestnicy mieli obowiązek przygotować utwory kompozytora, co dla wielu stanowiło równocześnie pierwszy kontakt z jego twórczością. Poza nagrodami głównymi przyznawana była nagroda za najlepsze wykonanie utworów patrona konkursu. Co zatem wyróżniło tych, których w tej materii uznano za lepszych od innych?

J.D.: Właśnie wspomniany przeze mnie wcześniej „duch muzyki Szymanowskiego” ‒ wykonania laureatów były najbardziej do niego zbliżone. Myślę, że to dobre miejsce na uszczegółowienie, na czym w moim przekonaniu polega styl wykonawczy muzyki Szymanowskiego. Przede wszystkim to umiejętność grania na długim oddechu i kształtowania długich myśli muzycznych. Zaznaczyć przy tym trzeba, że wydania, którymi dysponują pianiści, nieszczególnie ułatwiają kreowanie długich fraz.

Szymanowski opisał swoje utwory bardzo dokładnie, to niemal didaskalia teatralne z precyzyjnie zapisanymi gestami.

Jednak najbardziej ten obraz mącą nagromadzone w wielkiej ilości oznaczenia agogiczne: ritenuto (rit.) i rallentando (rall.) związane z tak uwielbianym przez Szymanowskiego tempo rubato. Ritenuto u Szymanowskiego to jedynie drobne drgnienie, wahnięcie tempa, przez pianistów często odczytywane zbyt dosłownie, co powoduje rozwlekanie narracji. Narracja nie płynie wtedy swobodnie, brakuje wspomnianego szerokiego oddechu, dla mnie ewidentnie związanego z ukraińskim bezkresem i „bezczasem”, w którym dzieło trwa. Szerzej o tej kwestii wypowiadam się we wspomnianej wcześniej publikacji. Kolejna istotna kwestia to piękno dźwięku. Wydaje się, że Szymanowski rozumie piękno dźwięku jako świetlistość, promienistość, zgodnie z tradycją grecką. To ciekawe, że legato i legatissimo są najczęściej stosowanymi przez niego określeniami, wskazującymi na odniesienia do głosu ludzkiego (bel canto). Według śpiewaczki Stanisławy Szymanowskiej Szymanowski lubował się w doskonałości i piękności dźwięku, relacje z jego koncertów mówią, że „był obdarzony niezwykle miękkim uderzeniem”. Jeśli zatem ktoś potrafi oddać zachwyt nad urodą brzmienia, będzie bliski aurze brzmieniowej Szymanowskiego. Jest to szczególnie ważne w dziełach z drugiego okresu jego twórczości. Tutaj jednak dochodzi jeszcze potrzeba uzyskania migotliwości, rozedrgania i rozwibrowania materii dźwiękowej, czyli umiejętność wyszukanego operowania pedałem.

A.N.Z.: Szymanowski podobno nie używał zbyt często słowa „piękny” w stosunku do dzieł, które wyjątkowo cenił.

J.D.: To prawda, bo zamiast tego wolał słowo „wzruszający”. Jego siostra Stanisława wspominała, iż „muzyka musiała go wzruszać, aby mu się podobać”. I tutaj docieramy do trzeciego elementu, czyli wzruszenia właśnie: kreowania emocji, transcendentności, możliwości przeżycia.

Sam Szymanowski pisał, że „w sztuce najważniejsze jest coś leżące poza samą sztuką, jakiś pierwiastek transcendentalny. W muzyce, nawet ludzie niemuzykalni czują powiew z innego świata”.

Wrócę jeszcze do zapisu. Paradoksalnie Szymanowski chciał ułatwić artyście odczytanie swojego autorskiego zamysłu, tak szczegółowo opisując swoje utwory. Gdy przy instrumencie zasiada wytrawny pianista, wszystkie wskazówki są bardzo przydatne. Niedoświadczony młody muzyk może jednak zagubić się w tym gąszczu i nie zdawać sobie sprawy z hierarchii ważności poszczególnych elementów. W wykonaniach, które uważam za niespecjalnie udane, często detal góruje nad myślą główną, co absolutnie wypacza kompozytorski zamysł. Pianiści mówią – co potwierdzam – że na etapie rozczytywania dzieła Szymanowskiego są iście koszmarne, a przedarcie się przez tekst jest żmudne i czasochłonne. Potem jednak samoistnie nadchodzi moment, gdy wszystko naturalnie układa się „pod ręką”.

A.N.Z.: Sposób, w jak Pani Profesor opowiada o twórczości Szymanowskiego, zdradzając jak czytać tę muzykę, brzmi dla mnie niezwykle zachęcająco do podjęcia wyzwania zmierzenia się z tą twórczością. Wspomniany przez Panią podręcznik dotyczący odczytania wczesnych dzieł Szymanowskiego napisany został przede wszystkim z myślą o uczniach i ich pedagogach. Być może dzięki niemu utwory Szymanowskiego będą bić rekordy popularności w szkolnym repertuarze...

J.D.: Nie sądzę, (śmiech) ale oczywiście bardzo bym chciała – rezultat będzie można zweryfikować, gdy publikacja pod auspicjami Centrum Edukacji Artystycznej wreszcie się ukaże. Wisi nad nią jakieś fatum – podobnie jak nad życiem Szymanowskiego ‒ i póki co, różne przeszkody stają na drodze do jej wydania. Mam nadzieję, że przede wszystkim okaże się właśnie inspirująca dla wykonawców. Starałam się w niej przedstawić klimat młodości Szymanowskiego i wskazać źródła, które kształtowały jego wrażliwość i wyobraźnię. Wśród tych decydujących momentów, które zrobiły na nim piorunujące wrażenie, sam Szymanowski wymienia m.in.: pierwszą wizytę w Operze Wiedeńskiej, kiedy jako 13-latek zobaczył Wagnerowskiego Lohengrina, zapoznanie się z baśnią dramatyczną Gerharda Hauptmanna z 1896 Dzwon zatopiony, która skierowała go w stronę świata fantastyki i baśniowości, kontakt z poezją młodopolską. Od siebie dodam, że to poezja przepełniona bliskimi psychice Szymanowskiego nastrojami melancholii, tęsknoty, smutku, zniechęcenia. Do tego przebywał w otoczeniu znakomitych pianistów: kuzyna Harry’ego Neuhausa ‒ wschodzącej gwiazdy pianistyki – czy wuja Feliksa Blumenfelda, często grywającego domowe koncerty w czasie odwiedzin w Tymoszówce. Harry Neuhaus wspominał, że gra Blumenfelda „była upajająca”. Potwierdzają to również słowa Paderewskiego, który słysząc Blumenfelda w Petersburgu, powtarzał, że gdyby tylko zechciał on poświęcić się karierze wirtuoza, miałby cały świat u swoich stóp.

A.N.Z.: Henryk Neuhaus to twórca wielkiej rosyjskiej szkoły fortepianowej, z której wywodzi się wielu geniuszy pianistyki – jego uczniem był m.in. Światosław Richter.

J.D.: No właśnie, Szymanowski czerpał więc od samego początku z pianistyki na światowym poziomie; nie zapominajmy też o Tali Neuhaus, która również była znakomitą artystką. Te artystyczne przyjaźnie – potem również z Arturem Rubinsteinem, Pawłem Kochańskim, Grzegorzem Fitelbergiem – skutkowały wykonaniami kolejnych, nowo powstających kompozycji Szymanowskiego na najwyższym poziomie artystycznym. Kiedy przyjaciół zabrakło, gwiazda Szymanowskiego zaczęła blaknąć – zabrakło wykonawców mogących sprostać wymaganiom tej skomplikowanej muzyki.

A.N.Z.: Wydaje mi się, że kontekst, w jakim powstało dane dzieło, może mieć szczególne znaczenie w pracy z uczniami. Oczywiście mam świadomość, że pedagodzy nie mogą wiedzieć wszystkiego i w naszym systemie edukacji po prostu często nie ma to czasu. Ze swojego licealnego doświadczenia mogę jednak powiedzieć, że gdybym znała pewne tropy dotyczące granych przeze mnie kompozycji, nie stanowiłyby one dla mnie oderwanych od rzeczywistości tworów, a dzięki „ludzkiej stronie” dzieła czułabym się z nim bardziej zżyta. Zaowocowałoby to moją głębszą pracą nad utworem, a być może pomogłoby mi wówczas rozwinąć swój potencjał – korzyść odniosłabym i ja, i oczywiście dzieło.

J.D.: Proces pedagogiczny jest skomplikowany. Oczywiście, trudno wymagać od pedagogów by mieli „w palcach” całą literaturę fortepianową. Widzę jednak, iż zwykle utwory, które pedagog ma w swoim repertuarze, owocują bardziej udanymi interpretacjami wychowanków. Dotyczy to zwłaszcza Szymanowskiego ‒ oczywiście mówimy tu o uczniach o wysokim poziomie zdolności. Im nauczyciel lepiej wytłumaczy, tym lepiej zagra uczeń. Świetnym tego przykładem jest znajdująca się na ostatnim albumie Fantazja C-dur op.14. Pianiści traktują ją jako wirtuozowski popis, opierając się na opiniach muzykologów, którzy zakwalifikowali ten utwór jako swoisty hołd oddany Lisztowi. Eksponując pierwiastek wirtuozowski, traci się jednak zupełnie z pola widzenia metafizyczny wymiar tego utworu. Neutralny tytuł Fantazji może sugerować, że każdy może zagrać tak fantazyjnie, jak tylko podpowie mu wyobraźnia (śmiech). Nie każdy wie, że Teresa Chylińska, znakomita badaczka twórczości Szymanowskiego, odnalazła ukryty program literacki dzieła, który stanowi Szkic do mojego Kaina. Tekst ten kompozytor sam sobie napisał na potrzeby kantaty, która nigdy nie powstała. Zamiast niej skomponował Fantazję, która swoją symfoniczną fakturą zdradza pierwotne zamierzenie. Gdy patrzymy na tekst Szkicu, od razu widzimy, że narracja Fantazji stanowi odzwierciedlenie jego akcji. W momencie, gdy znamy wspomniane źródło literackie, ukazuje się prawdziwa zawartość emocjonalna – stawianie na wirtuozowski popis jest zatem absolutnym niezrozumieniem treści tego dzieła. Można oczywiście grać je w taki sposób, tylko... to nie jest ten utwór. Najkrótsze wykonanie Fantazji, jakie znam, trwa ok. jedenastu minut – ja gram ponad kwadrans... Cztery minuty różnicy to bardzo dużo. Oczywiście można powiedzieć, że gram wolno, bo nie umiem grać szybko, ale jednak może nie w tym rzecz. (śmiech) Z kolei zarejestrowane na płycie Etiudy op. 4 to raczej poetyckie poematy, ale jest jedna „prawdziwa”: Etiuda Ges-dur. Jej trudności techniczne skutkują określonym tempem – generalnie wykonanie mieści się w granicach ok. dwóch minut. Przygotowując ją, wysłuchałam chyba wszystkich dostępnych interpretacji. Jedna z nich była o trzydzieści sekund krótsza – jak na tak krótki utwór, to znów gigantyczna różnica. Zorientowałam się, że zamiast łamanych oktaw szesnastkowych wykonawca grał po prostu oktawy w ósemkach.

A.N.Z.: Niech żyje kreatywność!

J.D.: Tak, artyści pozwalają sobie nieraz na sporą dowolność. Dla mnie najważniejsza jest wierność tekstowi, co wynika przede wszystkim z wielkiego respektu dla Szymanowskiego. W przypadku utworów młodzieńczych odczuwam respekt dla ogromnego talentu tak młodego człowieka i dla jego niespotykanej wrażliwości. Preludia powstają, gdy kompozytor ma osiemnaście lat; Fantazja ‒ gdy ma lat dwadzieścia trzy. W ciągu tych pięciu lat w twórczości Szymanowskiego dokonuje się wręcz skokowy rozwój. To moje przekonanie, że człowiek o tak wielkim talencie i wrażliwości nie mógł popełniać nielogiczności i niekonsekwencji, kazało mi dokonać głębokiej analizy na poziomie materiału muzycznego. Zapoznając się natomiast z faktami z życia kompozytora, relacjami jego przyjaciół i znajomych, usiłowałam wniknąć w psychikę kompozytora – to był naprawdę długi, ekscytujący czas, który poprzedził nagranie płyty. Celem oczywiście było jak najwierniej w moim rozumieniu przedstawić to, co Szymanowski pozostawił nam w formie czarnych punktów na pięciolinii.

A.N.Z.: Jak zatem należy wykonywać utwory Karola Szymanowskiego?

J.D.: Receptę poniekąd daje sam kompozytor w tekście o Arturze  Rubinsteinie: „O wielkim artyście-odtwórcy najwięcej ma do powiedzenia artysta-twórca, oddający mu z radością zaufaniem swe dzieła do wykonania. On jeden zna tajemną drogę od abstrakcyjnego niemal marzenia o pięknie, jakim jest utrwalenie na papierze utworu muzycznego, do jego dźwiękowej „materializacji” w wykonaniu wirtuoza. On jeden zna to przedziwne olśnienie, gdy wielki talent odtwórczy nie tylko nie utai nic z zaklętego w dziele piękna, lecz własną miłością, własnym uniesieniem podnosi to piękno, oświeca jaskrawym, gorącym blaskiem"[2].

Siostra kompozytora, Stanisława, udziela z kolei następującej rady: „Szymanowskiego nie wolno śpiewać bez wzruszenia, obojętnie”. Przystosowując jej słowa dla pianistów: „trzeba je [utwory fortepianowe] grać z głębokim wzruszeniem, trzeba się wzruszyć, aby je zrozumieć, wzruszyć się, aby je pięknie zagrać”.

---

[1] Joanna Domańska - Międzynarodowy Konkurs Muzyczny im. Karola Szymanowskiego

[2] Karol Szymanowski, Pisma, t. 1. Pisma muzyczne, wstęp S. Kisielewski, PWM, Kraków 1984, s. 125.

Partnerem Meakultura.pl jest Fundusz Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS

ZAiKS Logo

Zapraszamy do kultury przyszłości!
Jedyne takie studia podyplomowe! Rekrutacja trwa!

Opublikowano: 2021-03-29

Przeczytaj również

logowanie i rejestracja