Produkcja muzyczna Wywiad

„Jestem wolnym artystą, więc i moja muzyka jest wolna.” Wywiad z KOVALCZYKIEM

Jędrzej Rumiński
jestem-wolnym-artysta-wiec-i-moja-muzyka-jest-wolna-wywiad-z-kovalczykiem
KOVALCZYK (Paweł Kowalczyk); fot. Marta Rzepka

KOVALCZYK (Paweł Kowalczyk) – wokalista, producent, kompozytor, autor tekstów, laureat wielu konkursów i przeglądów piosenek. Finalista 3. edycji programu IDOL, a także założyciel wytwórni fonograficznej artCONNECTION music, z którą związani są zarówno młodzi, początkujący artyści, jak i twórcy doświadczeni i uznani w środowisku muzycznym.

Jędrzej Rumiński: Od ostatniego Twojego wywiadu dla Meakultura.pl minęło 9 lat. Powiedziałeś wówczas, że „Media są otwarte na każdego, kto ma talent, pomysł na siebie, a dodatkowo potrafi ciężko pracować”. Czy uważasz, że ciężka praca i odpowiedni pomysł na siebie to kryteria, które wystarczą do osiągnięcia sukcesu komercyjnego, czy jednak muzyk, który chce podbijać listy przebojów, z konieczności musi stać się „produktem” medialnym i marketingowym? Da się tego uniknąć?

Paweł Kowalczyk (KOVALCZYK): Przez 9 lat dużo się zmieniło, rynek muzyczny zmienił się diametralnie. Pamiętam lata 90., kiedy dobra muzyka broniła się sama, a z odrobiną pomocy życzliwych ludzi można było prezentować swoją twórczość szerszej publiczności w ciekawych programach kulturalnych. W obecnej dobie tego typu formatów już nie ma, nad czym ubolewam. Kiedyś było mniej zespołów, solistów, dzisiaj mamy program po programie, edycję po edycji różnych talent show i tylko nieliczni wykorzystują swoją szansę, jaką dają tego typu formaty. Jedno się nie zmieniło – sztuką było i jest wynegocjować dobry kontrakt po programie, a następnie znaleźć się w odpowiednim miejscu i czasie po jego podpisaniu.

Oczywiście, osobowość i pomysł na siebie artysty mają ogromne znaczenie, ale nie zawsze idzie to w parze z osiągnięciem sukcesu komercyjnego. Czasami artysta nie jest wstanie udźwignąć ciężaru odpowiedzialności, jaki na nim spoczywa, i sprostać oczekiwaniom. Lecz jeśli obiera się kurs na sukces, to należy się liczyć z tym, że trzeba iść na duże kompromisy, gdyż inwestowane przez wytwórnię środki muszą się jej zwrócić. Drugą istotną kwestią jest to, jak artysta odbiera swoją rolę w tej relacji.

Dzisiaj wszystko jest produktem marketingowym, medialnym, a gdy jesteś artystą początkującym lub niezwiązanym z żadnym wydawcą, musisz sam myśleć o promocji, odpowiedniej komunikacji, mediach społecznościowych, a przede wszystkim inwestować pieniądze własne lub swoich rodziców, aby zostać zauważonym. „Uwielbiam” określenie „niezależny artysta”. Zawsze jesteś od kogoś lub czegoś zależny. Zawsze.

J.R.: Myślisz, że wypracowałeś własną receptę na balans pomiędzy swobodną ekspresją i wolnością artystyczną a dostosowaniem się do realiów przemysłu muzycznego?

P.K.: Jestem wolnym artystą, więc i moja muzyka jest wolna. Wiem, że balans jest ważny, dlatego tworząc moją muzykę, staram się, aby dobrze brzmiała i miała konkretny przekaz, aby płynęła bez żadnych przeszkód. Jestem w dość komfortowej sytuacji jako wokalista, producent i wydawca.

Biorąc pod uwagę moją zróżnicowaną twórczość i ciągłe poszukiwanie nowych brzmień, poruszam się tak naprawdę w nurcie alternatywnej muzyki. Mogę więc przyznać, że znalazłem balans w swojej twórczości.

Nigdy nie starałem się dostosować do realiów przemysłu muzycznego, bo muzyka jest wolna, niczym nieograniczona i tego się trzymam. Czasami dziwię się, że artysta, który zdobywa popularność, przestaje poszukiwać nowego brzmienia swojej muzyki, swojego głosu. Niestety jest to cecha charakterystyczna dla naszego rodzimego rynku muzycznego. Oczywiście nie generalizuję, że dotyczy ta myśl wszystkich – bo tak nie jest. Ja osobiście lubię szukać nowych rozwiązań, brzmień, dźwięków, zmieniać nieoczekiwanie kierunek w muzyce, daje mi to radość tworzenia i napędza moją duszę.

J.R.: Twoja wytwórnia artCONNECTION music kompleksowo zajmuje się działalnością muzyczną – wydawnictwo, produkcja, marketing czy też public relations. Jakie widzisz trudności i zalety w prowadzeniu tego typu biznesu?

P.K.: Nie wiem, czy podzieliłbym prowadzenie tej firmy na „trudności” i „zalety”. Jest to wymagający biznes dla ludzi o zdecydowanym charakterze. Wiele działań wiąże się z dużą odpowiedzialnością i ogromną ilością pracy, którą trzeba wykonać najlepiej, jak się potrafi. Ja podchodzę do wszystkiego zadaniowo. Zanim postanowiłem założyć własną wytwórnię, spotkałem na swojej drodze fantastycznych nauczycieli. Takie doświadczenie pozwoliło m czerpać wiedzę od najlepszych i ją wykorzystać.

Obecnie największą trudnością, jaka dotknęła całą branżę muzyczną, a w tym i moją firmę, jest pandemia COVID-19. Raport opublikowany przez European Grouping of Societies of Authors and Composers (GESAC) wykazał aż 76% spadek przychodów branży muzycznej w 2020 roku. Większy, bo 90% spadek odnotowały firmy eventowe. Cały sektor kultury Unii Europejskiej stracił w zeszłym roku około 32% w porównaniu z dochodami z 2019 roku, więc sytuacja jest bardzo ciężka i długo będzie trzeba odrabiać straty, o ile można mówić tu o ich odrobieniu.

Natomiast to doświadczanie miało też pozytywny impact na moją działalność. Rok temu stworzyłem sublabel artCONNECTION music KIDS. Tworzymy w nim projekty muzyczne, edukacyjne i słuchowiska dla najmłodszych, co jest nie lada wyzwaniem, gdyż dzieci to najbardziej wymagający odbiorcy. Udało mi się zebrać wokół tego przedsięwzięcia wspaniałych ludzi i prężnie działamy.

J.R.: Czy kierowanie artCONNECTION music sprawia, że interesujesz się na bieżąco współczesnymi artystami i tendencjami w polskiej muzyce?

P.K.: Oczywiście. Zawsze w piątek o 9:00 siadam, zakładam słuchawki i przesłuchuję propozycje, wysłane na skrzynkę demo wytwórni.

Muszę dodać, że przez ostatnie kilka lat na naszym rynku pojawiło się kilka ciekawych projektów i artystów, którym kibicuję. Cieszy mnie to, że polska muzyka nabiera wyraźnych kolorów i artyści myślą, o czym śpiewają, dbają o wizerunek sceniczny i pilnują brzmienia swoich płyt. Był taki moment, że bylejakość była powszechna i akceptowana, ale na szczęście to się zmienia.

Autor: Max Skorwider

J.R.: Coraz częściej spotykam się z opinią, że granice między muzyką alternatywną a mainstreamem się zacierają. Co jest dla Ciebie wyznacznikiem muzycznej alternatywy?

P.K.: Jest w tym trochę prawdy, ale nie do końca tak jest. Trudno mi nazwać muzyką alternatywną utwór, który jest tylko ujęty w vintage'owym brzmieniu z łatwą melodią. Dla mnie osobiście alternatywa wiąże się z nieoczywistymi aranżacjami, wymyślną linią melodyczną i ciekawym pomysłem na wizerunek wykonawcy. Cieszę się, że taki festiwal jak Eurowizja co roku zmienia się jak w kalejdoskopie i nieoczekiwanie zwycięża np. gitarowa muzyka. Dla mnie tegoroczna propozycja Włochów miała to, czego brakowało innym uczestnikom. Ja definiuję muzykę alternatywną konkretnym, nieoczywistym wyrazem ekspresji.

J.R.: W swojej twórczości z łatwością potrafisz znajdować kompromis pomiędzy tradycją i współczesnością. Taki charakter posiadał chociażby album „Kovalczyk Big Band Project” czy też Piosenki Mistrza”, gdzie znalazły się utwory Grzegorza Ciechowskiego w odświeżonej, unowocześnionej wersji. W twoich najnowszych numerach „Danger He's Coming” oraz „Stars and Shivers” słychać współczesną elektronikę, ale jednocześnie jest to wzbogacone tradycyjnymi komponentami, chociażby w postaci wykorzystania instrumentów dętych. Czy nadchodzącą płytę traktujesz bardziej jako kontynuację wcześniejszych dokonań, czy rewolucję w twojej dyskografii?

P.K.: Na każdym moim albumie rejestruję instrumenty tradycyjne i uważam, że ma to sens, gdyż dodaje to charmu nagrywanym utworom. Uwielbiam tworzyć aranżacje złożone tylko z instrumentów dętych, np. waltornie i głos, tak jak w utworze In The Name of What, który nagrałem z pierwszymi waltornistami Teatru Wielkiego – Opery Narodowej. Projekt ten był unikalnym połączeniem dwóch zgoła odrębnych światów w muzyce, a jednak stworzył spójną i nową jakość. Singiel jest dostępny do wysłuchania w serwisach streamingowych, ale prawdziwym melomanom polecam wersję zapisaną na 7-calowym  winylu.

Nowa płyta będzie rewolucją i eksperymentem opartym na łączeniu instrumentów dętych z elektroniką.

Nabiera on od kilku lat swoją ostateczną formę. Systematycznie, co miesiąc będą miały swą premierę nowe single z tej płyty. Na chwilę przed pandemią zaczęły się pojawiać wspomniane Danger He's Coming oraz Stars and Shivers, ale zaistniała sytuacja powstrzymała mnie przed wydawaniem projektu w całości. Czekam na odpowiedni czas, który powoli nadchodzi.

Nowa płyta to kontynuacja projektu Kovalczyk Big Band Project, lecz w zupełnie innej formule muzycznej. Nie znajdziemy na nim jazzu czy też funky – jak już wspomniałem, łączę na nim brzmienia elektroniczne z wyszukanymi instrumentami dętymi, np. z waltorniami, helikonami, suzafonami, kornetami. Nie są to standardowe instrumenty dla nomenklatury big band’owej – stąd też tytuł albumu. Chcę, aby instrumenty dęte odgrywały tu kluczową, choć nie najważniejszą rolę. Materiał chciałbym zaprezentować publiczności na koncertach z 20-osobową orkiestrą, co jest trudne w naszych realiach oraz bardzo czasochłonne w przygotowaniu. Ale jest plan,aby wydać Kovalczyk Big Band New Wave wyłącznie na płycie winylowej. Jednak nie śpieszę się z terminami, co daje mi jeszcze większą frajdę tworzenia tego projektu. Jestem tu i teraz.

J.R.: Twoje albumy wyraźnie różnią się od siebie charakterem. Oscylowałeś już wokół takich gatunków jak: soul, jazz, funk, pop, a Twoja dyskografia zaczęła się od albumu, który był bliski muzyce klubowej. Co jest zatem „stylem Kovalczyka”? Czy przejawia się on we wszechstronności?

P.K.: Tworzenie muzyki to też odzwierciedlenie duszy. Lubię tworzyć muzykę, która obrazuje to, na jakim etapie życia obecnie się znajduję, co mnie inspiruje i interesuje w danej chwili. Od zawsze nie chciałem tworzyć tylko w jednym gatunku muzycznym. Gdy myślę o nowej płycie, zaczynam od pomysłu, w jakim stylu chciałbym ją nagrać i o czym chciałbym opowiedzieć słuchaczom. Proszę mi wierzyć, że tych gatunków i projektów jest jeszcze kilka, kilkanaście.

J.R.: Jakie są Twoje granice stylistyczne? Zakładam, że nie masz w planach nagrania płyty black metalowej, ale czy czujesz, że byłbyś w stanie nagrać coś o radykalnie odmiennej specyfice względem tego, co stworzyłeś do tej pory? Co to by mogło być?

P.K.: Kiedy miałem 20 lat, grałem w zespole metalowym i nie jest mi obcy ten gatunek muzyczny. Mogę śmiało powiedzieć, że wychowałem się na takiej muzyce. Nie wykluczam nagrania takiej płyty w przyszłości. Oczywiście, mam granice stylistyczne, w których czułbym się źle, np. disco polo i „popik” z byle jakim tekstem. Nigdy nie byłem artystą, który musi osiągnąć sukces za wszelką cenę, dlatego ten rodzaj muzyki mnie nie interesuje.

J.R.: Wiem, że interesuje Cię muzyka poważna. W jakim stopniu wiedza z tego zakresu ułatwia tworzenie nowoczesnej muzyki rozrywkowej?

P.K.: Muzyka poważna interesowała mnie, odkąd pamiętam. Tworzę swoje płyty tylko i wyłącznie ze słuchu, nie korzystam z zapisów nutowych, gdyż ich nie znam. I chyba dobrze, że tak jest, bo czuję się niczym nieograniczony i nie myślę matematycznie, schematycznie. Czasami z brudnych, nieczystych dźwięków, wychodzą ciekawe dysonanse, które tworzą coś wyjątkowego w kompozycji i traktuję je jako wartość dodaną. Oczywiście, tylko w niektórych przypadkach zostawiam takie nieczystości na swoich płytach.

Słuchanie muzyki poważnej zdecydowanie ułatwia mi tworzenie aranżacji na instrumenty dęte, a dzięki temu jest mi łatwiej je łączyć z innymi gatunkami i stylami muzycznymi. Tu, jeśli mogę polecić czytelnikom Meakultury płytę, której uwielbiam słuchać i która jest dla mnie największą inspiracją, to jest to album maestro Lutosławskiego pt. Piano Concerto; Symphony No. 2 w wykonaniu Krystiana Zimermana & Sir Simona Rattle’a z Berliner Philharmoniker.

Zwracam też dużą uwagę na muzykę filmową, którą uwielbiam. Słucham, jaką ma formę i jakie niesie emocje. Moim kolejnym marzeniem jest nagrać płytę z muzyką filmową.

J.R.: Co Twoim zdaniem musi posiadać muzyka, aby mogła nosić status ponadczasowej i trwać w świadomości ludzi niezależnie od wszystkich czynników zewnętrznych, takich jak np. reguły rynku muzycznego?

P.K.: Dobra melodia, dobrze napisany tekst, produkcja też są ważne. Uważam, że musi zostać odpowiednio uchwycony duch, klimat utworu oraz słuchacz musi czuć osobowość artysty, który kompozycję wykonuje. To właśnie m.in. muzyka klasyczna czy też muzyka filmowa tworzą coś wyjątkowego – są ponadczasowe. Może dzieje się tak za sprawą wielu organicznych instrumentów.

Bardzo dużo ponadczasowej muzyki powstało w latach 60., 70. i 80. oraz z na początku lat 90. Moim zdaniem tworzenie w późniejszym okresie zdecydowanie zatarło tę granicę i już nie powstają takie „perełki” jak kiedyś. Pewnie to również stoi za powrotem nośników winylowych, które są symbolem dawnych lat. Ja traktuję moją kolekcję płyt winylowych z tamtych lat jak wielki skarb. Uwielbiam delikatny trzask winyla, gdy igła opada na nośnik i za chwilę płynie z niego muzyka.

J.R.: Bardzo dziękuję za rozmowę.

P.K.: Również serdecznie dziękuję.

STOART logo

Zapraszamy do kultury przyszłości!
Jedyne takie studia podyplomowe! Rekrutacja trwa!

Opublikowano: 2021-08-03

Przeczytaj również

logowanie i rejestracja