Muzyka polska Niemcy Wywiad

„Kultura jest zawsze transnarodowa, a zjawiska muzyczne nigdy nie zatrzymują się jedynie na granicach państw” - rozmowa z prof. Peterem Oliverem Loewem, dyrektorem Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich w Darmstadt

Agnieszka Nowok-Zych
kultura-jest-zawsze-transnarodowa-a-zjawiska-muzyczne-nigdy-nie-zatrzymuja-sie-jedynie-na-granicach-panstw-rozmowa-z-prof-peterem-oliverem-loewem-dyrektorem-niemieckiego-instytutu-spraw-polskich-w-darmstadt
Peter Oliver Loew, fot. DPI/Grzegorz Lityński

Peter Oliver Loew pełni funkcję dyrektora Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich od roku 2019. Urodził się w 1967 roku we Frankfurcie nad Menem. Studiował historię Europy Wschodniej, slawistykę i ekonomię na uniwersytetach w Norymberdze, Fryburgu i Berlinie. Obronił doktorat z zakresu historii Gdańska XIX i XX wieku, a w 2014 roku uzyskał stopień doktora habilitowanego na Uniwersytecie Technicznym w Dreźnie. Od wielu lat zajmuje się aspektami stosunków polsko-niemieckich w przeszłości i teraźniejszości, od teorii operetki po wyzwania demograficzne, od historii migracji po zagadnienia transferu kultury. Do jego najważniejszych publikacji należą: My niewidzialni. Historia Polaków w Niemczech, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2017 (oryg. Wir Unsichtbaren. Geschichte der Polen in Deutschland, München 2014) i Gdańsk. Biografia miast, Gdańsk: Instytut Kultury Miejskiej 2013 (oryg. Danzig. Biographie einer Stadt, München 2011). Przetłumaczył również wiele tekstów z języka polskiego.

Agnieszka Nowok-Zych: Jak właściwie doszło do tego, że to właśnie z Polską od wielu dekad związał Pan swoją działalność zawodową?

Peter Loew: Jak to w takich sytuacjach zwykle bywa – przez przypadek. Na początku swoich studiów uświadomiłem sobie, że o Polsce nie wiem kompletnie nic. Bardzo mnie to wówczas poruszyło: nie wiedziałem nic o drugim co do wielkości kraju sąsiedzkim! Z pomocą ruszyły mi oczywiście zakochane we mnie kobiety – to poboczny argument, ale jednak mocno przekonujący (śmiech). Bardzo mnie zdziwiło, że w moim wychowaniu szkolnym, jak i dostępnych mediach jest tak mało informacji na polskie tematy – tak powoli zacząłem zagłębiać się w polską kulturę.

A.N.Z.: Z Polską nie tylko związana jest pełniona przez Pana funkcja dyrektora DPI; na swoim koncie ma Pan również szereg książek i artykułów dotykających problematyki związanej z naszym krajem. Wielkim szacunkiem cieszą się Pańskie publikacje związane z historią Gdańska oraz zjawiskiem swoistej „niewidzialności” Polaków w Niemczech.

P.L.: Tak, napisałem kilka książek – historia Gdańska jest mi szczególnie bliska, gdyż była tematem mojej pracy doktorskiej. Dalej się nią zajmuję, o ile czas mi na to pozwala. Historia Polaków na terenie Niemiec zawiera wciąż wiele nieznanych kart – to wciąż niezwykle fascynujące i czekające na gruntowne zbadanie zjawisko.

A.N.Z.: Fundacja MEAKULTURA wydała leksykon polskich kompozytorów emigracyjnych – nie brak w nim oczywiście nazwisk związanych z Niemcami, jak choćby Romana Maciejewskiego czy Witolda Szalonka – w tym roku przypada zresztą dwudziesta rocznica jego śmierci, co szczególnie zostaje zaznaczone w repertuarze koncertowym śląskich zespołów. Czy nazwiska polskich twórców emigracyjnych są w Niemczech nadal żywe, czy raczej jest to zamknięty rozdział?

P.L.: Jak najbardziej są żywe. Wciąż wielu polskich muzyków i kompozytorów mieszka na terenie Niemiec i myślę tutaj zarówno o tych „klasycznych”, jak i związanych ze sceną bardziej popularną.

Innym problemem jest fakt, iż często odbiorcy nie wiedzą, że mogą mieć do czynienia z kompozytorem polskim poprzez „niepolsko” brzmiące nazwisko, dobrym tego przykładem jest np. Karol Rathaus.

A.N.Z.: Zgadzam się, takie przypadki wymagają bardziej specjalistycznej wiedzy, trudno oczekiwać, by Rathaus był znany w szerokich kręgach niemieckich odbiorców.

P.L.: Niestety taka jest rzeczywistość. Mamy paru aktywistów, którzy starają się „powyciągać” tego typu postaci na światło dzienne, ale wciąż to jedynie margines zainteresowań publiczności.

A.N.Z.: Czy to również należy do misji Instytutu? Jakie główne działania można wymienić na polu muzycznych, wzajemnych wpływów?

P.L.: Instytut prowadzi bardzo szeroki program, od nauki i programów kulturalnych aż po doradztwo polityczne. Muzyka jako temat nie jest wiodąca, jednak zawsze staramy się wpleść ją w podejmowane działania. Wydaliśmy małą biografię Mieczysława Wajnberga Danuty Gwizdalanki, ja z kolei tłumaczyłem biografię Karola Szymanowskiego jej autorstwa. Wydaliśmy dzienniki Zygmunta Mycielskiego, świetną biografię Stanisława Moniuszki Rüdigera Rittera (pierwszą biografię tego twórcy, jaka ukazała się w języku niemieckim). Książki o kompozytorach polskich nie wzbudzają jednak w Niemczech tak wielkich emocji, jak w Polsce. W działalność koncertową bardzo rzadko się angażujemy – nie mamy zasobów osobowych, by móc poświęcić się takiej aktywności, współpracujemy jednak z różnymi podmiotami, jak np. Międzynarodowe Towarzystwo Chopinowskie – dwa lata temu odbył się koncert z promocją książki Piotra Wierzbickiego o Fryderyku Chopinie, którą przetłumaczył świetnie znany polskim odbiorcom Steffen Möller.

A.N.Z.: Muzyka jest Panu szczególnie bliska, również Pan o niej pisze. Jakie są Pana osobiste preferencje?

P.L.: Mam bardzo szerokie zainteresowania muzyczne, ale szczególnie lubię koniec XIX stulecia i XX wiek, z całym wachlarzem od impresjonizmu po awangardę, muzyka tego czasu niezwykle mnie przyciąga. Karol Szymanowski robi na mnie duże wrażenie swoją wrażliwością, bogatą twórczością w różnych swoich okresach, ale mam też swoich „niepolskich” mistrzów – fascynuje mnie np. Bohuslav Martinů.

A.N.Z.: O, ciekawie, że Pan o nim wspomniał, dawno nie słuchałam jego muzyki – twórczość Martinů zdaje się rzadko gościć na naszych estradach koncertowych...

P.L.: Wczoraj słuchałem po dłuższym czasie jego I Symfonii – dalej robi na mnie ogromne wrażenie. Polecam też IV, generalnie – jego utwory symfoniczne lub kameralne to prawdziwy popis muzykalności.

A.N.Z.: Wracając do działalności instytucji, Fundacja MEAKULTURA w ramach kampanii „Save the Music” stworzyła wystawę plakatów „Music Beyond Borders”, którą od 10 czerwca można zobaczyć w murach DPI. Jakim zainteresowaniem cieszy się w pierwszych dniach po otwarciu i czy w ogóle w XXI wieku trzeba mówić o muzyce ponad granicami?

P.L.: To bardzo dobry tytuł dla tego projektu. Kluczowa jest tutaj perspektywa, którą przedstawia: kultura jest bowiem zawsze transnarodowa, a zjawiska muzyczne nigdy nie zatrzymują się jedynie na granicach państw – łączą elementy różnych tradycji i środowisk. W narracji literackiej dotyczącej historii muzyki porusza się problematykę szkół narodowych i absolutnie tego nie neguję. To wszystko prawda, jednak zawsze trzeba pamiętać, że to pewnego rodzaju trzon dla wielu twórców polskich i niemieckich, w rzeczywistości jednak ich biografie są wielowątkowe, a twórczość – uniwersalna na płaszczyźnie odbioru i kultury pamięci, jak w przypadku wszystkich wytworów artystycznych.

Mogę powiedzieć, iż wystawa prezentuje się świetnie. Pierwsze wpisy do księgi gości są bardzo pozytywne, jak m.in. „Plakaty robią wrażenie” czy „Ważny przyczynek do historii”.

A.N.Z.: O ile podejrzewam publikacje książkowe dotyczące polskich kompozytorów cieszą się raczej większym zainteresowaniem melomanów w średnim i starszym wieku, forma plakatu być może ma szansę trafić też do młodszych odbiorców?

P.L.: Młodsze pokolenia wychowują się w globalnym świecie kultury, gdzie wszystko jest mówione w języku angielskim, a niemal wszystko można znaleźć na platformach takich jak Netflix czy Spotify – można oglądać i słuchać czego tylko się chce, gdzie i kiedy się tego pragnie, dlatego pewne cechy narodowe tracą dla młodych znaczenie. Mój 19-letni syn ostatnio prezentował mi muzykę, która obecnie najbardziej go fascynuje: rap po polsku, rosyjsku, turecku, do tego słuchaliśmy wszystkiego w samochodzie – to swoista gra z kulturami muzycznymi.

A.N.Z.: Czy odbiorcy chętnie dzielą się z Wami swoimi refleksjami i wrażeniami, dają wyraźnie znać, że proponowane przez DPI projekty znajdują swój rezonans? Jeśli tak, bardziej dotyczy to społeczności polskiej czy niemieckiej?

P.L.: Zarówno jednej, jak i drugiej. W naszym regionie funkcjonuje bardzo silna Polonia, choć jej stopień utożsamienia się z Polską jest różny: część polonijnych melomanów odnosi się do naszych projektów z pewnym sentymentem czy powiedziałbym nawet „nabożeństwem”, co staje się problematyczne, gdy poruszane są kwestie działalności i dorobku narodowych „wieszczów” – nie można wtedy powiedzieć ani jednego słowa budzącego kontrowersje (śmiech). Generalnie jednak jest to publiczność reagująca bardzo pozytywnie, rzadko kiedy bowiem pokazuje się tutaj utwory polskie – to dla odbiorców ważne, by tę muzykę ponownie odkryć. W czasie Roku Karola Szymanowskiego prezentowaliśmy szereg jego dzieł, co spotkało się z bardzo dobrym odbiorem, a młodzi muzycy zaangażowani w koncerty mieli szansę na rozwój.

A.N.Z.: Skoro mowa o młodych, czy Międzynarodowe Letnie Kursy Nowej Muzyki w Darmstadt dalej cieszą się popularnością?

P.L.: Jak najbardziej, ludzie wręcz dobijają się, by wziąć udział w koncertach (śmiech). To elitarna i awangardowa muzyka, a do Darmstadt zjeżdża się wówczas młodzież z całego świata. Mam nadzieję, że tegoroczna edycja kursów odbędzie się pomimo pandemii.

A.N.Z.: Znacząca ilość polskich kompozytorów również brała udział w tych legendarnych kursach. Myśli Pan, że dzisiejsi młodzi twórcy pragną wpisać się w ich dziejową kontynuację, czy raczej traktują jako historyczno-artystyczną ciekawostkę?

P.L.: Przypuszczam, że na całym świecie jest dziś tyle możliwości i tyle festiwali, że darmstadzkie letnie kursy nie mają już tej pozycji, co kiedyś. Nie zmienia to jednak faktu, że dalej są bardzo atrakcyjne i co mogę obserwować od wielu lat, stanowią ważny moment w kalendarzu muzycznym Europy.

A.N.Z.: Jako Dyrektor Niemieckiego Instytutu Spraw Polskich, ale przede wszystkim osoba, która znakomicie zna historie i tradycje obu narodów od podszewki, jakie cechy uważa Pan za najbardziej cenne i intrygujące w kulturowych związkach polsko-niemieckich? Co uważa Pan za ich wspólne, największe bogactwo?

P.L.: Można odpowiedzieć na to pytanie w różnoraki sposób. Banalnie i powierzchownie mógłbym odpowiedzieć, że kultura polska i niemiecka świetnie się uzupełniają, myślę tutaj np. o polskiej spontaniczności i emocjonalności oraz niemieckiej systematyczności. Przede wszystkim jednak najważniejsza jest dla mnie pamięć o wielu twórcach pochodzących z ziem polskich, którzy wychowali się w Niemczech bądź z tym krajem związali znaczącą część swojego życia – to sprawia, iż nasze kultury stają się bardzo bliskie poprzez ciągły przepływ informacji. Mamy do czynienia ze wzorcowym sąsiedztwem w Europie, które pokazuje, jak świetnie można wspólnie funkcjonować na poziomie artystycznym: nie tylko wielu polskich muzyków żyje i pracuje w Niemczech, stopniowo też coraz więcej niemieckich artystów znajduje swoje miejsce w Polsce. To właśnie uświadamia nam, jak – mimo wielu kulturowych stereotypów – dobrze potrafimy ze sobą żyć. Gdyby tylko nie mroczne karty naszego sąsiedztwa…

Zapraszamy do kultury przyszłości!
Jedyne takie studia podyplomowe! Rekrutacja trwa!

Opublikowano: 2021-08-10

Przeczytaj również

logowanie i rejestracja