Muzyka polska Promocja kultury polskiej Muzyka elektroniczna Muzyka rockowa Muzyka alternatywna Hip-hop i Rap Techno Koncert Muzyczna Wizytówka Miast Post punk Subkultura Pejzaż muzyczny Elektronika Punk Aktywizm Heavy metal

Milknący Pogłos

Andrzej Skórzyński
milknacy-poglos
Mural z Robertem Brylewskim (Bruno Althamer/ Rafał Żwirek), fot. Andrzej Skórzyński

Początek lat 90. to okres dużych przemian zarówno gospodarczo-politycznych, jak i społecznych. Dorastająca w tym czasie młodzież coraz mocniej dążyła do tego, żeby móc prowadzić życie takie jak ich rówieśnicy z Zachodu. O ile jeszcze dekadę wcześniej było to tylko marzenie, tak dziesięć lat później stawało się całkiem możliwe. Popularne przez kilka dekad domówki powoli zaczęły być zastępowane przez wyjścia do dosyć szybko powstających pubów i klubów. Oczywiście równie szybko zaczęło być jasne, że taki sposób spędzania czasu będzie wymagał większych nakładów finansowych, bo właściciele tych miejsc liczyli na wysokie zyski w możliwie najkrótszym czasie. Także same lokale nie zawsze były faktycznie atrakcyjne i bezpieczne. Niestety dosyć często miały różnego autoramentu i właścicieli, i gości, którzy nie rzadko mieli status zaprzyjaźnionych” i stałych”.

Oczywiście dążenie do szybkiego zarobku wymagało postawienia na możliwie szeroką grupę bywalców, stąd też poziom proponowanej muzyki przeważnie nie miał charakteru szczególnie „alternatywnego” czy niszowego.

Niedługo później ich lokalizacje okazywały się coraz bardziej uciążliwe dla dotychczasowych mieszkańców danego budynku czy jego pobliża. Wielogodzinne odgłosy zabaw i dziesiątki imprezowiczów przemieszczających się po okolicy stawały się zarzewiem różnego rodzaju konfliktów i mało przyjemnych sytuacji.

Wnętrze Pogłosu, fot. Andrzej SkórzyńskiWnętrze Pogłosu, fot. Andrzej Skórzyński

W opozycji do tego w II połowie lat 90. zaczęły powstawać miejsca, których klimat i proponowana muzyka, ale też pojawiające się inne przejawy sztuki, można nazwać „alternatywnymi”. Inne także zaczęły być same lokalizacje – już nie przystosowywane pomieszczenia w pobliżu warszawskiego Śródmieścia, ale coraz częściej budynki poszerzającej się postindustrialnej tkanki miasta. Warszawa bowiem po II wojnie światowej miała całe kwartały o charakterze przemysłowym zlokalizowane wcale nie gdzieś na dalekich obrzeżach, ale stosunkowo blisko centrum. Przemiany systemowe spowodowały, że umieszczone tam mniejsze, większe i całkiem duże warsztaty, fabryki czy wytwórnie likwidowano, gdyż był postrzegane jako przestarzałe i nieefektywne w nowej rzeczywistości.

Ich pozostałością były często dosyć rozległe tereny z opuszczonymi halami produkcyjnymi czy magazynowymi, którymi zainteresowanie poprzednich właścicieli, zarządców czy syndyków mas upadłościowych, a także i samego miasta, malało z czasem lub wręcz całkowicie zanikało. I takie właśnie „miejscówki” zaczynały być wykorzystywane do mniej lub bardziej legalnych i oficjalnych, mniejszych i większych wydarzeń – koncertów, imprez tanecznych czy spotkań. Warto przypomnieć choćby o pierwszym Męskim Graniu, które już w latach dwutysięcznych odbyło się na terenach wytwórni wódek przy ul. Ząbkowskiej. Wtedy to były jeszcze place i zabudowania takie, jakie funkcjonowały przez cały czas normalnej działalności zakładu – bez żadnego szczególnego dostosowywania do odbywających się tam wydarzeń. Scena była pomiędzy dawnymi budynkami fabrycznymi, hale były ogólnodostępne, można było usiąść na paletach i dać się przeniknąć zapachowi smarów, chemii i tego wszystkiego, czym charakteryzują się takie pomieszczenia. Teraz jest to nowoczesne centrum towarzysko-artystyczno-imprezowe, o którego historii przypomina zlokalizowane tam muzeum i „jakoś” zachowane i wkomponowane w ogóle założenie pozostałości po dawnych obiektach. Ale jest to coś, co można nazwać wystudiowanym postindustrializmem” – czystym, przewidywalnym, łatwo akceptowalnym.

Wydaje się, że apogeum rozwoju takich „innych” przestrzeni to właśnie wczesne lata 2000. Wówczas pojawiły się bardzo znaczące dla warszawskiej „alternatywy” kluby, w których można było usłyszeć i potańczyć do każdego rodzaju muzyki – od garażowego rocka do hardcorowego rave'a. To właśnie zapewniały nowe lokalizacje, które były odpowiednio daleko odsunięte od budynków mieszkalnych, ale jednocześnie ze stosunkowo dobrym dojazdem komunikacją miejską (to czasy odpowiednio drogich taksówek i braku wyboru w postaci prywatnych przewozów czy firm zrzeszających kierowców). Ponieważ los samych budynków także nie był znany, każdy najemca, który zgadzał się płacić miastu czy jakiemukolwiek innemu podmiotowi za możliwość korzystania z nich, był klientem, z którym warto nawiązać współpracę.

Jednym z takich miejsc były okolice Cmentarza Powązkowskiego, a konkretnie ul. Burakowska. To obszar o tradycjach przemysłowych sięgających jeszcze początków dwudziestego wieku. Dawna droga do miejscowości Buraków, przecięta z czasem przez tory kolejowe linii obwodowej, które dzisiaj łączą stację Warszawa Gdańska z Warszawą Zachodnią, a także Warszawą Główną Towarową, zaczęła skupiać mniejszych i większych przedsiębiorców, często pochodzenia żydowskiego, którzy zaczęli tu otwierać manufaktury i warsztaty oraz całkiem rozbudowane zakłady jak Fabryka Koronek Szymona Landaua.

Okolica bardzo ucierpiała w trakcie działań drugowojennych i okupacji niemieckiej (niedaleko znajdowało się warszawskie getto, a pochodzenie właścicieli znajdujących się tu przedsiębiorstw także miało niebagatelne znaczenie). Po wyzwoleniu miasta w 1945 roku nie było w zasadzie żadnego ocalałego w pełni budynku, zwłaszcza że część z nich stanowiła zabudowę drewnianą.

Pomimo to samo miejsce utrzymało swój przemysłowy charakter i jeszcze dzisiaj można znaleźć tego pozostałości, których los wydaje się już przesądzony, o czym będzie później.

Pewnego dnia w 2000 roku Jarek Guła, jadąc rowerem, zobaczył zapuszczony czterdziestoletni budynek dawnej garbarni, który już w nowych czasach mieścił i hurtownię kosmetyków, i był punktem szkolenia dla sprzedawców. Oczywiście pierwsza myśl: czy to można wykorzystać? Jasne! Okolica pozbawiona budynków mieszkalnych, wyludniająca się wraz z końcem dnia pracy pobliskich warsztatów – wymarzona lokalizacja dla klubu, który nie będzie musiał martwić się o ewentualne protesty mieszkańców i nazbyt wysoki czynsz.

I tak w sylwestra 2000/2001 odbyła się pierwsza impreza w CDQ (Centralnym Domu Qultury). Warunki spartańskie – bardziej squat niż faktyczny lokal (na swój sposób trochę ten klimat jeszcze daje się odnaleźć i dzisiaj). Ale to były problemy raczej drugorzędne – najważniejsze, że miejsce przyjazne gościom (to nie był wcale wtedy standard), otwarte na różne subkultury, rosnąca ilość imprez nie tylko muzycznych (np. premiery kolejnych numerów Lampy” Pawła Dunin-Wąsowicza czy jedne z pierwszych, o ile nie pierwsze, mistrzostwa Polski we flipperach). Część z nich nie tylko ograniczała się do samej rozrywki, ale stanowiła także wsparcie dla zbiórek na różne cele, podkreślenie ważnych wydarzeń (jak podpisanie Powszechnej Deklaracja Praw Człowieka) itp.

Pomimo może niezbyt „wyjściowego” wyglądu klub gościł naprawdę duże gwiazdy z różnych kręgów muzycznych: Asian Dub Fundation, Gogol Bordello, Lee Scratch” Perry, Dezerter, Brygada Kryzys… Dla niektórych to pierwsze koncerty w Polsce, dla innych możliwość reaktywacji, a dla młodych – pokazanie się większej publiczności.

CDQ funkcjonował na Burakowskiej około piętnastu lat – pożegnanie na oficjalnym profilu facebookowym nosi datę 16 października 2014 roku. Pomimo ciekawej oferty miał powstałą w międzyczasie konkurencję, która również stawiała na alternatywną sztukę i kulturę (jak pisałem wcześniej, to czas największej popularności i ilości tego typu miejsc w Warszawie). Po klubie zostało trochę artykułów, materiały na YouTube i ciekawa, czteropłytowa kolekcja z występami kolejno: Dub Syndicate (29.09.2001), Transmisja (14.08.2012), The Toasters (8.04.2009) i Fun-Da-Mental (12.12.2008). Nota bene ta ostatnia płyta jest jedną z towarzyszących mi w trakcie pisania tego artykułu. Ciągle jeszcze są dostępne, ale ich liczba maleje (zostały wydane w nakładzie 1000 sztuk każda).

Kolekcja płyt z występów w CDQ, fot. Andrzej SkórzyńskiKolekcja płyt z występów w CDQ, fot. Andrzej Skórzyński

Przez krótki czas następczynią była SDQ (Spółdzielnia Dom Qltury), która stawiała bardziej na profil jazzowy, ale nie jest uważana za faktyczną kontynuatorkę CDQ (co zostało stwierdzone w przypomnianym wcześniej pożegnaniu).

Gdy już wydawało się, że Burakowska 12 podzieliła los innych warszawskich lokali, które z czasem nabrały charakteru wręcz kultowego, grupa osób powołała do życia Spółdzielnię Socjalną Pogłos. Mając doświadczenie z działania w innych stołecznych klubach, założyciele doszli do wniosku, że mogą mieć własne lokum, w którym sami będą decydowali o sposobie jego funkcjonowania. Nowy klub stał się też faktycznym miejscem ich pracy, a nie tylko realizacją działań o charakterze hobbystycznym.

Warto zauważyć, że taki model działalności gospodarczej nie był wtedy szczególnie popularny w Polsce (a i teraz wydaje się niezbyt częsty i stosunkowo rzadko spotykany w kontekście kultury i sztuki). Specyfiką takiego podmiotu jest przesunięcie ciężaru tylko z dążenia do wypracowania maksymalnych zysków na realizację założeń o charakterze społecznym. Od początku nowi właściciele oparli funkcjonowanie tego miejsca na czystych zasadach uczciwości, zaufania i wspólnego dążenia do jak najlepszej organizacji i satysfakcji z prowadzonej działalności.

I tak w drugiej połowie 2016 roku Pogłos otworzył podwoje.

Jeżeli mamy rozpatrywać, kto jest następcą CDQ, to właśnie Pogłos. Ale to tylko takie luźne stwierdzenie, bo wcale nie bazował tylko na historii związanej z tą lokalizacją, ale miał od początku własny, konkretny profil. Oczywiście można w nim zauważyć podobieństwa do CDQ, ale to dlatego, że nowa ekipa postawiła także na kulturę alternatywną i również nie dążyła do drastycznej zmiany wyglądu samego budynku i znajdujących się w nim pomieszczeń.

Od czasów CDQ nie zmieniło się tak bardzo, fot. Andrzej SkórzyńskiOd czasów CDQ nie zmieniło się tak bardzo, fot. Andrzej Skórzyński

A sama lokalizacja to świetne postindustrialne miejsce (trochę podobne, ale mniejsze, było np. na Chłodnej – Metronom). Pozostały surowe wnętrza, w których bez problemu można było zauważyć ich dawne przeznaczenie. Dotąd znajduje się tam szyb windy towarowej, który ciągnie się od piwnicy i pozostał np. na głównej sali koncertowej (tzw. czarnej), ale z podłogą utworzoną z metalowych płyt. I tutaj mała tajemnica: jest w nim takie jedno miejsce, gdzie świetnie słychać to, co dzieje się na scenie (tylko wtedy nie widać artystów). Lubię tam czasem postać w trakcie występów.

Jeżeli już mowa o sali koncertowej – mieści kilkaset osób, chociaż wtedy już jest tłok. Scena jest niska i nie ma żadnej „ziemi niczyjej” czy „fosy” między nią a publicznością. Normalną sprawą jest duża interakcja między występującymi a oglądającymi. I można sądzić, że nikomu z artystów absolutnie to nie przeszkadza. Sam byłem świadkiem, jak w trakcie występu hardcorowego Cancer Bats z Kanady wokalista przekazał mikrofon jednej z fanek, która z powodzeniem wykonała cały utwór razem z zespołem (sic!). Mina Liama Cormiera – bezcenna. Zresztą, on sam był jedną z osób obsługujących sklepik koncertowy – dzięki temu miałem okazję wymienić uprzejmości w trakcie kupowania koszulki i płyty.

Cancer Bats, Pogłos, fot. Andrzej SkórzyńskiCancer Bats, Pogłos, fot. Andrzej Skórzyński

No właśnie – bliskość. To jedna z fundamentalnych cech Pogłosu. Tu nie ma sztywnego podziału, że jest gwiazda otoczona kordonem ochrony, niedostępna, przyjeżdżająca na sam moment występu, opuszczająca budynek zaraz po ostatnim utworze i fani, którym może uda się jakoś zbliżyć. Tu artystów można spotkać i przed, i po występie. Jak wspomniałem, często obsługują sklepik ze swoimi gadżetami, ale też można na nich trafić przy jednym z barów czy stojących w trakcie innych koncertów wśród publiczności. Sam miałem okazję na chwilę rozmów z niektórymi występującymi czy technicznymi. Równie chętnie miałem podpisywane płyty, powoli już stające się świadkami historii, która w tej lokalizacji nie będzie miała okazji do powtórzenia.

CJ Ramone, Pogłos, fot. Andrzej SkórzyńskiCJ Ramone, Pogłos, fot. Andrzej Skórzyński

Kolejną zasadą jest otwartość i tolerancja. Nie tylko chodzi o to, że w środę gra punkowa kapela z Siedlec, a dzień później jest drum & bass w wykonaniu uznanego DJ z UK. Pogłos został stworzony również jako miejsce przyjazne ludziom o różnych gustach artystycznych, poglądach, pochodzeniu, praktykach seksualnych czy wyznaniach. Pamiętam moment, kiedy po zakończeniu koncertu punkowego Bunkra do Pogłosu wlała się fala „kolorowych ptaków”, bo w tym dniu także odbywał się after po Paradzie Równości. I nie było w tym żadnego zgrzytu, każdy miał poczucie, że jest we właściwym miejscu i czasie. Część koncertowiczów powoli opuszczała klub, gdy rozpoczynała się następna impreza. Jak u Stachury: Dla wszystkich starczy miejsca pod wielkim dachem nieba.

Kontynuując rozważania o specyfice Pogłosu, to odbywa się tutaj m.in. bingo prowadzone przez najprawdziwszą drag queer – Charlotte (na tzw. sali białej, gdzie są organizowane także inne, bardziej kameralne spotkania, jak odczyty, konkursy itp.). Klub gościł także Targi Małych Wydawców. Większość atrakcji jest w bardzo przystępnych cenach (to wcześniej wspomniane założenia spółdzielni socjalnej), czasami wręcz darmowe (np. ostatni występ Hioba Dylana w tzw. ogródku, czyli faktycznym patio). Można w niektóre dni wpaść na wege grill czy muzyczny chillout przy jakimś down tempo albo rock steady…

Pamiątkowa koszulka, fot. Andrzej SkórzyńskiPamiątkowa koszulka, fot. Andrzej Skórzyński

Nic dziwnego, że takie podejście zbudowało całkiem sporą społeczność, dla której to miejsce to nie tylko jeden z wielu klubów w mieście. Gdy nadeszły trudne czasy pandemii, natychmiast przyszło wsparcie – przecież Domek Pogłos (zwany też Pogłosiem) jest silny „swoim ludźmi”. I ten ciężki czas udało się przetrwać, chociaż często inni musieli się poddać. Jak tylko pojawiła się możliwość wznowienia normalnej działalności, wnętrza ponownie zapełniły się gośćmi. Lokal wystartował do kolejnego sezonu.

Niestety, to już ostatnie chwile w tej lokalizacji. Od jakiegoś czasu zaczęły się problemy z przedłużeniem możliwości funkcjonowania przy Burakowskiej 12. Remedium na to może być powstanie Pawilonu Fala nad Wisłą, ale to rozwiązanie sezonowe. Główna siedziba była i jest na Woli. Choćby sytuacja z ostatnich dni, gdy w ostatniej chwili trzeba było przenieść koncert Niemocy pod dach, bo zbliżający się obfity deszcz towarzyszący burzy uniemożliwiłby jego organizację na wolnym powietrzu. Oczywiście konieczne okazało się wprowadzenie opłaty (pierwotnie występ miał być darmowy), ale miała ona dosyć symboliczny charakter 20 zł od osoby.

Nie bez trudów w 2021 roku udało się przedłużyć działanie tutaj do końca września 2022 roku. Po tym czasie miejsce musi zostać opuszczone, bo to kolejna działka, która poszła na sprzedaż pod następne nowe budynki.

Jak wcześniej pisałem, Burakowska ostatecznie traci swój charakter na rzecz nowoczesności. 

Nowe nadchodzi, Kampus Biurowy Forest, fot. Andrzej Skórzyński

Nowe nadchodzi, Kampus Biurowy Forest, fot. Andrzej Skórzyński

Fakt, można tam odnaleźć całkiem udaną rewitalizację wspomnianej Fabryki Koronek, ale to taki miły akcent. W tej chwili duża część ulicy nie przypomina już okolic sprzed dekady czy dwóch. Nad resztkami dawnej zabudowy dominuje budynek Kampusu Biurowego Forest nazwanego przez jednego z bywalców klubu „Wieżą Saurona”. To oczywiste, że takie miejsce jak Pogłos nie ma szans na pozostanie w tutaj – władze miasta i dzielnicy chcą całkowicie przeobrazić cały kwartał ulic Burakowska, Kłopot, Młocińska w zupełnie nowe założenie architektoniczne. Mniej lub bardziej oryginalne blokowisko (dobrze, według nowomowy – apartamentowce) i przestrzeń biurową.

Nie, nie jestem przeciwny, żeby miasto rozwijało się, ładniało, stawało się coraz bardziej nowoczesne. To moje miasto, tu urodziłem się, wychowałem i żyję. Moja rodzina jest z nim związana od pokoleń i życzę mu jak najlepiej. Ale w tym przypadku mamy do czynienia z „wylewaniem dziecka z kąpielą”. Miejsce, które ma bardzo duży wpływ na kulturę miejską, które współtworzy ją ponad dwie dekady, zostaje zlikwidowane razem z całą historią tej okolicy. Za 2–3 lata będą tu nowi mieszkańcy, często napływowi, którzy nie będą czuli żadnego sentymentu do tej przestrzeni. Zamknięci w kolejnych strzeżonych osiedlach będą ewentualnie wychodzili do jednego z sieciowych sklepów spożywczych i kolejnej udającej swojską” sieciowej kawiarni czy do bistro…

Aż trudno pogodzić się z myślą, że na obszarze ponad pół tysiąca kilometrów kwadratowych, w prawie dwumilionowej stolicy państwa nie można znaleźć żadnego miejsca, które można przekazać w użytkowanie dla klubu. Przecież tu nie chodzi o darowiznę – każdy zdaje sobie sprawę, że normalną rzeczą jest uiszczanie opłat wynikających z działalności.

Moron's Morons, Pogłos, fot. Andrzej SkórzyńskiJeden z ostatnich koncertów sierpnia – Moron's Morons, Pogłos, fot. Andrzej Skórzyński

Zastanawiające dla mnie jest to, że Warszawa traci kolejne punkty ze swojej kulturalnej mapy (w internecie można znaleźć artykuły o lokalizacjach, które już przeszły do historii, jest też książka Warszawa – w poszukiwaniu centrum) i nie stanowi to żadnego przyczynku do głębszej refleksji. No, ale my tu o anarchistycznym Pogłosie, a tak szacowna instytucja jak Sinfonia Varsovia musiała wywalczyć budynki dawnej lecznicy weterynaryjnej przy Grochowskiej, żeby mogła w ogóle funkcjonować…

Zakończenie działalności to nie tylko wywiezienie wyposażenia i zatrzaśnięcie drzwi. To bardzo konkretna utrata miejsc pracy dla właścicieli, personelu, miejsca zaopatrzenia dla dostawców, brak kolejnej sceny na koncerty czy inne wydarzenia kulturalne, które często nie mają budżetów zdolnych do organizacji przedsięwzięcia gdzieś indziej. To pozbawienie bywalców ich przestrzeni, w której czują się chciani, oczekiwani i uprzejmie traktowani. To utrudnienie lub zakończenie bardzo ważnych społecznie akcji zbiórkowych dla uchodźców, osób represjonowanych czy bezdomne zwierzęta zwane tutaj znajdkami”. To, faktycznie, mniej lub bardziej świadome hamowanie różnych oddolnych inicjatyw, które często miały bardzo spontaniczny charakter i angażowały wiele osób.

Jest początek września 2022 roku. Na tę chwilę nic nie wskazuje, żeby cokolwiek zmieniło się w przyszłości Pogłosu. Nic nie wiadomo o przenosinach, gdzie można będzie kontynuować całoroczną działalność. Na oficjalnym profilu pojawiają się jeszcze nowe daty wydarzeń organizowanych przy Burakowskiej 12, ale często towarzyszy im dopisek przedostatni” lub ostatni”. Tak do historii odchodzi jeden z najciekawszych klubów Warszawy.

Przed koncertem, sala czarna, Pogłos, fot. Andrzej SkórzyńskiPrzed koncertem, sala czarna, Pogłos, fot. Andrzej Skórzyński

Więc jeżeli jeszcze chcecie choć na chwilę poczuć magię tego miejsca, to macie czas do końca miesiąca  pewnie każdy znajdzie dla siebie jakąś ciekawą propozycję zanim całkowicie ucichnie pogłos w pustych ścianach, które zostaną ostatecznie obalone przez koparki.

Źródła:

  1. Śmierć klubowej legendy. CDQ zakończył działalność, TVN Warszawa / TVN24 [TUTAJ].
  2. Warszawa straciła Centrum i odnalazła centrum, Bartek Chaciński, [TUTAJ].
  3. Oficjalny profil CDQ (20002014), Facebook.
  4. Otwarcie nowego klubu na Burakowskiej. Pierwsze koncerty w Pogłosie już dziś, Łukasz Kamiński, [TUTAJ].
  5. Oficjalny profil Pogłos, Facebook.
Zapraszamy do kultury przyszłości!
Jedyne takie studia podyplomowe! Rekrutacja trwa!

Opublikowano: 2022-08-23

Przeczytaj również

logowanie i rejestracja