Jazz i Blues Muzyka popularna Sylwetki

Andrzej Zaucha - sympatyczny i dobry facet (część 1)

Małgorzata Ciepłuch

andrzej-zaucha-sympatyczny-i-dobry-facet-czesc-1
Andrzej Zaucha

Myślę, że lejtmotywem niniejszej opowieści powinno być to,

że to był strasznie sympatyczny i dobry facet

Andrzej Sikorowski 

Wstęp

Andrzej Zaucha jest artystą tajemniczym. Wybitny wokalista, uwielbiany za barwę głosu i umiejętności wokalne, znany jest przede wszystkim z piosenki otwierającej bajkę pt. Gumisie oraz kupletów, które wykonał z Ryszardem Rynkowskim na Festiwalu Piosenki w Opolu. Wąska grupa melomanów wie, iż artysta był również  utalentowanym jazzmanem. Od paru lat następuje restytucja jego twórczości: powstają wznowienia płyt, filmy dokumentalne, artykuły itd. Warto również potraktować jego życie i twórczość jako studium muzyka zmagającego się z dylematem wyboru artystycznej ścieżki. Czy pracować na swoją sławę i popularność? Czy traktować swój talent jako narzędzie do zarabiania pieniędzy? Czy może w imię wartości wyższych oddać się tworzeniu sztuki, stać się znanym bardzo wąskiej grupie odbiorców, skazując się na niedostatek?

Zaucha to postać tragiczna. Nie tyle ze względu na jego śmierć, ale przede wszystkim ze względu na rozdarcie pomiędzy komercyjną estradą i niekomercyjnym jazzem. Na przykładzie licznych rozmów, jakie przeprowadziłam z muzykami znającymi piosenkarza, postaram się nakreślić profil jego artystycznej osobowości. 

Młodość

Andrzej Zaucha urodził się 12 stycznia 1949 roku w Krakowie[1]. Jego przygoda z muzyką trwała praktycznie od urodzenia. Ojciec piosenkarza był perkusistą i grywał w chałturniczych zespołach muzykę do tańca. Sam Zaucha tak wspomina swoje pierwsze kroki:

Pierwszy raz w życiu wystąpiłem publicznie, kiedy miałem osiem lat. Tak! Jego (mojego ojca – przyp. aut.) tak rozbolały zęby, że musiał lecieć na pogotowie. A zespół musiał grać więc za bębnami posadzili mnie. Nawet specjalnie się nie krzywili ci starsi panowie, z którymi grywał ojciec... na to moje bębnienie... To zabawne było, bo ledwo sięgałem nogami do „stopy”[2]. 

Andrzej grał, przez cały okres szkoły podstawowej, w różnych składach amatorskich i półprofesjonalnych. Były to głównie zespoły wykonujące muzykę do tańca. Zaucha nigdy nie odebrał muzycznego wykształcenia. Po ukończeniu szkoły podstawowej poszedł do szkoły zawodowej, by uzyskać zawód zecera[3].

Do szesnastego roku życia Zaucha trenował kajakarstwo. Zdobył trzykrotnie mistrzostwo Polski. Byłem typowany na olimpiadę, – wspomina  która miała być w Tokio, ale dostałem propozycję grania na perkusji w zespole „Czarty”  i w ciągu jednego dnia rzuciłem z hukiem cały ten sport[4].

Zespoły taneczne były w latach sześćdziesiątych bardzo popularne. W samym Krakowie było ich kilkanaście[5]. Między innymi: Zdrój Jana, Czarne Perły, Ryszardy, Tytani[6].

Zaucha w zespole Czarty nie rozpoczął kariery jako wokalista. Tak jak w poprzednich zespołach grał na perkusji. Zaucha zdecydowanie nie był wirtuozem. Ale miał za to kilka świetnych atutów. Nienagannie trzymał time[7], w jego graniu panował ogromny porządek, poza tym świetnie poruszał się po różnych stylach. Dixieland brzmiał jak Dixieland, swing był swingiem. Umiał też uderzyć mocnego rocka[8] – wspomina Janusz Grzywacz. Sam artysta tak wspomina ten okres: graliśmy w bardzo popularnych podówczas miejscach, takich jak klub „U Wandera” przy ul. Mogilskiej, klub „Oaza” na boisku, „Kabla” w Płaszowie, czy w Domu Socjalnym na Reymonta. (…) W którąś sobotę przychodzę do sali, w której graliśmy i widzę jakiegoś faceta, który rozkłada bębny... Oczywiście, od razu pomyślałem, że mnie wyrzucili... A tu podchodzi do mnie kierownik zespołu i mówi: wiesz, teraz jest taka nowa moda, żeby ktoś w zespole śpiewał... żaden z nas nie umie, więc pomyśleliśmy, że ty spróbujesz, bo ty znasz te wszystkie nowe piosenki... no to zatrudniliśmy nowego perkusistę, a ty będziesz wokalistą[9].

Zespół Czarty działał w latach około 19651968. Następnie Zaucha śpiewał w amatorskim zespole Telstar Andrzeja Kadłuczki. W międzyczasie miał okazję zapoznać się z muzyką inną niż taneczny big beat. Na początku lat sześćdziesiątych jego matka emigrowała do Francji i choć Zaucha został w Polsce – wychowywał się u ciotki – kilkakrotnie odwiedzał swoją mamę za granicą. W 1967 roku albo na początku 1968 wyjechałem do Francji. – wspomina piosenkarz – Tam pierwszy raz usłyszałem gościa, który się nazywa Ray Charles. Kupiłem jego płytę z utworami takimi jak „Georgia on My Mind”, „Woopi Yoopi” i „I Can't Stop Lovin You”. Zakochałem się w tych utworach, nauczyłem i po przyjeździe do Krakowa zmieniłem zupełnie styl śpiewania. W Polsce nikt dotychczas tak nie śpiewał. Śpiewało się Toma Jonesa, takie utwory jak „Deliah” itp. A tu nagle w Krakowie jakiś facecik zaczął śpiewać Charlesa[10].

Nowatorstwo i, jak na Polskie warunki, oryginalna technika wokalna, spowodowały, iż w środowisku jazzowym Zaucha stał się rozpoznawalny. I nie ma wątpliwości, że jego unikalna jak na owe czasy technika wokalna sprawiły, iż zainteresował się nim rythm-and-bluesowy zespół Dżamble. 

Dżamble

Dżamble kojarzone z kwartetem z Zauchą w roli głównej, zostały założone trzy lata przed dołączeniem wokalisty do zespołu tj. w roku 1966. Nazwę zespołu wymyślił Igor Jarecki. W pierwszym składzie grali: Tadeusz Gogosz (gitara basowa), Jan Budziaszek (perkusja), Wiesław Wilczkiewicz (gitara), Jerzy Horwath (fortepian), Edward Anioł (saksofon tenorowy), Czesław Styczeń (puzon), Jan Kaleta (wokal)[11]. Zespół jednak rozpadł się w lutym 1967. Jesienią '67 doszło do nieudanej reaktywacji, by rok później przez krakowski klub „Helikon” zostać powołanym do życia po raz kolejny, w innym, znacznie okrojonym, składzie. Z pierwotnego zespołu został bowiem jedynie Jerzy Horwath. Budziaszka zastąpił Benedykt Radecki, a Gogosza - Marian Pawlik (gitara basowa). Wokalistą był  Marek Pawlak[12]. Niemniej, jak opowiada Marian Pawlik, współpraca z Pawlakiem nie należała do udanych. Nie dało się z nim nic zrobić – wspomina  Pawlik – mimo wspaniałego głosu, śpiewał jak Tom Jones, był osobą bardzo niekompetentną. Przedkładał życie towarzyskie nad rozwój muzyczny. Nie przychodził na próby, a co gorsza często nawet nie było go na jego własnych koncertach. Dowiedzieliśmy się wtedy od kolegi, że w klubie Polfy, tuż przy Rondzie Mogilskim razem z Kadłuczką śpiewa jakiś młody niezwykle utalentowany chłopak. Pojechaliśmy więc, ale za pierwszym razem nie przypadł nam do gustu. Śpiewał jakieś polskie kawałki big-beatowe[13]. Postanowiliśmy więc dać szansę jeszcze Pawlakowi, ale ten wpakował się w jakieś kłopoty i trafił do aresztu. Pojechaliśmy więc do „Polfy” ponownie i na nasze szczęście nie było wtedy żadnego wieczorku tanecznego. Andrzej mógł więc śpiewać zupełnie inny repertuar. Taki jaki chciał, a nie jaki wymagała od niego publiczność. Śpiewał Charlesa. A jak zaśpiewał „Georgię” to od razu wiedzieliśmy, że to jest to[14].

Dżamble już wtedy miały określoną wizję artystyczną. Chcieli grać muzykę rythm-and- bluesową, połączoną z jazz-rockiem. Mieli też na koncie pierwsze własne kompozycje. To przekonało Zauchę od razu i w marcu 1969 roku rozpoczęła się jego współpraca z zespołem. Dwa tygodnie później wyjechali na konkurs „Jazz nad Odrą”, gdzie wykonywali utwory Otisa Reddinga. Występ został przyjęty entuzjastycznie. Zespół zdobył nagrodę specjalną i nagrodę indywidualną dla Zauchy. Występ wspomina Tomasz Tłuczkiewicz: To był chyba 68 lub 69 rok. Nie pamiętam dokładnie. W każdym razie był to rok kiedy człowiek wylądował na księżycu. W finale „Jazzu nad Odrą” występowało kilka świetnych zespołów między innymi zespół „Romuald i Roman”, którego byłem menadżerem oraz Dżamble. Dżamble były bezkonkurencyjne, a myśmy zajęli drugie miejsce[15]. Choć muszę jednocześnie podkreślić, że „Romuald i Roman” często podobał się publiczności bardziej. Głównie z tego względu, że grali łatwiejszą muzykę[16].

Dżamble zaś szły za ciosem. W tym samym roku zespół wystąpił na IV Festiwalu Kultury Studenckiej w Krakowie, gdzie ex aequo z Danielem Kłoskiem Zaucha zdobył pierwszą nagrodę, oraz w koncercie „Popołudnie z młodością" VII KFPP w Opolu. Sukcesem zakończył się udział w finale zorganizowanego w Rybniku i Chorzowie II Młodzieżowego Festiwalu Muzycznego w 1969 roku, gdzie kwartet z Krakowa w kategorii zespołów zdobył pierwsze miejsce, zaś Andrzej w kategorii wokalistów drugie i trzecie miejsce ex aequo z Waldemarem Koconiem[17].

W międzyczasie muzycy tworzyli własne utwory. W latach 1969–1970 dokonali serii nagrań piosenek dla wytwórni płytowej Polskie Nagrania Muza. Muzykę komponowali zazwyczaj Jerzy Horwath i Marian Pawlik. Jeden utwór – Nagą rzekę – napisał Zaucha. I tak w 71 roku światło dzienne ujrzała pierwsza i niestety jedyna płyta Dżambli – zatytułowana Wołanie o słońce nad światem. Wydawnictwo składało się z dziewięciu utworów skomponowanych do tekstów Leszka Aleksandra Moczulskiego, Tadeusza Śliwiaka, Jerzego Ficowskego i Adama Kawy.  Wielką wagę – wspomina Marian Pawlik – przykładaliśmy w tych utworach nie tylko do warstwy muzycznej, ale i tekstowej. Chcieliśmy, by nasza muzyka, w każdym aspekcie coś wyrażała. Ambitna muzyka miała iść w parze razem z ambitnym tekstem. I nie chodziło nam wcale o poezję. Miały to być teksty piosenkowe. Proste, ale nie prymitywne. Wymyśliliśmy, że na płycie piosenki splotą się w miłosną opowieść[18]. Na debiutanckim krążku zagościli również znani jazzmani: Tomasz Stańko, Michał Urbaniak, Janusz Muniak i Zbigniew Seifert.

W pierwotnym zamyśle utwory na płycie miały być ułożone tematycznie. Muzykom chodziło o to, by wskutek ich zestawienia stworzyć opowieść o samotnym mężczyźnie (piosenka Muszę mieć dziewczynę), który tworzy w swej wyobraźni ideał kobiety (piosenka Wymyśliłem Ciebie), przebywa z nią w swych snach i marzeniach (piosenki: Naga rzeka, Dziewczyna, w którą wierzę), niemniej miłość do wyimaginowanego obiektu jest niszcząca, mężczyzna stara się więc znaleźć prawdziwą ukochaną (piosenka W noc i w dzień), by uwolnić się od fantazji (piosenka Opuść moje sny), na rzecz prawdziwego związku (piosenka Wpatrzeni w siebie). Wizja młodych muzyków niestety nie przekonała wytwórni Polskie Nagrania. Ostatecznie piosenki ukazały się w innej kolejności. Z bliżej nie wyjaśnionych przyczyn zrezygnowano również z zamieszczenia na płycie świetnego utworu Opuść moje sny. Powyższa decyzja, jak i zapewne inne względy, doprowadziły do konfliktu między zespołem a wytwórnią. Pierwsza porażka zwycięzców spowodowała również rozpad grupy.

Młodzi muzycy zadziwiali wszechstronnością. Oto w okresie muzycznej monotonii big bitu pojawił się w polskim życiu artystycznym zespół, który poruszał się pomiędzy jazzem, rockiem, rythmnbluesem oraz (nie bójmy się tego słowa) piosenką autorską. Grał na dodatek świeżo, oryginalnie i perfekcyjnie. Jak to zwykle bywa, ambitna muzyka nie spotkała się zbyt entuzjastycznym odbiorem w szerszym gronie słuchaczy. Dżamble znani byli głównie muzycznym melomanom, byli również ogromnie cenieni w środowisku profesjonalnych muzyków. Niedocenienie, połączone z konfliktem z Polskimi Nagraniami oraz wyjazdem niektórych muzyków za granicę, zdecydowało o tym, iż grupa w 1972 roku się rozpadła.

Z końcem 1978 Dżamble odrodziły się. Grupa występowała tym razem w składzie: Andrzej  Zaucha (śpiew, trąbka, saksofon, instrumenty perkusyjne), Marian Pawlik (gitara basowa), Benedykt Radecki (perkusja), Ryszard Styła (gitara), Stefan Sendecki (fortepian) i Ryszard Kwaśniewski (saksofon, klarnet). W tym składzie grupa dokonywała koncertów i brała udział w nagraniach innych wykonawców, takich jak Maryla Rodowicz czy zespołu Maanam. Nigdy jednak nie odzyskała dawnej popularności, czego konsekwencją było ostateczne zawieszenie działalności w 1981 roku[19].

Anawa

Andrzej Zaucha po rozpadzie Dżambli nie pozostawał długo bezrobotny. Na przełomie roku 1971/1972, na skutek trwającego od dłuższego czasu konfliktu, odszedł z zespołu Anawa Marek Grechuta. Jak wspomina Piotr Baron: Czołowa polska grupa muzyczna u szczytu swojej sławy znalazła się bez wokalisty. Nic więc dziwnego, że oczy Jana Kantego Pawluśkiewicza, muzycznego lidera grupy, zwróciły się w kierunku Zauchy. Wszyscy już wtedy bowiem wiedzieli, że Andrzej jest najlepszy i że jest w stanie zaśpiewać wszystko[20]. Sam lider Anawy, tj. Jan Pawluśkiewicz, przyczyny zawiązania współpracy z Zauchą przedstawia w bardziej przyziemny sposób. Szukałem do zespołu wokalisty, a Andrzej świetnie śpiewał. Ale mnie przekonywał inny, znacznie ważniejszy dla mnie wtedy argument. Andrzej nie miał zapędów literackich, kompozytorskich, nie miał również cech przywódczych. Wydawał mi się on więc człowiekiem przede wszystkim bezpiecznym, wiedziałem bowiem, że to nie będzie osoba, która będzie chciała lansować coś własnego. Miałem wizję dla zespołu Anawa bardzo wyraźną i sprecyzowaną. Chciałem pójść w stronę eksperymentu, awangardy, chciałem pobawić się trochę jazzem, trochę rockiem. Miałem gotowe kompozycje, napisane teksty. Potrzebowałem więc osoby, która to wszystko po prostu bardzo dobrze wykona. Andrzej wydawał mi się idealny, gdyż współpraca z nim nie groziła kolizją interesów. Warto przy tym podkreślić, że półtoragodzinny program Andrzej opanował w ciągu dosłownie kilku prób. Andrzej nie znał nut. Wszystkiego uczył się ze słuchu. Grałem więc mu linię melodyczną do piosenki, a on ją bezbłędnie powtarzał. Wracał do domu. Pewnie w głowie przetwarzał sobie te melodie, gdyż wracał na następną próbę z gotowym arcydziełem[21].

Przed Zauchą stanęło nowe wyznanie. Oto znalazł się w zespole, który bardziej nad technikę wokalną i jazzowy feeling czy frazowanie stawiał interpretację tekstów. Zespół Dżamble zwracał oczywiście uwagę na tekst, niemniej stylistycznie był oddalony od poezji śpiewanej. Tymczasem Anawa kontynuowała nurt zapoczątkowany w płycie Korowód wydanej jeszcze z Grechutą. Był to nurt poruszający w tekstach problemy egzystencjalne. Pawluśkiewicz komponował do poezji Leszka Aleksandra Moczulskiego, Ryszarda Krynickiego. Napisał też muzykę do fragmentu Eposu o Gilgameszu i fragmentu rozprawy filozoficznej Giordano Bruno. W zespole Anawa po raz pierwszy zetknąłem się z poezją w sensie wykonawczym. Wstyd się przyznać, ale dopiero wtedy zacząłem zwracać uwagę na tekst. Nie w sensie zrozumienia, ale odpowiedniej interpunkcji  wspomina Zaucha[22]. Andrzej znalazł się w skrajnej sytuacji – twierdzi Jarosław Śmietana, gitarzysta jazzowy – znalazł się w zespole, w którym do tej pory opierał się na ogromnej osobowości Grechuty. Musiał nagle odnaleźć się w stylu tak od niego odległym. Z jednej strony swój śpiew znacznie uprościć, z drugiej nie zatracić swojej osobowości. I oczywiście wyszło mu to po mistrzowsku[23].

Współpraca zaowocowała płytą zatytułowaną Anawa: Tańcząc w słońcu, nagraną w roku 1972, a wydaną 1973. W jej realizacji, obok Pawluśkiewicza i Zauchy, wzięli udział: Anna Wótowicz (wiolonczela), Zygmunt Kaczmarski (skrzypce, gitara), Jan Gorciarczyk (kontrabas), Tadeusz Kożuch (altówka, trąbka), Zbigniew Frankowski (gitara, śpiew), Eugeniusz Makówka (perkusja) oraz gościnnie Benedykt Radecki. Anawa to płyta z muzyką bardziej eksperymentalną i trudniejszą w porównaniu do poprzednich produkcji, jakie miały miejsce z Grechutą. Podkreśla to sam kompozytor: z Markiem (Grechutą – przyp. aut.) graliśmy foremne piosenki, nawiązujące trochę do muzyki barokowej, trochę do rozrywkowej, wszystko było idealne i poukładane. Ja zaś pragnąłem więcej eksperymentu. Chciałem uchwycić to, co w ówczesnych czasach wisiało w krakowskim „powietrzu”, a mianowicie hinduizmy, jazz, rock, awangarda”. I faktycznie. Anawa to płyta fuzji, gdzie utwory a cappella, stylizowane na chorały średniowieczne, zestawione są z rockowymi beatami, improwizacjami i wschodnimi skalami muzycznymi. Wszystko to układa się w  interesującą całość i przez wielu krytyków Anawa została okrzyknięta najlepszą, choć najmniej znaną płytą zespołu.

Współpraca Zauchy z Anawą trwała niespełna półtora roku. Dwa tygodniu po nagraniu płyty Andrzej przyszedł i powiedział, że chciałby zrezygnować, uczy się grać na saksofonie i wyjeżdża do knajpy na zachód. Było to dla mnie zaskoczeniem. Zespół dopiero nabierał wiatru w żagle. Nagraliśmy płytę, która nota bene na rynku miała się ukazać dopiero za kilka miesięcy. Perspektywy koncertów dopiero się przed nami otwierały  wspomina Jan Kanty Pawluśkiewicz[24], ale jednocześnie przyznaje: w odejściu Andrzeja było trochę mojej winy. Podczas pracy nad utworami chciałem nakierować go na drogę intelektualną. Namawiałem go do kontemplacji filozoficznej, lektury Taoizmu, mając świadomość,  że jego to guzik obchodzi.  Poza tym nic z tego nie rozumiał. Żył w zupełnie innym świecie. Andrzej lubił biesiadować i znacznie ważniejszym od przeżyć intelektualnych były dla niego spotkania towarzyskie i dobra zabawa. Tymczasem Anawa to było coś więcej niż samo muzykowanie. Była literatura, medytacja, filozofia. To nie były jego rewiry. Andrzej był umęczony  moimi nagabywaniami[25].

Była jeszcze jedna przyczyna, która zadecydowała o odejściu Zauchy z zespołu Anawa.  Wokalista był już żonaty i miał malutką córeczkę – Agnieszkę. Wyjazd na Zachód oznaczał większy zarobek dla niego i jego rodziny. Zespół Pawluśkiewicza, mimo iż popularny, nie gwarantował takich przychodów, jak praca za granicą. Kolejny argument przytacza z kolei saksofonista jazzowy Piotr Baron: W czasach reżimu sowieckiego znacznie ważniejsze od nagrania płyty czy tworzenia sztuki przez duże „SZ”, było zaczerpnięcie łyka wolności, wyjazd na zachód, ucieczka na pół roku od ZOMO. Mnie decyzja Zauchy nie dziwi, ponieważ w ten sposób działali wszyscy, ze mną włącznie. Trzeba było dbać o wolność. A taką namiastką był wyjazd do Niemiec czy Szwajcarii[26].

Pierwszy wyjazd miał miejsce z zespołem Andrzeja Ibka. Zaucha wyjechał w zastępstwie za Jarosława Dobrzyńskiego. Jednym z warunków kontraktu był wymóg, by wokalista jednocześnie grał na saksofonie. Słynna jest już anegdota, iż specjalnie na ten wyjazd Zaucha opanował podstawy gry na tym instrumencie w dwa tygodnie[27]. Zespół z sukcesem wyjechał na kilka miesięcy do Szwecji. Zaucha dołączył następnie do zespołu Mini Max, z którym podróżował po Europie i w którym występował jako wokalista i saksofonista. Współpraca z zespołem trwała przez cały okres końca lat 70. i początek lat 80. Jego podstawowy skład tworzyli: Jerzy Piwowarski (gitata basowa), Janusz Lorenz (gitara), Janusz Gajec (perkusja), Eugeniusz Puchalski (fortepian), Andrzej Zaucha (wokal)[28].

Nietypowej współpracy w ramach wyjazdów zarobkowych podjął się w latach 19741976 z grupą Old Metropolitan Band. W jej skład wchodzili pierwotnie Ryszard Kopciuch-Maturski (kontrabas), Tadeusza Oferta (banjo), Czesława Dworzański (perkusja), Wiesław Kurpowski (klarnet), Marek Michalak (puzon), Henryk Słaboszowski (fortepian)[29]. Zaucha zaś nie dołączył do zespołu jako wokalista, tylko jako… perkusista, zastępując Czesława Dworzańskiego. Określiłbym to jako powrót do korzeni. – skomentuje to Zaucha – Zaczynałem od bębnów i po latach zasiadłem za bębnami[30].

Old Metropolitan Band był pod koniec lat 70. znanym, ustabilizowanym zespołem. Ryszard Kopciuch, lider, wspomina: Od 1970 roku zaczęliśmy zdobywać laury i jeździć do Niemiec, Danii, Holandii, Szwajcarii. Europa stanęła przed nami otworem! Byliśmy dość dobrze zagnieżdżeni na tamtym rynku. W Niemczech działało wówczas 130 klubów czysto jazzowych[31]Sam  Zaucha przyznał, że wpierw był przerażony graniem na perkusji[32]. Szybko też wyszło na jaw, że nie może porzucić śpiewu i zająć się graniem wyłącznie na instrumencie. Przez jakiś czas grał z nami na bębnach Andrzej Zaucha. – wspomina Ryszard Kopciuch – Ale gdy grał na harmonijce ustnej i śpiewał, to odchodził od bębnów. Wówczas powstawał bezbębnowy skład. (…) Jak na zespół Dixielandowy było to dość odważne posunięcie, ponieważ Niemcy nie wyobrażali sobie, jak można grać jazz tradycyjny bez bębnów[33]. Z drugiej strony, mimo niekonwencjonalnych zachowań perkusisty, zespół był niezwykle popularny. Po współpracy Zauchy z Old Metropolitan Band pozostał ślad w postaci nagranej 1975 roku płyty. Jest to rejestracja koncertu w Jazz-Clubie Hannover. Był to wspaniały klub, w którym grali tacy goście jak Dizzy Gillespie czy Miles. Ten klub ma znakomitą akustykę - opowiadał Zaucha[34]. Na płycie Andrzej śpiewał „Georgię” i grał na harmonijce. Graliśmy z fortepianem bez bębnów, ze skrzypcami bez bębnów i z bębnami[35]. Płyta nosi tytuł  Live in Jazz Club Hannover. Muzycy wykonują na niej standardy jazzowe takie jak: Sweet Georgia Brown, Caravan, Honeysuckle Rose, Georgia on My Mind czy Mack the Knife

Wyjazdy na Zachód pozostawiały jednak u wokalisty poczucie niespełnienia. Najbardziej frustrowało go, iż najmniej jest znany na swoim rodzimym podwórku. Lata 80 będą próbą odwrócenia takiego porządku rzeczy. 


Przypisy:

[1] Ryszard Wolański, Leksykon Polskiej Muzyki Rozrywkowej, t. 2, Warszawa 2003, s. 234. 

[2] Cytat za: Małgorzata Bogdanowicz, Tomasz Bogdanowicz, Andrzej Zaucha – krótki, szczęśliwy żywot..., Kraków 1993, s. 11.

[3] Wacław Panek, Encyklopedia muzyki rozrywkowej, Warszawa 2000, s. 384.  

[4] Cytat za: Bogdanowicz, op. cit., s. 8.

[5] Ibidem, s. 9.

[6] Wywiad z Januszem Grzywaczem z dnia 15 września 2009 roku, Kraków.

[7] time – słowo w żargonie muzyków jazzowych oznaczające poczucie rytmu.  

[8] Wywiad z Januszem Grzywaczem z dnia 9 sierpnia 2009 roku.

[9] Cytat za: Bogdanowicz, op. cit, s. 8.

[10] Ibidem, s. 41.

[11] http://dalton.cp.win.pl/zaucha/biografia.html z dnia 30 sierpnia 2009 roku.

[12] Ibidem.

[13] Wolański definiuje big-beat jako nurt muzyki rozrywkowej lat 60. XX w. (…) charakteryzujący się uksponowanym rytmem, prostotą melodyczną i harmoniczną. Słownik terminów muzyki rozrywkowej, Warszawa 2000, s. 47.

[14] Wywiad z Marianem Pawlikiem z dnia 3 marca 2009 roku, Kraków.

[15] Ciekawą anegdotę dotyczącą tego wydarzenia wspomina Krzysztof Piasecki. Tłuczkiewicza znałem od dawna. Wiedziałem, iż zajmuje się menadżerką zespołu Romuald i Roman. Wiedziałem też, że startowali w Jazzie nad Odrą. Dzień po finale dzwonię więc do Tomka i się pytam „No i jak wam poszło?” a on mi na to „Bomba! Wiesz, że pierwsze miejsce zajęliśmy?”. Bardzo się ucieszyłem, pogratulowałem mu zwycięstwa i jakie było moje zdziwienie jak godzinę później przeczytałem w gazecie, że pierwsze miejsce zajęły Dżamble. Znowu więc zadzwoniłem do Tłuczkiewicza: „Stary co ty opowiadasz?  mówię do niego  jak wygraliście? Przecież pierwszą nagrodę zgarnęli Dżamble?” a on mi na to „Dżamble się nie liczą. Byli absolutnie bezkonkurencyjni  na podstawie wywiadu z Krzysztofem Piaseckim z dnia  4 marca 2009 roku, Kraków. 

[16] Wywiad z Tomaszem Tłuczkiewiczem z dnia 28 lutego 2009 roku, Warszawa.

[17] http://dalton.cp.win.pl/zaucha/biografia.html#dzamble z dnia 30 sierpnia 2009 roku.

[18] Wywiad z Marianem Pawlikiem z dnia 3 marca 2009 roku. 

[19] http://dalton.cp.win.pl/zaucha/dyskografia.html z dnia 12 września 2009 roku.

[20] Wywiad z Piotrem Baronem z dnia 28 lutego 2009 roku.

[21] Wywiad z Janem Kantym Pawluśkiewiczem z dnia 8 sierpnia 2009 roku.

[22] Cytat za: Bogdanowicz, op. cit., s. 44.

[23] Wywiad z Jarosławem Śmietaną z dnia 14 lipca 2009 roku.

[24] Wywiad z Janem Kantym Pawluśkiewiczem z dnia 8 sierpnia 2009 roku.

[25] Ibidem.

[26] Wywiad z Piotrem Baronem z dnia 28 lutego 2009 roku.

[27] Anegdota przytaczana zgodnie i przez Jarosława Dobrzyńskiego, Jarosława Śmietanę, Ryszarda Kopciucha, Janusza Grzywacza.

[28] Informacje dostępne na stronie: http://www.ryszardy.pl/minimax.html z dnia 20 września 2009 roku.

[29] http://pl.wikipedia.org/wiki/Old_Metropolitan_Band z dnia 30 grudnia 2014 roku.

[30] Cytat za: Bogdanowicz, op. cit., s. 47.

[31] Cytat za: Antoni Krupa, Miasto błękitnych nut, czyli historia krakowskiego jazzu i nie tylko, Kraków 2008, s. 190.

[32] Bogdanowicz, op. cit., s. 47.

[33] Krupa, op. cit., s. 191.

[34] Cytat za: Bogdanowicz, op. cit., s. 47.

[35] Cytat za: Krupa, op. cit., s. 190.

Bibliografia:

  1. Bogdanowicz, Małgorzata, Bogdanowicz Tomasz, Andrzej Zaucha – krótki, szczęśliwy żywot, Kraków 1993.
  2. Gridley Mark. C., Jazz Styles, History and Analyzes, New Jersey 1997.
  3. Krupa Antoni, Miasto błękitnych nut, czyli historia krakowskiego jazzu i nie tylko..., Kraków 2008.
  4. Panek Wacław, Encyklopedia muzyki popularnej, Warszawa 2000.
  5. Schmidt Andrzej, Historia Jazzu, t. 3, Zgiełk i furia, Warszawa 1997.
  6. Rabiański Radosław, Krakowska scena muzyczna. Encyklopedia, Kraków 2006.
  7. Wolański Adam, Słownik terminów muzyki rozrywkowej, Warszawa 2000.
  8. Wolański Ryszard, Leksykon Polskiej Muzyki Rozrywkowej, t. 3, Warszawa 2003.

Strony internetowe:

http://www.musical.pl/index.php?showtopic=521 [dostęp: 20.09.2009]

http://www.youtube.com/watch?v=fsz4di_t0V4 [dostęp: 20.09.2009]

http://dalton.cp.win.pl/zaucha/ [dostęp: 20.09.2009]

http://www.ryszardy.pl/ [dostęp: 20.09.2009]

http://www.ryszardy.jedwab.net.pl/dzamble.html [dostęp: 20.09.2009]

http://www.progrock.org.pl/content/view/4004/38/ [dostęp: 20.09.2009]

http://pl.wikipedia.org/wiki/Old_Metropolitan_Band [dostęp: 20.09.2009]

Wywiady:

Piotr Baron – Wrocław, 28 lutego 2009 r.

Alicja Majewska – Warszawa, 1 marca 2009 r.

Włodzimierz Korcz – Warszawa, 1 marca 2009 r.

Bożena Krzyżanowska – Kraków, 2 marca 2009 r.

Tomasz Tłuczkiewicz – Warszawa, 1 marca 2009 r.

Jarosław Dobrzyński – Warszawa, 2 marca 2009 r.

Jacek Pelc – Warszawa, 2 marca 2009 r.

Ewa Bem – Warszawa, 2 marca 2009 r.

Krzysztof Piasecki – Kraków, 3 marca 2009 r.

Marian Pawlik – Kraków, 3 marca 2009 r.

Andrzej Sikorowski – Gdańsk, 8 marca 2009 r.

Jarosław Bem – Warszawa, 15 marca 2009 r. 

Jarosław Śmietana – Sulęczyno, 14 lipca 2009 r.

Jan Kanty Pawluśkiewicz – Warszawa, 8 sierpnia 2009 r.

Janusz Grzywacz – Kraków, 8 sierpnia 2009 r. oraz 15 września 2009 r.

Zbigniew Wodecki –  Sopot, 20 sierpnia 2009 r.

Ryszard Kopciuch – Kraków, 29 września 2009 r. 

Opublikowano: 2015-01-13

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 256