Muzyka wokalna Festiwale Patronat medialny

48. Międzynarodowy Festiwal Wratislavia Cantans a sprawa włoska

Katarzyna Bartos

48-miedzynarodowy-festiwal-wratislavia-cantans-a-sprawa-wloska
materiały prasowe

Pamiętam swoją pierwszą i jedyną jak dotąd wyprawę do Włoch. Był już koniec października. Rzym, Watykan, Pompeje, Monte Cassino... Jednak to, co najbardziej zostało mi w pamięci to kolory – niezwykle intensywne pomarańcze, dużo bieli marmuru i błękit. Wciąż czuję też ciepło, jakie panowało na ulicach, po których mimo panującej już jesieni chodziliśmy w krótkich rękawkach. Pamiętam też ciepło mijanych ludzi, ciepło panującej w tych stronach atmosfery.

Co ciekawe, błękit powitał mnie też we Wrocławiu. Już nie w połączeniu z marmurową bielą i intensywną pomarańczą, ale z fioletem i, niestety, szarością spowodowaną kiepską pogodą. Błękitno-fioletowe jest logo 48. Międzynarodowego Festiwalu Wratislavia Cantans, a dostrzec je można było niemal w każdym ważnym punkcie miasta – powiewało na flagach zawieszonych przy ulicach, błyszczało na słupach z reklamami, znajdowało się na koszulkach wolontariuszy. Sam wygląd tegorocznego logo okazał się kontrowersyjny – każdy mógł zinterpretować je inaczej – jako diament, śpiewaczkę, a niektórzy dopatrywali się w nim inspiracji włoską komedią dell'arte.

Ale nie tylko logo okazało się dość kontrowersyjne. Program obfitował w niecodzienne zestawienia repertuarowe, wybrani zostali także ciekawi wykonawcy. Przede wszystkim wymieniłabym tu fenomenalnego moim zdaniem wiolonczelistę i kompozytora Giovanniego Sollimę, którego miałam okazję słyszeć tylko raz – podczas koncertu finałowego. Razem z Orkiestrą Symfoniczną Filharmonii Wrocławskiej wykonał swój utwór Folktales.

materiały prasowe

Kompozycja podzielona była na sześć mniejszych cząstek, ale tak naprawdę zmiany charakteru muzyki sugerowały mi większe rozczłonkowanie dzieła. Włoch wszedł na scenę i pewnie nie zwróciłabym na niego uwagi, gdybym widziała go w tłumie przed koncertem. Ubrany był w luźną czarną koszulę, a na nogach miał sportowe czarne buty. Jednak gdy rozpoczął grę, nie dało się oderwać od niego wzroku. Gwiazda! Pełen emocji, przeżywał każdy takt swojego utworu, cieszył się wszelkim tutti i odcinkami granymi przez instrumenty dęte. Nie była to ekspresja dla samej ekspresji, dla popisu. Sollima klaskał, krzyczał, uderzał struny tak, jakby miał przed sobą gitarę basową, nie wiolonczelę, wykorzystał każdy fragment gryfu, a nawet więcej. I nie było to żałosne zawodzenie niespełnionej gwiazdki – wszelkie dwudźwięki nawet w najwyższych pozycjach były wykonane bardzo poprawnie pod względem intonacyjnym, a każdy dźwięk precyzyjnie wykonany pod względem technicznym. Filharmonicy patrzyli na niego z wielkim podziwem i szacunkiem, a może i zazdrością? Jego popis tak spodobał się publiczności, że ta aż wstała i wymusiła na soliście trzy bisy – Temat z wariacjami Alfredo Piattiego oparty na pieśni neapolitańskiej, Chaconę Francesco Corbetty i rockowy utwór, który według kompozytora brzmi jak barokowy.

Tego samego wieczoru można było też usłyszeć zespół wokalny The Swingle Singers.

materiały prasowe

Dla oryginalnego składu tego zespołu Luciano Berio napisał skomponowaną w 1969 roku, a wykonaną podczas finału Festiwalu, Sinfonię. Do czytanego tekstu jeden z tenorów wplótł też nazwisko Giovanniego Sollimy. Zespół brzmiał bardzo harmonijnie, świetnie stapiał się z orkiestrą, zwłaszcza w części III Sinfonii. Widać było też dużą radość na twarzach instrumentalistów wykonujących ten utwór. Zupełnie inaczej niż podczas pierwszej na tym koncercie kompozycji – orkiestra wydawała się wtedy onieśmielona, zupełnie nieprzekonana do Monumentum pro Gesualo di Venosa ad CD annum Igora Strawińskiego. Ożywienie nastąpiło wraz z wejściem na scenę wspominanego Sollimy. Koncert zakończył się długimi oklaskami i bisem The Swingle Singers – fragmentem z Suity h-moll Johanna Sebastiana Bacha, który brzmiał jakby został napisany właśnie na czysto wokalny skład.

Kolejnym zespołem, który zdecydowanie uwiódł mnie swoim brzmieniem był występujący 14. września Spira Mirabilis.

materiały prasowe

Jest to projekt orkiestrowy, zespół wykonujący muzykę bez dyrygenta. Przedsięwzięcie wydaje się bardzo ryzykowne. I takie w rzeczywistości jest. Wykonawcy spotykają się około tygodnia przed planowanym występem, ćwiczą utwór, ale przede wszystkim rozmawiają o tym, jak wyobrażają sobie poszczególne fragmenty dzieła. I dzięki temu zdali egzamin na 6. Wydawało się, że orkiestra oddycha jednymi płucami, działa jak naczynia połączone. Przed wykonaniem Pulcinelli Igora Strawińskiego jeden ze skrzypków powiedział, że nie będzie na scenie tancerzy, bo członkowie orkiestry sami w sobie są gwiazdami i to powinno wystarczyć publiczności. Słuchałam kilku wykonań tej kompozycji, ale tylko tutaj usłyszałam typową dla Strawińskiego energię i ciężkość, specyficzną ostrość akordów i akcentów, swobodę w zmianach metrycznych i agogicznych. Jedyne, co mi trochę przeszkadzało, to wokaliści – w porównaniu do zespołu nie wypadli tak krystalicznie, chociaż dali się ponieść wielkiemu entuzjazmowi orkiestry, co widać było na ich twarzach i w ich ruchach na scenie.

Jeżeli chodzi natomiast o solistów-wokalistów, mam duży problem z wybraniem jednego, który najbardziej mi się podobał. Zdecydowanie w mojej czołówce znaleźli się Gemma Bertagnolli, Sonia Prina i Christopher Purves.

materiały prasowe

Sopranistka wystąpiła ostatniego dnia Festiwalu podczas koncertu Kosztujmy z kielichów radości. O ile w pierwszym utworze – hicie Libiamo ne'lieti calici Giuseppe Verdiego jej głos wydawał się przysłonięty przez głos występującego z nią barytona Furio Zanasiego, o tyle w numerach solowych pokazała pełnię swoich możliwości wokalnych a przede wszystkim aktorskich. Gdy śpiewała o tym, że już nie pamięta, ile wina skosztowała i jakie ono było (aria Griserie z La Perichole Jacquesa Offenbacha) w doskonały sposób udawała nietrzeźwą, bawiąc dźwiękami czkawki publiczność. Widać było, że koncert sprawia jej wielką przyjemność, wciąż się uśmiechała. W niektórych utworach siadała obok prowadzącego koncert i akompaniującego Giovanniego Biettiego, grała razem z nim na fortepianie, śpiewała dialogując z Zanassim. Christopher Purves wystąpił podczas pierwszego koncertu Równoległe żywoty. Tego wieczoru zadebiutował w roli dyrygenta na 48. MFWC tegoroczny dyrektor artystyczny Giovanni Antonini, prowadząc swoją orkiestrę Il Giardino Armonico, a w pierwszej kompozycji, kantacie J. S. Bacha Aus der Tiefen rufe ich, Herr, zu dir także Chór Filharmonii Wrocławskiej. Purves w kantacie Bacha zaprezentował niezwykłą lekkość, zwłaszcza w drobnych wartościach rytmicznych, natomiast w serenacie Aci, Galatea e Polifemo G. F. Haendla oddał emocje zazdrosnego cyklopa. Najbardziej spodobała mi się w jego wykonaniu aria Fra l'ombre e gl'orrori (idealne najniższe dźwięki, łatwość przechodzenia ze skrajnych rejestrów), ale każde jego „wejście” było wyśmienite. Z serenaty zrobiła się opera, brakowało tylko scenografii i kostiumów, bo wokaliści grali na scenie. Purves więc stroił groźne miny, pokazywał zazdrość, śmiał się z głupoty Galatei, aż w swej końcowej arii uspokoił się, kiedy wreszcie zrozumiał uczucie pomiędzy nią i jej ukochanym Acisem. Inna aria z tej serenaty - Verso gia l'alma con sangue śpiewana przez Sonię Prinę – zdecydowanie zostanie moim numerem jeden na liście wykonań idealnych. Ta Aria Acisa składa się zaledwie z dwóch zdań. Sopranistka śpiewając w tym momencie o swojej śmierci, o tym, że życie słabnie i ucieka, doszła do tak niskiego poziomu dynamiki, że cała zgromadzona publiczność zaparła dech w piersiach. Przy tym nie przestała śpiewać delikatnie, z uwagą wykonując ozdobniki. Publiczność bała się ruszyć, by nie zepsuć tego niezwykłego nastroju.

Podobny nastrój skupienia panował podczas koncertu zespołu wokalnego Vox Luminis zatytułowanego Tristis est anima mea. Zabrzmiały na nim Responsoria na Wielką Sobotę Carlo Gesualdo, a po przerwie Stabat Mater Domenico Scarlattiego. Sam dyrektor artystyczny zespołu – Lionel Meunier – zabrał po koncercie głos i serdecznie podziękował publiczności za skupienie. To był pierwszy raz, kiedy ci wokaliści wykonali Responsoria Gesualdo, ale wybrnęli z tego zadania bardzo dobrze. O ile słuchanie głosów kobiecych i basu sprawiało mi bardzo dużą przyjemność (harmonia, odpowiednia stopliwość i bilans głośności poszczególnych głosów), o tyle męskie głosy wysokie wprawiły mnie w zakłopotanie. W niektórych fragmentach, zwłaszcza tych zapisanych stosunkowo wysoko, tenory rozpoczynały swoje partie w bardzo dramatyczny, niepokojący, wymuszony sposób.

W zakłopotanie wprawiło mnie też wykonanie występującego drugiego dnia Le Mystere de Voix Bulgares Sicut ovis cząstka wspominanych Responsoriów Carlo Gesualdo. Fragmenty ut vivificaret wydawały mi się zupełnie oderwane od reszty utworu, brzmiały tak dramatycznie, jak wejścia tenorów z Vox Luminis. Niestety, technika wokalna stosowana przez bułgarski zespół zupełnie nie pasowała do klimatu, jaki powinny osiągnąć śpiewy na Wielką Sobotę. Brakowało mi tu proporcji między głosami, wysokie dźwięki brzmiały płasko, w sposób wymuszony. Odnoszę wrażenie, że wpływ na to miał ten konkretny utwór.

materiały promocyjne

W innych bowiem, zwłaszcza ludowych pieśniach bułgarskich (pierwsza połowa koncertu), specyficzne brzmienie lekko niestrojących w najwyższych rejestrach głosów pasowało do tego repertuaru idealnie. Niezwykłą siłę miały też utwory współczesne w wykonaniu tego zespołu. Mehmetio Ivana Spassova (solo Gergana Dimitrova) sprawiło, że miałam gęsią skórkę. Sonorystyczny utwór brzmiał naturalnie, wydobył to, co charakterystyczne dla bułgarskiego śpiewu ludowego – nałożenia sekundowe melodii, burdony, mocne osadzenie utworu na głosach najniższych. W melancholijny nastrój, dość odbiegający od żywego, zaprezentowanego w pierwszej części koncertu, wprawił jeden z bisów – utwór Polegnala E Todora. Ciepło i łagodność usłyszeć można było w Daj mi, Boje Krassimir Kyurkchyiskiego, gdzie solista - Daniel Spassov – wykonywał ornamenty przypominające arabeski dźwiękowe.

Ciekawym doświadczeniem był dla mnie koncert Harfa Partenopy, na którym zaprezentowała się 8. września Margaret Koell harfistka w Il Giardino Armonico Giovanniego Antoniniego. Instrument, na którym grała Koell był kopią podwójnej harfy Barberinich. Repertuar na ten instrument to same dawne utwory, solistka przyznała mi w rozmowie, że nie ma na razie żadnego utworu współczesnego, ale może napisze go ktoś z Polski. Instrument ma nieco inne brzmienie niż to, do którego przywykliśmy, nie ma on pedałów, posiada trzy szeregi strun, które można stroić w różnych tonacjach. W pierwszej połowie koncertu były to: F-dur i c-moll naturalna, w drugiej C-dur i c-moll naturalna. Występ harfistki był jednocześnie wykładem przybliżającym informacje o powstaniu i wykorzystaniu instrumentu, jego specyfice, kompozytorach, których utwory były prezentowane. Moją uwagę zwrócił utwór Gian Leonardo dell'Arpa Io navigai un tempo ze względu na niezwykłe połączenia harmoniczne.

Bardzo dobrze podczas koncertu 12. września (Włochy widziane z północy) wypadła Wrocławska Orkiestra Barokowa pod dyrekcją Giovanniego Antoniniego. Pierwszy utwór tego wieczoru – Uwertura w stylu włoskim D-dur Franza Schuberta wypadła niestety blado. Wydawało się, że dyrygent chciał nadać jej szybsze tempo, a orkiestra starała się je ociągać, grać po swojemu. O ile brzmienie było bardzo ciepłe, o tyle efekt wizualny (dyrygent jakby mocujący się z zespołem) był straszny. Na szczęście ostatni utwór tego koncertu – IV Symfonia Włoska Felixa Mendelssohna-Bartholdiego – zabrzmiał niemal doskonale. Waltornie w swoich wejściach zachwycały idealną intonacją i wyjątkową precyzją szybkich przebiegów, dość trudną do osiągnięcia na instrumentach historycznych. Z zespołu emanowała niezwykła energia, ciepło, włoskość! Niestety słabszym punktem orkiestry są instrumenty dęte drewniane – lekko spóźnione i z tendencją do zaniżania niektórych dźwięków. Gdyby nie to, musiałabym przyznać, że nigdy nie słyszałam doskonalszego wykonania tego utworu.

Tego wieczoru występowała z Orkiestrą młodziutka sopranistka Julia Leżniewa. Byłam pod ogromnym wrażeniem tego, z jaką łatwością przychodzi jej śpiewanie. Stała na scenie cały czas uśmiechając się, wyglądała tak, jakby każdy dźwięk po prostu wychodził z jej ust (często z ogromną siłą niosącą go przez cały kościół), był wykonywany od niechcenia, tak jakby śpiewaczka nie wkładała w to żadnej siły. Oszałamiały momenty, w których przechodziła ze skrajnych rejestrów lub wykonywała duże interwały. Sprawiało to wrażenie oglądania filmu, gdzie aktorzy muszą ruszać ustami, a piosenka i tak została nagrana i przerobiona w studiu. W niemal każdym wywiadzie przeprowadzonym z Leżniewą podkreśla ona, że pierwszym jej „dorosłym” utworem był motet Exultate jubilate W.A. Mozarta. Niestety odniosłam wrażenie, że utwór sprawia jej nadal pewną trudność techniczną – szybkie przebiegi brzmiały tak, jakby przed laty źle je wćwiczyła lub jakby zgubiła ją pewność. Wszystkie dobre cechy jej głosu było słychać najlepiej dopiero w bisie Lascia la spina G. F. Haendla.

Jej głos wydaje mi się w niektórych momentach przytłumiony, ma dziwną dla mnie barwę, która sprawiła, że nie stałam się fanką tej sopranistki. Jestem jednak bardzo ciekawa, w jaki sposób rozwinie się jej głos i chętnie posłucham jej za kilka lat.

Zdecydowanie najtrudniejszym był dla mnie koncert 8. września, na którym wykonane zostały Gry weneckie Witolda Lutosławskiego i, po raz pierwszy, zamówiona na Festiwal III Symfonia Wojciecha Ziemowita Zycha. Podczas tego drugiego utworu członkowie Orkiestry Filharmonii Wrocławskiej stworzyli pierścień wokół widowni. Dzięki temu każdy z słuchaczy mógł w nieco inny sposób pod względem barwy odebrać utwór. Trudnością był polski tekst III części, którego tematem były filozoficzne rozważania na temat egzystencji człowieka. Test kompozytor zaczerpnął z Całości i nieskończoności Emmanuela Levinasa, a polskiego przekładu dokonała Małgorzata Kowalska. Struktura interwałowa partii wokalnych była bardzo łatwa do przewidzenia, pełna ornamentów, skoków i kroków półtonowych. Wokaliści podczas wykonywania III części schodzili powoli ku scenie filharmonii. Podstawą brzmienia I części Symfonii były efekty przypominające oddech – „dęciacy” głośno, ze świstem oddychali w swoje instrumenty, akordeonista poruszał miechem. Efekt był bardzo ciekawy i jego elementy zostały wykorzystane w III części. Druga część rozpoczęła się wejściem pianistów na scenę (Lutosławski Piano Duo) a fortepian wykorzystywany był przez nich w iście Cage'owski sposób – szurali palcami i różnymi przyrządami po jego strunach, używali pałeczek perkusyjnych... 

48. Wratislavia Cantans to już przeszłość. Teraz do moich włoskich wspomnień dołączą kolejne – zapamiętam przede wszystkim uśmiechy większości wykonawców, emanującą z nich niesamowitą energię i satysfakcję z występu. Ciepła i serdeczna atmosfera była dokładnie taka, jak podczas mojej pierwszej podróży do słonecznej Italii.

Opublikowano: 2013-09-27

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 261