Muzyka polska Koncert

Bajki zasłyszane wieczorową porą. Inauguracja VIII edycji cyklu "Jeszcze polska muzyka..."

Anna Gluc

bajki-zaslyszane-wieczorowa-pora-inauguracja-viii-edycji-cyklu-jeszcze-polska-muzyka
fragment plakatu

Za siedmioma ulicami, za siedmioma dachami, całkiem niedawno, tam gdzie „Wisła wymija skałę Wawelu, którego początek nieznany jest i tajemny jako tej rzeki początek”[1] stał budynek. Chociaż spory, niepozorny, otoczony niewidocznym, lecz słyszalnym lasem trakcji tramwajowej…


We wtorek 23 lutego 2016 roku w Filharmonii Krakowskiej odbył się koncert inaugurujący VII edycję cyklu koncertów "Jeszcze polska muzyka..." organizowanych przez Orkiestrę Akademii Beethovenowskiej. Jego celem jest przedstawienie niejednokrotnie zapomnianych utworów polskiej muzyki symfonicznej na tle światowego repertuaru.

Bajka

Z popielnika na Wojtusia
Iskiereczka mruga
Chodź opowiem Ci bajeczkę
bajka będzie długa.


Stanisław Moniuszko najbardziej znany jest Polakom jako twórca oper i pieśni. Chociaż jego utwory symfoniczne nie wzbudzają tak wielkiego zainteresowania, nie można powiedzieć, że uwertura fantastyczna Bajka jest utworem zapomnianym. Moniuszko nie nadał swojemu dziełu żadnego programu, jednak tytuł w kontekście swoich czasów (1848) jest dość sugestywny, gdyż bajkami, jakimi karmiono pokolenia Polaków pod zaborami, była historia naszego kraju. Bajka (Opowieść zimowa) rzeczywiście ma budowę epicką. Wydawać by się mogło, że jest to skromny utwór, jednak wymaga on niebiańskiego, precyzyjnego wykonania. Sam Moniuszko podczas prób przed prawykonaniem utworu narzekał na temat orkiestry: Fagotu ani zapachu, oboi jeden, a drugi klarnet tak sfałszowany, że wolałbym raczej, ażeby wcale nie egzystował. Waltornie arcysłabe, trąby jeszcze słabsze, za to puzon grzmi za wszystkich. Kotły są doskonałe, ale kotlisty nie mamy. Kwartet więcej jak mierny… Na szczęście Orkiestra Akademii Beethovenowskiej dalece różni się od tej, z którą miał (nie)przyjemność pracować kompozytor. Muzycy podkreślili dokładnie te elementy, które powinny być uwydatnione: selektywność i artykulację. Pierwszy marszowy epizod rzeczywiście błyszczał, w dalszych częściach został podkreślony charakter kołomyjki, kolejne taneczne fragmenty również zostały zagrane z wyszukanym smakiem. Orkiestra Akademii Beethovenowskiej stanęła przed olbrzymim wyzwaniem, gdyż Stanisława Krawczyńskiego, który miał dyrygować koncertem, musiała zastąpić maestra Ewa Strusińska. Każdorazowe wystąpienie gościnnej orkiestry w Filharmonii Krakowskiej jest zdarzeniem wyjątkowym, ponieważ dzięki temu słowa Moniuszki dotyczące wileńskiej orkiestry nie mogą się powtórzyć.

Harmonia wtopiona w struny

Niewątpliwie bohaterką wieczoru była Kaja Danczowska, wykonująca Koncert skrzypcowy Henryka Jana Botora, dzieło, które prowadziło słuchaczy przez różnego rodzaju strefy. Koncert Botora nie jest bowiem utworem o jednoznacznym charakterze. Henryk Jan Botor operuje niesamowitym zmysłem konstrukcyjnym oraz harmonicznym. Nie była to opowieść radosna, ale raczej rodzaj tragicznego wyznania, przetworzonego w ciemnej kolorystyce orkiestry, rozjaśnianej przez skrzypce solo, zakończonego w niemal witalistyczny sposób. Utwór składał się z trzech części. Część pierwsza Lento-Grave-Presto prowadziła słuchaczy przez odcienie brązów i zieleni. Lento stanowiło rodzaj wstępu, powtórzona trzykrotnie struktura roztaczała dość mroczną wizję, po uderzeniu w kotły harmonia w orkiestrze zatrzymywała się, a na jej tle główną rolę odgrywały skrzypce. W Presto niestety bardzo często skrzypce zakrywane były przez zbyt absorbujące instrumenty dęte blaszane. W końcu to przecież w partii solowej zostały umieszczone najbardziej emocjonujące momenty tej opowieści. Partię orkiestry w części drugiej można przyrównać do nieco mrocznego i zamglonego pejzażu. Przy jego akompaniamencie Danczowska grała tonalną, jaśniejącą melodię. Trzecią część rozpoczęło wyrastające z próżni tremolo kotłów, przypominające nieco wjeżdżający do filharmonii tramwaj. Chwilowa konsternacja szybko została rozwiana. Trzecia część spełniała wirtuozowskie założenia. Kompozytor napisał, iż wirtuozeria jest dla niego czymś więcej niż tylko popisem. Powinna ona wyrażać głębię ludzkiej duszy, jej witalizm, krzyk, dramat, ale też radość, taneczną euforię. Tę definicję spełnia wirtuozeria Kai Danczowskiej, która wykracza poza przyjęty schemat. Jest to dla instrumentalistki zabawa, gra wypełniona całym jej sercem.

Homo viator

IV Symfonia Czajkowskiego to dzieło wyrastające z głębokich przeżyć twórcy. Czas w którym utwór rodził się w głowie kompozytora był najcięższym okresem w jego życiu. W ciągu półrocza Czajkowski nieszczęśliwie się ożenił, próbował popełnić samobójstwo, po czym udał się w podróż do Szwajcarii, Francji i Włoch, gdzie w grudniu 1877 ukończył dzieło. Moim zdaniem jest to dzieło człowieka uciekającego przed konfrontacją z własnym życiem. Cztery części spełniają formalne założenia symfonii. Monumentalizm ujęty w stały schemat formalny jest ideą wymagającą ogromnego skupienia zarówno ze strony wykonawców, jak i słuchaczy. Umieszczenie takiego utworu na końcu ponad dwugodzinnego programu zabiło jego ideę. Wizja wędrującego człowieka nie została wyciągnięta przez dyrygentkę na powierzchnię. Dla Czajkowskiego program symfonii stanowiły myśli i uczucia. Opowieść, którą kieruje do nas Czajkowski jest ponadczasowa. Dominującym aspektem części pierwszej jest wstęp nazywany przez kompozytora motywem fatum. Część druga to wspomnienia „słodkie i gorzkie”, trzecia to zabawne scherzo inspirowane orkiestrą bałałajek, natomiast czwarta część stanowi finał, o którym sam kompozytor pisał: Jeśli nie znajdziesz w sobie przyczyn by się radować, popatrz na innych, idź w lud.
Historia wędrówki kompozytora stanowi znakomitą klamrę dla Bajki. Utwory wyrażają pewną tęsknotę, przejawiającą się w rytmach oraz inspiracjach narodowych (dla każdego z kompozytorów nieco innych).


Opowieści zasłyszane wieczorem były długie i prowadziły różnorodnymi ścieżkami. Znana wszystkim stara szafa okazała się nieznana, a każdy krok w głąb prowadził do innego, magicznego świata. Nie widziałam tam co prawda fauna, karłów ani czarownicy, ale latarnia, którą mijałam na ulicy po wyjściu z koncertu wydawała mi się już nieco obca.


_______________________________________

[1] S. Żeromski, Trylogia nadmorska.

Opublikowano: 2016-03-11

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 261