Film i Teatr Opera i dramat muzyczny

"Farsa nie do wiary". "Czarodziejski flet" W. A. Mozarta w reżyserii Suzanne Andrade i Barriego Kosky'ego

Maria Zimny

farsa-nie-do-wiary-czarodziejski-flet-w-a-mozarta-w-rezyserii-suzanne-andrade-i-barriego-koskyego
"Czarodziejski flet" w Teatrze Wielkim - Operze Narodowej, plakat spektaklu

Przyzwyczailiśmy się do elitarności opery i do tego, że jest ona sztuką wysublimowaną, nieprzystającą do miana rozrywki dla ogółu. Realizatorzy Czarodziejskiego fletu wystawianego w Operze Narodowej przełamują te wyobrażenia, pozbawiając operę jej aureoli i zrzucając ją z zarezerwowanego dlań piedestału. W zamian otrzymujemy zwrot ku „masowej rozrywce” i popkulturze. Czy mamy jednak do czynienia z herezją w dramacie muzycznym, czy z genialnym połączeniem sacrum i profanum?

Jedno jest pewne, twórcy inscenizacji Czarodziejski flet w Operze Narodowej próbują przekłuć elitarny balonik i wychodzą naprzeciw szerokiemu gronu odbiorców - zarówno tych starszych, jak też bardzo młodych. U tych pierwszych obudzą szereg nostalgicznych skojarzeń z początkami kina i filmem niemym, a młodszych ujmą doskonałymi animacjami, które przypominają filmy Tima Burtona. Obydwie grupy docenią nawiązanie do formy komiksowej, a przede wszystkim wplecioną w nią grę żywych bohaterów – śpiewaków, którzy świetnie synchronizują swoje role z animacjami. Inscenizacja powstała w berlińskiej Komische Oper jako efekt współpracy reżysera Barriego Kosky'ego z eksperymentalną grupą teatralną „1927” (Suzanne Andrade - reżyseria, Paul Barritt - animacje). Zamysłem autorów było stworzenie sztuki bliskiej wiedeńskiemu teatrowi Emanuela Schikanedera – przyjaciela Mozarta i librecisty, który zamówił to dzieło u kompozytora. Dość słaby i zawierający niedociągnięcia tekst pisał Schikaneder przede wszystkim ku uciesze tłumu i w nadziei na sukces finansowy. Zarówno on, jak i Kosky ten sukces odnieśli. Berlińska inscenizacja, począwszy od swojej premiery w 2012 roku, wędruje po świecie (m.in. Teatro Real w Madrycie, Gran Teatre del Liceu w Barcelonie, Opéra-Comique w Paryżu, Los Angeles Opera, Opera Philadelphia czy Deutsche Oper am Rhein w Düsseldorfie), nieustannie zachwycając pomysłowością i niekonwencjonalnym podejściem. Wiosną ubiegłego roku spektakl trafił na deski Teatru Wielkiego - Opery Narodowej

Zacznijmy jednak od początku. Gdy tylko kurtyna uniosła się w górę, nastąpiło już pierwsze zaskoczenie – zdezorientowany widz szukał scenografii, a zamiast niej zobaczył tylko białą ścianę. To na niej wyświetlane były później animacje, które w całej inscenizacji okazują się czymś więcej niż tylko scenografią. Stanowią szkielet całego przedstawienia, element gry aktorskiej i wizualnych sztuczek, którymi tak chętnie raczą widza twórcy. Animacje tłumaczą również fabułę. Ich wykorzystanie daje ogromne możliwości, pozwala bowiem na pokazanie świata pełnego dziwów. Oto przed widzem szaleją dzikie zwierzęta, Trzej Chłopcy latają w koszu zaprzęgniętym w ćmy, bohaterowie skaczą po dachach domów, schodzą na dno oceanu, zostają wtłoczeni w surrealistyczne maszyny, czy występują w ciele… pająka (Królowa Nocy). Niektórzy wyglądają niczym postaci wyciągnięte z kina niemego – Pamina, Tamino i najbardziej widowiskowy Monostatos przypominający Nosferatu. Do sfery animacji przeniesione zostały też recytatywy wyświetlane na ścianie, a do komiksowych dymków, unoszących się nad bohaterami, sprowadzają się niektóre dialogi. Oglądając taką realizację Czarodziejskiego fletu, widz czuje się raczej jak w kinie niż w operze. Pozwala sobie na głośniejszy śmiech, a nawet komentarze. Możmy tutaj dotknąć namiastki opery z czasów, w których publiczność pełniła rolę uczestniczącą, zanim została zamknięta na wagnerowskiej zaciemnionej widowni.

Koncepcja i inscenizacja Czarodziejskiego fletu  okazały się fantastyczne, by sukces był jednak pełny, niezbędny jest także popis śpiewaków oraz dopełniającej całość orkiestry, a w tej kwestii bywało już różnie. Ściana umieszczona na scenie, za śpiewakami, którzy poruszali się bardzo oszczędnie, powinna była zagwarantować, że dźwięk swobodnie i głośno rozniesie się po sali. Tymczasem często miałam wrażenie, że śpiew brzmi zbyt cicho, a z balkonu vis-à-vis sceny musiałam nieco nadstawiać ucha, szczególnie w partiach niskich głosów. Publiczność nagradzała brawami arie Królowej Nocy czy duety Papageny i Tamina i choć pojawiły się lepsze, zasługujące na oklaski momenty, to całościowo soliści wypadli po prostu dobrze. Nie było "fajerwerków" w postaci popisowych arii. Ponadto stale miałam wrażenie, że śpiewacy są nieco wycofani. Być może bardziej skupili się na grze, przesadnej, pantomimicznej gestykulacji i synchronizacji z animacjami. Bardzo dobrze w swej roli zaprezentowała się Iwona Sobotka (Pamina), której obecność ożywiała akcję i świat przedstawiony na scenie. Swoje partie dobrze zagrali i wyśpiewali także Joanna Moskowicz (Królowa Nocy) i Mateusz Stachura (Monostatos). Dość bezbarwny okazał się natomiast Manuel Gunther  (Tamino) czy Krzysztof Bączyk (Sarastro/Mówca). Bardzo udane były natomiast występy chóru, który ratował nieco sytuację.

Na scenie działo się tak wiele, że skupiony na bogactwie obrazów widz mniej uwagi poświęcał śpiewakom i muzyce. Publiczność starała się raczej nadążyć za animacjami i bogactwem „efektów specjalnych”, których chwilami było zdecydowanie za dużo. Choć żyjemy w czasach, gdy kulturę, ale i wszystko co nas otacza, przyswajamy w warstwie wizualnej, mam wrażenie, że ilość bodźców momentami przekraczała możliwości percepcyjne widza. Równie istotnym elementem przedstawienia była przecież muzyka. To ona powinna była dopełniać genialne animacje, wraz z ich efektami 3D, trikami wizualnymi oraz grą aktorską. I ten muzyczny aspekt niestety mnie zawiódł. Trzeba przyznać, że dyrygent, Piotr Staniszewski, miał niełatwe zadanie. Animacje, do których musiał się ściśle dostosować, odbierały mu możliwość operowania jednym z ważnych muzycznych elementów – agogiką. Do jego dyspozycji pozostała przede wszystkim dynamika i niuanse barwowe. Dyrygent nie skorzystał z tych możliwości w wystarczającym stopniu. Gra orkiestry była poprawna, ale zamiast uzupełniać i wzbogacać to, co działo się na scenie, stanowiła raczej płaskie tło. 

Czarodziejski flet w Operze Narodowej to spektakl inny niż wszystko, co dotychczas miałam okazję oglądać na deskach polskich teatrów muzycznych. To doskonale dopracowane wizualnie przedstawienie, dostarczające w pierwszej kolejności znakomitej rozrywki na wysokim poziomie. Może ono stanowić świetną alternatywę dla wyjścia do kina, co wcale nie przynosi ujmy operze, jak bowiem przyciągnąć i przekonać do niej nowych widzów? Realizacja Suzanne Andrade i Barriego Kosky'ego mistrzowsko łączy to, co postrzegamy jako sacrum i profanum. Być może jest to realizacja, która wyznacza złoty środek w tworzeniu sztuki na odpowiednim poziomie, a zarazem przystępnej dla masowego odbiorcy.

_______________________________________________

* "Farsa nie do wiary" Tak o operze Mozarta napisał kronikarz wiedeńskiego życia Zinzendorf. [w:] Tysiąc i jedna opera, P. Kamiński, Kraków 2008, s. 1053.

Spis treści numeru Operacja na operze:

Felietony:

 Marta Wryk, Pokorny sługa sztuki, czy szewc, co bez butów chodzi? Kilka refleksji o byciu artystą

Wywiady

Aleksander Przybylski, "Stwórzmy swój polski świat operowy w Polsce, a nie za granicą". Wywiad z Łukaszem Koniecznym

Recenzje

Maria Zimny, "Farsa nie do wiary". "Czarodziejski flet" W.A. Mozarta w reżyserii Suzanne Andrade i Barriego Kosky'ego

Publikacje

Paweł Bocian, Maski Trybuleta. "Król się bawi" Victora Hugo i "Rigoletto" Giuseppe Verdiego

Edukatornia

Karol Furtak, Po co nam opera inna niż w skali 1:1?  Kilka słów o sporze wokół "nowoczesnej" sceny operowej

Kosmopolita

Dorota Kozińska, Słowik z South Bank

Rekomendacje

Sezon artystyczny 2018/2019 w poznańskiej operze

Dofinansowano ze środków Narodowego Centrum Kultury w ramach Programu Kultura – Interwencje 2018

Opublikowano: 2018-07-31

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 275