Opera i dramat muzyczny Francja

Na bogato. "Poławiacze pereł" w Operze Wrocławskiej

Justyna Rudnicka

na-bogato-polawiacze-perel-w-operze-wroclawskiej
fot. Tomasz Walków, źródło: www.wroclaw.pl

Opera Poławiacze pereł stanowi w karierze Bizeta zapowiedź tego, co kompozytor w pełni objawi w Carmen. Choć zbudowana na niewyszukanej historii, wciąż zachwyca bogactwem instrumentacji, ciekawymi rozwiązaniami harmonicznymi i wyjątkową melodyjnością.

Poławiacze pereł Georges'a Bizeta w wykonaniu zespołu Opery Wrocławskiej, prowadzonym muzycznie przez Ewę Michnik, a reżysersko przez Waldemara Zawodzińskiego miały już swoją premierę w 2013 roku jako tzw. megawidowisko w Hali Stulecia we Wrocławiu. Twórcy zapowiadali jednak, że jest to całkiem nowe przedstawienie i nic (poza scenografią i kostiumami) nie pochodzi z wcześniejszej inscenizacji. Scenografia i kostiumy okazały się jednak dla przedstawienia elementem bardzo znaczącym i całkowicie zdominowały wizualną warstwę spektaklu.

Już początkowe sceny pierwszego aktu upewniają odbiorcę, że oto rozpoczyna się pełne kolorów i rozbuchanej scenografii widowisko. Chór w lśniących dalekowschodnich strojach, zwiewne układy baletu na tle barwnych materiałów, słowem – ilustracje rodem z Baśni tysiąca i jednej nocy. Wobec tych wszystkich wizualnych wspaniałości dramat głównej historii zdaje się schodzić na drugi plan. W II i III akcie sceny są bardziej kameralne – chór często śpiewa zza kulis, co z pewnością pomaga skoncentrować się na głównych bohaterach. Akcja nabiera rumieńców przede wszystkim dzięki Zurdze (Valdis Jansons), który potrafi aktorsko oddać targające nim skrajne emocje. W pamięci pozostaje ostatnia scena – po ucieczce kochanków mieszkańcy wioski na czele z kapłanem domyślają się, kto jest sprawcą pożaru. Nurabad krótkim pchnięciem kindżału zabija wodza, na którego niczym hieny zaraz rzucają się jego dawni poddani i rozdzierają jego złote szaty.

fot. Tomasz Walków, źródło: www.wroclaw.pl

Poławiacze pereł w reżyserii Waldemara Zawodzińskiego to przede wszystkim widowisko. Historia o miłosnym trójkącie została przez reżysera nakreślona zamaszyście, bez doszukiwania się drugiego dna, bez wchodzenia w psychologię postaci. Pomimo słów reżysera trudno uwierzyć w to, że niewiele zostało z poprzedniej realizacji w Hali Stulecia. Wciąż ma się wrażenie, że inscenizacja powstała z myślą o dużo większej przestrzeni scenicznej i odległości między sceną a widownią. W takim układzie cieszyłaby oko skomplikowana choreografia chóru, która tutaj zniechęcała swą nienaturalnością. Silna konwencjonalność rządziła również grą aktorską Victora Camposa Leala (Nadir), kojarzącą się z katalogiem gestów rodem z XIX wiecznej opery – królowała  pozycja z jedną dłonią na sercu, drugą wyciągniętą do przodu, a wzrokiem wpatrzonym w dal. Na spojrzenie Nadira nie mogła w pięknym miłosnym duecie liczyć nawet Leila. Śpiewak nie sprostał partii również wokalnie – sławną arię Je crois entende encore wykonał na jednym poziomie dynamicznym, a w ostatnich dźwiękach posłużył się falsetem. Na obronę należy jednak dodać, że jest to jedna z najtrudniejszych tenorowych arii. Całkiem inaczej wypadł natomiast Valdis Jansons w roli Zurgi. Śpiewak stworzył rolę znakomitą wokalnie i aktorsko niejednocznaczną. Tragiczna postać (wybór między dobrem własnym a innych, zemstą a wiernością) została przez niego stworzona bez zbędnej gestykulacji i chaotycznego miotania się po scenie. Liryczne partie wykonał z lekkością, jednocześnie nie rezygnując z niezbędnego wolumenu. Duet Zurgi i Leili należał (obok partii chóralnych) z pewnością do najlepszych momentów spektaklu. Joanna Moskowicz, która zastąpiła chorą Annę Lichorowicz, pokazała niezwykłe bogactwo odcieni swojego głosu. W arii Oh, Dieu Brahma zdawała się niemal bawić różnym nasyceniem barwowym i dynamicznym, oscylując pomiędzy delikatnie miękkim piano a pełnym forte. W Poławiaczach pereł obok solistów bohaterem jest również chór. Przygotowani przez Annę Grabowską‐Borys chórzyści sprostali owej roli, efektownie wykonując pełne niepokojącej dzikości partie zbiorowe, a orkiestra pod batutą Ewy Michnik oddała najmniejsze niuanse dzieła.

Stali bywalcy Opery Wrocławskiej z pewnością zauważyli podobieństwo Poławiaczy pereł do innych spektakli realizowanych przez duet Zawodziński (reżyseria, scenografia) – Niesobska (choreografia). Niektóre pomysły (baletowe, scenograficzne) zdawały się żywcem wzięte z innych inscenizacji. Stroje bohaterów przywodzą na myśl realizację Borysa Godunowa, scenografia kojarzy się z Opowieściami Hoffmanna, a charakterystyczna choreografia i strój baletu kuszącego samotnego Zurgę w podobnej formie została wykorzystana w Raju utraconym.

Wpatrując się w mieszninę złota i czerwieni, myślałam o tym, że z wielką chęcią zobaczyłabym Poławiaczy pereł w wersji minimal. Przecież to wszystko jest w muzyce! Czy nie zabrzmiałaby ona lepiej przy inscenizacyjnym niedosycie? Ja wyszłam przesycona. Z drugiej strony może chodzi o to, by było po prostu pięknie? Jeśli tak, to cel na pewno został osiągnięty.

Tekst powstał w oparciu o drugą premierę, która miała miejsce 1.05 w Operze Wrocławskiej.

fot. Tomasz Walków, źródło: www.wroclaw.pl

Opublikowano: 2016-05-14

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 271