Muzyka klasyczna Klasycyzm Płyty

Stary Mozart, młody Mozart

Jan Lech

stary-mozart-mlody-mozart
okładka płyty

Po co znowu grać Mozarta? Mamy nagrania czterdziestu płyt z Mozartem! Czterdzieści! A znam takich, co mają więcej. Do czego im to wszystko? Czy ta nowa płyta to coś nowego? Jak można zagrać takiego Mozarta na nowo? Już mnie boli głowa od tego gadania. Od Mozarta też.

Ingrid Jacoby jest innego zdania. Choć tak naprawdę nie wiem, czy jest – nie znam jej osobiście, a z nagrań nie udało mi się wyczytać, czy naprawdę ma jakiś nowy przepis na Mozarta. Może po prostu chciała nagrać koncerty fortepianowe, z którymi każdy dojrzewający pianista musi się kiedyś zmierzyć – tak po prostu jest, tak napisano w konstytucji muzyki klasycznej, nie ma odwrotu. Może chciała pokazać, jak te koncerty należy grać, kiedy już się dorośnie. Na przykład KV 466, demoniczny d-moll. Jan Lisiecki grał ten koncert z młodzieńczą radością na swojej drugiej płycie. W porównaniu do wykonania brytyjskiej pianistki był on jednak zaledwie zapowiedzią tego, co można odnaleźć w kompozycjach fortepianowych wiedeńskiego klasyka.

Uwaga: okładka jest naprawdę dobra. ICA Classics ubrała panią Ingrid w białe i czerwone czcionki na czarnym tle, delikatne, podkreślające krągłości liter jej nazwiska i twarde zgłoski w tytułach utworów, które grała. Swoją drogą, a mówię to bez przesady, tytuły instrumentalnych dzieł Mozartowskich brzmią bardzo współcześnie, prawie jak kody kreskowe na partyturach Aleksandry Gryki: K466, 1K37. Cudowne, współczesne, konceptualne przetworzenie starego w nowe.

Poza samą Ingrid Jacoby na płycie słychać orkiestrę Academy of Saint Martin in the Fields. Dyrygował Sir Neville Marriner. Płyta Mozart piano concertos 17, 20, 1 to już trzecia z muzyką Mozarta w ich wspólnym dorobku. Jak dotąd, śmiem twierdzić, najdojrzalsza.

Chyba znalazłem odpowiedź na pierwsze pytanie. Czyli: po co Mozart? Warto przypomnieć sobie starą praktykę antycznych dramaturgów, którzy w swojej twórczości sięgali po stare, ograne, powszechnie znane teksty. Przecież tytuły sztuk Eurypidesa i Ajschylosa brzmiały niemal identycznie. Po co? Twórcy opracowywali te same historie, by wydobyć z nich nowe treści. Skoro znana była fabuła i zakończenie, trzeba było tak pokierować akcją sceniczną, by pozostawić w widzu zupełnie nowe doświadczenie katartyczne. Zmieniając atrybuty, stroje, charaktery postaci, twórcy dramatów re-organizowali teksty i wydobywali ze sztuki całkowicie nowe jakości. Sądzę, że ten sam cel przyświeca dziś re-interpretatorom świetnie znanych utworów XVIII i XIX wieku. A przynajmniej: to właśnie widzę w niektórych, szczególnie wartościowych wydawnictwach płytowych.

Najnowsza płyta Ingrid Jacoby zdecydowanie do takich się zalicza. Nie tylko ze względu na dobre odtworzenie technik kompozytorskich dojrzałego,  28-, 29-letniego Mozarta w Koncercie fortepianowym G-dur KV 453 i Koncercie fortepianowym d-moll KV 466, ale przede wszystkim przez wybór trzeciego punktu programu. Jest nim pierwszy Koncert fortepianowy F-dur KV 37, czyli pierwszy utwór, w którym Mozart zestawił ze sobą orkiestrę i rywalizujący z nią fortepian (za czasów, gdy pisał utwór, jeszcze pianoforte). O ile pierwsze dwie pozycje słychać aż za często, to o trzeciej mówi się dość rzadko. A szkoda.

Pierwszy Koncert fortepianowy Mozarta to utwór, który nie został w całości skomponowany przez niego samego. W większości jest to bowiem transkrypcja: pierwszą część stanowi aranżacja Sonaty op. 5 nr 1 na fortepian lub klawesyn i skrzypce H. F. Raupacha. Trzecia część oparta jest na Sonacie op. 3 nr 2 Leontzi Honauera. Tylko drugą część zapełniają dźwięki, które skompletował Mozart. Sięgając po ten utwór, Ingrid Jacoby z pewnością wiedziała, co robi, doszukując się nowych, odkrywczych jakości w tej kompozycji. To prawda, niekoniecznie kompozycji, raczej aranżacji istniejących wcześniej utworów.

Utwór ten jest dokumentacją pracy twórczej kompozytora z Salzburga. Pokazuje, jak się rozwijał, czyje dzieła wybierał do swoich aranżacji, co z nimi robił. W pierwszych koncertach przecież brak sekcji instrumentów dętych, które później Mozart tak wielbił. Aranżacja dotyczy tylko fortepianu i orkiestry smyczkowej. Chyba wypada mi jeszcze nadmienić, że Mozartowskie rękopisy tego koncertu, tak samo jak trzech kolejnych, znajdują się w Polsce, w krakowskiej Bibliotece Jagiellońskiej.

Jacoby nie tylko wydobyła uczniacki charakter muzyki młodego Mozarta, ale też słusznie zestawiła ją z poprzedzającym pierwszy Koncert utworem o numerze katalogowym KV 466. Jej wykonanie nie ujęło mnie swą bezpośredniością: było po prostu dobre, ale nie przejmujące. Artystka ewidentnie miała dobry projekt interpretacji, a jej fortepian realnie stawał się w odcinkach tutti częścią orkiestry. Podąża to za tokiem źródłowego utworu Mozarta: jego późne koncerty zwykło się nazywać „koncertami-symfoniami”, ponieważ partia fortepianu ma charakter bardziej wyrazowy niż popisowy. W tym sensie gra Ingrid Jacoby dobrze dostroiła się do zespołu Neville Marrinera. Za to należy się pianistce niski pokłon – na fortepianach Steinway’a trudno osiągnąć efekt wycofania, dość naturalnie występujący w kontekście cichszego pianoforte.

Płytę otwiera 17. Koncert fortepianowy G-dur. Tutaj też nie poczułem się zasmucony grą pianistki. Choć nie była porywająca, to nie była też monotonna. Nie czuć nudy, ale lekki powiew konwencjonalności już tak. W tym utworze na największe uznanie zasłużyła orkiestra: w grze Academy of Saint Martin in the Fields było dużo swobody, ale też opanowania. Ciche, ponętne plany dynamiczne nie tylko wydobywały magię Mozarta, ale też pokazywały, jak wspaniale prowadzona jest orkiestra. Nie jestem w stanie wskazać na instrument czy grupę instrumentów, które zagrały gorzej.

Choć granie Mozarta to nic nowego i wielu słuchaczy muzyki może czuć, że tych klasyków nagrywa się już ciut za dużo, to najnowsza płyta Ingrid Jacoby ma dobrą wymówkę. Pokazuje przecież dojrzałe wykonanie koncertów Mozarta przez świetną pianistkę i doskonale prowadzoną orkiestrę. Ponadto ma walory edukacyjne, prowadzi przez karierę wiedeńskiego klasyka od początku do (prawie) końca. Młody Mozart, który spotkał się ze starym Mozartem, chyba nie potrafił znaleźć z nim wspólnego języka kompozytorskiego. Na szczęście, Ingrid Jacoby potrafi to przedstawić.

Zamykając pudełko z płytą, zastanawiam się, czy już rozumiem sens czarnej i czerwonej czcionki. Poprzednie płyty Jacoby dla ICA Classics miały taką samą oprawę, a jednak były zupełnie inne w wyrazie. Może ta dwukolorowość to spotkanie uczniowskiego – białego, jak niezapisana tablica – i czerwonego – jak zachodzące słońce – charakteru? Mozart? Tylko po co.

Portret młodego Mozarta (1763), źródło: Wikipedia

Opublikowano: 2016-08-21

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 274