Muzyka polska Zespoły muzyczne Książki Krytyka muzyczna

Waglokracja – Piotr Metz o muzycznym świecie VooVoo

Piotr Jakubowski

waglokracja-piotr-metz-o-muzycznym-swiecie-voovoo
Okładka książki

Trzeba było czekać aż trzy dekady, by ukazały się – za to od razu aż dwa – solidne książkowe opracowania poświęcone jednej z najbardziej twórczych i bezkompromisowych postaci na polskiej scenie muzycznej – Wojciechowi Waglewskiemu, członkowi legendarnego już zespołu Osjan, znanemu jednak przede wszystkim z formacji VooVoo, której jest założycielem i spiritus movens, a także wielu indywidualnych projektów i muzycznej współpracy ze swoimi synami: Bartkiem „Fiszem” oraz Piotrem „Emade”. O ile wydana przez krakowski Znak książka Wagiel. Jeszcze wszystko będzie możliwe skupia się w całości na narracji Waglewskiego – tworzą ją bowiem prowadzone w ciągu dziesięciu lat (!) rozmowy poety Wojciecha Bonowicza z muzykiem – o tyle sygnowana przez dziennikarza muzycznego Piotra Metza, a wydana nakładem wydawnictw Agora i ART2 Music VooVoo. Dzień dobry wieczór uzupełnia wypowiedzi głównego bohatera perspektywą prezentowaną przez pozostałych członków jego formacji w aktualnym składzie, czyli Mateusza Pospieszalskiego, Karima Martusewicza (który zastąpił w 1998 roku Jana Pospieszalskiego na basie) oraz Michała Bryndala (który wszedł w skład zespołu po tragicznej śmierci perkusisty Piotra „Stopy” Żyżelewicza w 2011 roku).

Znacznie uboższą rozpiętość czasową (Metz przeprowadzał swoje wywiady podczas pracy nad ostatnim wydanym albumem VooVoo zatytułowanym 7) Dzień dobry wieczór rekompensuje zatem szerszą optyką na jeden z największych fenomenów polskiego rynku muzycznego – zespół-kameleon, sytuujący się idealnie daleko zarówno od chałupnictwa niszowości, niestrawności ostentacyjnej alternatywy, jak i koniunkturalizmu mainstreamu. A jako że Metz gra zespołowo, uczciwie parcelując przestrzeń książki podług wkładu i zasług – trzy czwarte dla lidera, reszta dla reszty – nie mogło też zabraknąć wykazu dyskografii (zarówno głównych, jak i okazjonalnych projektów VooVoo), kalendarium oraz całkiem bogatego materiału fotograficznego, ilustrującego ponad trzydzieści lat aktywności muzycznej Wojciecha Waglewskiego i ekipy. W efekcie czytelnicy otrzymują raczej kompendium wiedzy o zespole – pamiątkową kronikę dla tych, którzy śledzą jego losy, przewodnik dla tych, którzy dopiero zaczynają lub zacząć planują. Osoby zainteresowane długimi męskimi rozmowami o muzyce życia i muzyce przemijania odesłać trzeba zdecydowanie do książki Bonowicza.

W książce Metza najbardziej brakuje bowiem… samego Metza. Odnoszę wrażenie, że dziennikarz bardziej wypytuje Waglewskiego niż rozmawia z nim. Można to, oczywiście, uznać za atut, świadome usunięcie się ze sceny i pozostawienie przestrzeni temu, dla kogo ona tak naprawdę jest przeznaczona. Z drugiej jednak strony relacja między obydwoma panami, jaka wyłania się z kart książki, ma charakter raczej erudycyjny, odrobinę formalny, sztywny, brakuje w niej żywiołowości, pewnej chemii. Scenariusz rozmowy Metz podporządkował, jak to zwykle bywa w takich wypadkach, kluczowi chronologicznemu, od czasu do czasu proponując uskoki w stronę zagadnień bardziej ogólnych. W efekcie czytelnicy otrzymują obraz co prawda uporządkowany, pozbawiony jednak – tak istotnego dla filozofii twórczej VooVoo – elementu improwizacji. Rolę, jaką przyjmuje Metz, można porównać do człowieka dorzucającego dwa do ogniska – czasem wystarczy jedna szczapa, czasem więcej, cały czas jednak zachowuje dystans i pilnuje, by się nie sparzyć.

Kiedy natomiast przechodzi do pozostałych rozmówców, dba o to, by z owych kontrapunktujących się głosów nie wyłonił się najmniejszy nawet dysonans. Tutaj już Metz przybiera rolę swoistego rodzaju rzecznika Waglewskiego i jakby poszukuje potwierdzenia jego słów u innych źródeł. Główny materiał tematyczny, w jaki wyposaża się na te wywiady, zaczerpnął właśnie z rozmów z liderem VooVoo. I tak część poświęcona Mateuszowi Pospieszalskiemu rozpoczyna się od przytoczenia trzech (chyba nazbyt obszernych) wcześniejszych wypowiedzi Waglewskiego, na które rozmówcy nie pozostaje nic innego, jak przytaknąć. Kiedy Karim Martusiewicz wyraża, doprawdy drobną, wątpliwość dotyczącą niewielkiego pola swobody, jakie pozostawia mu Waglewski w ramach głównych projektów zespołu, Metz błyskawicznie interweniuje: To chyba nie jest kwestia tego, że Wojtek nie ma do was zaufania. Raczej chodzi o to, że on ma zawsze bardzo wyraźny pomysł na kolejną płytę VooVoo. A jako że czytelnicy ze wcześniejszych części książki doskonale wiedzą, że tak właśnie jest i nie inaczej, nie ma tu miejsca na żadną inną reakcję, niż ponowne twierdzące pokiwanie głową. Zamiast intrygującej polifonii, otrzymujemy zatem efekt pogłosu.

Na tym tle zdecydowanie najlepiej wypada ostatnia rozmowa z najmłodszym członkiem zespołu, Michałem Bryndalem, ale i kontekst jego pojawienia się w formacji Waglewskiego jest dość szczególny. Otóż grający w VooVoo przez ponad dwadzieścia lat na bębnach, zmarły w 2011 roku Piotr „Stopa” Żyżelewicz, stanowił integralną, organiczną wręcz część zespołu – zarówno na płaszczyźnie osobowościowej, jak i muzycznej, ale też funkcjonalnej: gdy reszcie, poniesionej improwizacyjnymi szaleństwami, zdarzało się odlatywać, to „Stopa” właśnie był tym, który trzymał ich w ryzach. Posiadający swój własny muzyczny język, oparty głównie na mocniejszych brzmieniach, „Stopa” musiał zostać zastąpiony w trybie prawie że natychmiastowym – wskutek konieczności wywiązania się z zakontraktowanych obligacji – przez kogoś „z zewnątrz”. Wybór padł właśnie na Bryndala, perkusistę o znacznie mniejszym doświadczeniu i z wyraźną predylekcją do jazzowego grania. Tytuły, jakie dwóm częściom wywiadu z bębniarzem nadał Metz, opisują niełatwą sytuację, jakiej Bryndal musiał sprostać – „Wejść w czyjeś buty” – a także taktykę, jaką w zaistniałych okolicznościach postanowił zastosować Waglewski – „Spuszczony ze smyczy” – dzięki czemu być może ocalił zespół (muzycy zgodnie przyznają, że po śmierci „Stopy” dalsze losy VooVoo stanęły pod znakiem zapytania). Waglewski bowiem nie narzucił Bryndalowi przymusu odtwarzania stylu gry swojego poprzednika, ale dał mu przestrzeń, by mógł pozostać sobą, zaprosił go – pozwolę sobie tu zacytować bardzo trafne słowa Mateusza Pospieszalskiego – do wolności w ramach zespołu, wykorzystując tę wymuszoną tragicznymi okolicznościami zmianę jako szansę na kolejną twórczą metamorfozę VooVoo, czego efekty możemy usłyszeć już na Nowej płycie z 2012 roku, a zwłaszcza na Dobry wieczór (2014) i najnowszym longplayu – 7.

I to właśnie w tym aspekcie ujawnia się niezaprzeczalna wartość książki Metza, która stanowi nie tylko kompendium wiedzy o ponad trzech dekadach aktywności muzycznej VooVoo, ale i swoisty poradnik zarówno w zakresie filozofii tworzenia, jak i – na co zresztą wskazuje opis z tyłu okładki – funkcjonowania skomplikowanego organizmu, jakim jest rockowa kapela. Opowieść Waglewskiego rozpoczyna się od etapu, kiedy jeszcze marzył, że uda mu się odnaleźć styl dotychczas nieobecny, od romantycznego w duchu imperatywu oryginalności absolutnej: Żyliśmy w iluzji, że można stworzyć jakąś zupełnie nową muzykę. I choć lider VooVoo nie przestał wierzyć, że trzeba wszystkim odnaleźć własny muzyczny kod, że po to muzyk staje się muzykiem, żeby znaleźć własny sposób opowiadania, to z czasem uznał, że klucz do tego nie tkwi w usilnych poszukiwaniach czegoś, czego jeszcze nie było, ale w swoistego rodzaju „twórczej zdradzie” – hołdzie złożonym swoim wielkim poprzednikom i źródłom inspiracji, który nie opiera się bynajmniej na epigońskim powielaniu ich rozwiązań, ale na przepuszczeniu ich przez sito własnej wrażliwości i autorskiego idiomu. Naczelną wartością, która miałaby temu przyświecać, jest ideał otwartości, ekspozycji na nowe impulsy i głosy płynące zarówno z historycznej, jak i geograficznej dali: zawsze byłem gorącym zwolennikiem wszelkich międzykulturowych spotkań – mówi Waglewski – ale również tych w ramach tej samej kultury, konfrontujących ludzi z różnych generacji albo uprawiających odmienne dziedziny sztuki

Ten imperatyw pociąga za sobą kolejny: nieustannego nienasycenia, ciekawości, by przemierzyć nowe drogi, a więc nie zasklepiać się w już wypracowanych formułach, nawet jeśli okazały się wielce satysfakcjonujące – nie powielać więc nie tylko innych, ale i samych siebie – tylko wciąż być w drodze, in progress. Właściwie każda kolejna płyta VooVoo była antytezą poprzedniej – stwierdza Waglewski, przedstawiając to jako balansowanie między dwoma biegunami: z jednej strony ludycznością (jej sztandarowym przykładem było wyśpiewane przez Pospieszalskiego „łobi jabi”), z drugiej zaś – transowością, które to estetyki wyznaczają z kolei dwa modele kolektywnego zaangażowania zespołu i publiczności podczas koncertów: tę bardziej karnawałowo-biesiadną i tę bardziej ekstatyczno-medytacyjną. Niemniej wachlarz środków artystycznych, którymi zdarzyło się zespołowi operować, jest z pewnością znacznie szerszy, w czym niemała zasługa wchodzenia w artystyczne dialogi nie tylko z innymi muzykami – Mamadou Dioufem, kapelą Trebuni-Tutków, ukraińską formacją Haydamaki czy azerbejdżańskim śpiewakiem Alimem Quasimowem i jego córką Farimą – ale i artystami sztuk wizualnych oraz performatywnych (Maria i Jan Peszkowie, Jurek Owsiak, Krzysztof Kokoryn, Jarosław Koziara).

Ideały otwartości oraz nieustannego stawania się widoczne są również w tym, jak zespół podchodzi do koncertów i jak traktuje własną publiczność. Po pierwsze, koncert nie służy do tego, żeby zespół sobie samoulżył na scenie: Ludzie nie przychodzą oglądać popisu solistów, tylko coś przeżyć – stwierdza Waglewski – więc ktoś musi pilnować, żeby ten muzyczny egoizm nie zepsuł całości. Polscy muzycy jazzowi mawiają: Ale fajnie mi się grało. A co to kogo obchodzi, czy mu się fajnie grało! Ważne jest, czy miał kontakt z ludźmi, którzy przyszli go posłuchać. Oczywiście, relacje między dwoma podmiotami współtworzącymi koncert – artystami i publicznością – są z założenia asymetryczne i hierarchiczne (scena/widownia, czynny/bierny, ten, który słucha i patrzy/ ten, którego się słucha i na którego się patrzy, wreszcie – ten, który płaci/ ten, któremu się płaci), jednak chodzi o to, by wyzyskiwać przywilejów płynących z tych nierówności, ale zaproponować pewien rodzaj wspólnoty, opartej na obopólnym szacunku, dzięki której możliwe będzie tymczasowe ich przekroczenie. Tym pomostem łączącym oddalone brzegi miałaby być – co nie może dziwić – sama muzyka: Myślę, że koncerty VooVoo na tym właśnie polegają – mówi lider formacji – że my wszyscy w którymś momencie znikamy. Nas nie ma, jakbyśmy się ze sceny wynieśli. Zostaje muzyka. To musi na ludzi działać.

Po drugie natomiast, celem koncertu nie jest odegranie w skali jeden do jednego dźwięków zarejestrowanych na płycie. Płyta nie jest ostatecznym produktem, ale materialnym śladem przyszpilenia pewnego tylko momentu z szerszego procesu kształtowania się materiału muzycznego, który to proces trwa nadal i rozwija się na kolejnych etapach tras koncertowych dzięki spontanicznie płynącym impulsom. Można właściwie stwierdzić, że płyty są bardziej „Waglewskie”, a koncerty już „VooVoo’owe”: Praca nad płytą jest absolutnie niedemokratyczna. Przychodzę z konkretnymi pomysłami, bardzo precyzyjnie wymyślonymi, i je realizujemy. One ewoluują dopiero na koncertach. Więc gdybyśmy dopiero w tej chwili, po zagraniu dobrej setki koncertów, nagrywali naszą ostatnią płytę, brzmiałaby zupełnie inaczej.

I tak, o ile filozofia tworzenia według Waglewskiego, oprócz ideałów otwartości i nieustannego stawania się, momentami grawituje w stronę metafizyki i duchowości, o tyle sztuka przetrwania tego skomplikowanego organizmu, jakim jest kapela rockowa, przybiera często formę swoistej filozofii praktycznej czy nawet psychologii. Dość często pojawiają się analogie do funkcjonowania rodziny. W najdłuższej stażem relacji z Pospieszalskim – wątki czysto małżeńskie (sam muzyk zresztą stwierdza, że: To jak w małżeństwie. Ja z VooVoo rezygnowałem chyba z pięć razy. Pamiętaj, że Wojtek też jest bardzo specyficzną osobą […]. No więc nieuchronnie musiało dojść do takich czysto małżeńskich ścięć między nami. To, że mimo to wciąż razem gramy, świadczy o tym, że po prostu dorosłymi ludźmi i wiemy, że konflikty są częścią dorosłego życia. Tak jak próba ich rozwiązywania); stosunki z Martusewiczem i Bryndalem oparte są już raczej na płaszczyźnie ojcowsko-synowskiej, acz z silnym nastawieniem na partnerstwo i poszanowanie dla cząstki własnej niezależności.

Generalnie jednak kluczowe jest, by zachować zdrowe relacje władzy, równie dalekie od absolutnej tyranii, jak od absolutnej demokracji. Waglewski, jako pełnokrwisty i mądry lider, dba więc o to, by każdy z pozostałych członków zespołu miał też swój muzyczny świat, w którym będzie mógł się pełniej realizować, a jednocześnie nie dopuszcza, by skłonni byli oni traktować VooVoo jako projekt poboczny, by ich rola ograniczała się do tej przypisanej muzykom sesyjnym. To jak zjeść ciastko i mieć ciastko – a jednak, o dziwo, działa! Otwarta przestrzeń improwizacji podczas koncertów, akceptacja dla własnego muzycznego głosu i preferencji wykonawczych, pozwolenie na udzielanie się jak aranżer lub kompozytor na „okazjonalnych” projektach VooVoo (co ma również swoje uzasadnienie praktyczne – tantiemy dla twórców utworów), wszystko to sprawia, że przedsięwzięcie o wielu wymiarach i twarzach, tworzone pod zbiorczym szyldem VooVoo, jest naznaczone i wyraźną autorską sygnaturą, i silnym duchem zespołowym.

Trudno mi stwierdzić, czy te dwa elementy – etos tworzenia i praktyczne rady funkcjonowania – są czymś, co da się bezpośrednio zaaplikować, by w efekcie otrzymać gotową receptę na wartościową muzykę, wybicie się i przetrwanie w świecie pełnym wielorakich zagrożeń i presji. Myślę, że VooVoo nigdy nie był modnym zespołem – stwierdza Waglewski – i to go uratowało. Nigdy – dodam – nie był też zespołem niszowym, lokalnym czy środowiskowym. Książka Piotra Metza daje nam pewien wgląd w tajniki tego sukcesu – rozumianego tu przede wszystkim w kategoriach umiejętności sprostania niewątpliwie pięknie brzmiącym estetycznym i etycznym ideałom, które w wykonaniu ekipy Waglewskiego nie występują wyłącznie „na papierze”, ale znajdują realne odzwierciedlenie na płaszczyźnie muzycznych wędrówek i międzyludzkich interakcji.


Bibligrafia

Piotr Metz, VooVoo. Dzień dobry wieczór, wyd. Agora, ART2Music, Warszawa 2016.

Opublikowano: 2017-05-27

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 257