Muzyka współczesna Festiwale Prawykonania

Kontrapunkt niezależnych głosów. Relacja z 48. Poznańskiej Wiosny Muzycznej

W. Krzyżanowski, M. Kaca, K. Müller, P. Tkacz, A. Słyż, K. Handschuh

kontrapunkt-niezaleznych-glosow-relacja-z-48-poznanskiej-wiosny-muzycznej
materiały prasowe

Poznańska Wiosna Muzyczna to od wielu lat najważniejszy festiwal muzyki współczesnej w zachodniej Polsce. Jego twórcy zawsze starali się prezentować muzykę świeżą, ambitną i bezkompromisową. Festiwal łączy w jednym kontrapunkcie niezależne głosy kompozytorów z całej Polski, Europy i świata. To bogactwo różnych stylów i tradycji może być bardzo trudne do uchwycenia dla pojedynczego odbiorcy — zwłaszcza że w tegorocznej edycji mieliśmy do czynienia z aż osiemnastoma różnorodnymi wydarzeniami. Dlatego nasza relacja z festiwalu łączy suwerenne głosy kilku autorów związanych z poznańskim środowiskiem muzycznym. Piszemy o Wiośnie nie tylko z perspektywy autonomicznej krytyki muzycznej, ale również oczami i uszami dyrygentki, skrzypka czy kompozytorki – a nawet samych wykonawców!

Mocne, niepowtarzalne przeżycie

Z koncertu otwarcia najlepiej wspominam kompozycje Chorea dr Katarzyny Taborowskiej-Kaszuby oraz Melodramat prof. Lidii Zielińskiej. Chorea to zdecydowanie najbardziej eksperymentalny utwór wieczoru. Orkiestra poznańskiej Akademii Muzycznej miała szansę zaprezentować się z bardziej performatywnej strony – co samo w sobie było najważniejszą osią eksperymentu. Częściowo niepewne zachowanie sceniczne wykonawców utworzyło bardzo ciekawe, niepowtarzalne widowisko. Mogliśmy odczuć, że znajdujemy się w samym centrum lokalnych przemian estetycznych – oto młoda, w większości klasycznie kształcona orkiestra stawia czoło wymagającemu repertuarowi i wychodzi z tego z tarczą. Świadczy to z jednej strony o kunszcie i odwadze wykonawców, którzy publicznie stawiają pierwsze kroki w poważnej twórczości eksperymentalnej, a z drugiej o dużym wyczuciu kompozytorki, która oprócz fenomenalnej warstwy dźwiękowej była w stanie stworzyć lokalnie bezprecedensową sytuację performatywną na dużą skalę. Utwór “Melodramat” stanowił za to zdecydowanie najdojrzalszą kompozycję tego koncertu – doskonałe wyważenie formy, instrumentacji i środków ekspresyjnych w indywidualny sposób budowało oniryczny, lekko niepokojący klimat, za który wielu koneserów podziwia muzykę przełomu XX i XXI wieku.

Zupełnie inną aurę ewokował zaś sobotni koncert Poznańskiego Chóru Chłopięcego. Mogliśmy poczuć atmosferę wzniosłości i duchowości rodem z muzyki renesansowej. Pojawił się nawet renesansowy akcent – współczesna kompozycja Ego Sum Pastor Bonus Pawła Łukaszewskiego inspirowana słynnym dziełem Wacława z Szamotuł. Muszę przyznać, że najbardziej przeżyłem doskonałe wykonanie minimalistycznej, modlitewnej, a jednocześnie szalenie ekspresyjnej kompozycji Amen Henryka Mikołaja Góreckiego. Poznański Chór Chłopięcy w tym i innych utworach wykazał się imponującym warsztatem i przygotowaniem – warto wspomnieć również o solistach, którzy ubarwiali występ swoimi dojrzalszymi i donośniejszymi głosami. Dyrygent Jacek Sykulski zażądał również współudziału widowni w wielkim finale koncertu: wykonaniu utworu Credo Ugisa Praulinsa. Skandowanie rytmicznego ostinata w tak wzniosłej kościelnej przestrzeni to mocne, niepowtarzalne przeżycie, które z obecnymi na koncercie zostanie na długo! Dla tych, którzy nie byli, lub dla tych, którzy mają ochotę usłyszeć koncert ponownie mamy też dobre wieści – koncert został zarejestrowany i jest już dostępny pod adresem https://pleromarecords.bandcamp.com/track/credo–u–praulins

Wojtek Krzyżanowski

koncert Poznańskiego Chóru Chłopięcego, fot. Agata Ożarowska

To, co lubię w muzyce współczesnej

28.03.2019 | godz. 19 | AM Aula Nova

Orkiestra Symfoniczna i Chór Akademii Muzycznej w Poznaniu

Tegoroczny koncert otwierający festiwal był połączeniem dzieł tradycyjnych z poprzedniego stulecia z utworami skomponowanymi w ciągu ostatnich dziesięciu lat. Orkiestra Symfoniczna AM pod batutą Jakuba Chrenowicza wykonała Uwerturę Jana Astriaba, Koncert na kontrabas i orkiestrę Tadeusza Zygfryda Kasserna (w tegorocznej instrumentacji Dominika Puka), kompozycję pt. Chorea Katarzyny Taborowskiej-Kaszuby, Veni creator Wojciecha Kilara i Melodramat Lidii Zielińskiej. Na krótki komentarz zasłużyły utwory działających w Poznaniu kompozytorek – Katarzyny Taborowskiej-Kaszuby i Lidii Zielińskiej. Chorea na orkiestrę symfoniczną, będąca kontynuacją kameralnej Fucktury (świetnie prawykonanej przez zespół Sepia Ensemble parę miesięcy temu!) była kolejną muzyczną próbą zmierzenia się z problemem zaburzeń neurologicznych (Zespół Tourette’a). Tym razem utwór niestety nie miał szans wybrzmieć w pełni – zawarte w partyturze elementy performatywne (okrzyki, granie na stojąco, ruchy ciała) dla części młodej orkiestry były niestety krępujące i niezrozumiałe, co z perspektywy publiczności było jednak bardzo widoczne. Natomiast Melodramat Lidii Zielińskiej, ostatnia pozycja w programie miała wszystko to, co lubię w muzyce najnowszej – przestrzenność, świetny warsztat techniczny oraz doskonałe proporcje napięć i odprężeń. Było warto czekać do samego końca!

Koncert inauguracyjny, fot. Dawid Majewski

29.03.2019 | godz. 14.30 | AM Sala Prezydencka

Atelier

Wydarzeniem towarzyszącym festiwalowi Poznańska Wiosna Muzyczna był panel dyskusyjny obejmujący rozwój życia muzycznego w zachodniej Polsce na przełomie XX i XXI wieku. Wśród zaproszonych gości znaleźli się m.in. dr hab. Barbara Litewska, dr Katarzyna Kwiecień-Długosz, dr hab. Jaromir Gajewski, dr hab. Halina Lorkowska, prof. AM. Spotkanie miało na celu wykazanie związków między Poznaniem, Szczecinem a Zieloną Górą, wskazując Poznań jako źródło kultury muzycznej i wzór szkolnictwa dla pozostałych wymienionych ośrodków.  

30.03.2019 | godz. 17.00 | AM Sala Kameralna

Julia Wizjan, Mateusz Wizjan

Podczas sobotniego popołudnia publiczność miała możliwość wysłuchania zespołu Wizjan Piano Duo, który współtworzą małżeństwo Julia i Mateusz Wizjan. Wykonawcy tego dnia przygotowali trzy pozycje – II Sonatę fortepianową Grażyny Bacewicz, Wariacje na temat bułgarskiej pieśni ludowej „Dilmano, dilbero” op.3 Aleksandra Vladigerova oraz prawykonanie dzieła Moniki Kędziory – Liber arborum na cztery ręce na fortepian. Koncert był wyraźnym ukłonem w stronę przeszłości, a wszystkie utwory silnie nawiązywały do tradycji. Sonata Grażyny Bacewicz w fakturze i doborze materii dźwiękowej przypominała ostatnie Sonaty Wojenne Sergiusza Prokofieva. Wariacje Vladigerova przesiąknięte były twórczością i stylem Sergiusza Rachmaninova oraz Claude'a Debussy’ego. Liber arborum, czyli cykl sześciu miniatur Moniki Kędziory odwoływał się do natury, a poszczególne części były (jak zaznaczyła sama kompozytorka) nie dosłowną ilustracją drzew (m.in. Brzoza, Lipa czy Kasztanowiec), a raczej sonorystycznym sposobem postrzegania ich wnętrza.

31.03.2019 | godz. 17.00 | AM Sala Kameralna

Wiosna Młodych

Od kilku lat stałym punktem programu Poznańskiej Wiosny Muzycznej jest koncert młodych laureatów konkursów instrumentalnych. W tym roku, tak jak podczas 46 edycji zaprezentowali się zwycięzcy XIV Międzynarodowego Młodzieżowego Konkursu Wiolonczelowego im. Kazimierza Wiłkomirskiego. Przed publicznością stanęło sześciu wykonawców: z kategorii do lat 15 – Amelia Chmielewska, Zuzanna Konstantynowicz oraz Filip Krzeszowiec, a z kategorii do lat 17 – Konstancja Śmietańska, Antoni Wojciechowski i Michał Balas. Młodym wiolonczelistom w żadnym stopniu nie brakowało umiejętności technicznych (ba! były one godne podziwu, zważając na ich wiek), a zmierzyć im się przyszło z kompozycjami z ostatniego stulecia m.in.  z Divertimento Krzysztofa Pendereckiego czy z utworem Johansen Joela Philipa Friedmana. Jedyne, czego zabrakło (a czego niestety można było się spodziewać po tego typu koncercie), to dojrzałość interpretacji. Podczas występu wielu istotnym momentom instrumentaliści nie poświęcali należnej uwagi, a poprawność wykonania (zarówno pod względem postawy, intonacji, jak i tempa) dominowała nad szczerością i emocjonalnością przekazu. Są oni jednak dopiero na początku swojej drogi, a przy tak profesjonalnym starcie można już tylko trzymać za nich kciuki w dalszej podróży!

Marta Kaca

Wizjan Piano Duo, fot. Agata Ożarowska

Emocjonalność / Eksperymentalność

Gdybym miał znaleźć wspólną oś dla koncertów Poznańskiej Wiosny Muzycznej, których wysłuchałem, to na jednym końcu byłaby emocjonalność, a na drugim – eksperymentalizm. Im bardziej konwencjonalne środki wyrazu zostały użyte w trakcie koncertu, tym prostszy do zrozumienia był wyraz wykonywanych utworów.

Oczywiście niektóre wydarzenia z założenia skłaniały się ku jednemu z dwóch nurtów. Studencki koncert kompozytorski z 29 marca był fascynującą ekspozycją efektów poszukiwania nowatorskich sposobów na ukazanie indywidualności każdego ze studentów kompozycji AM w Poznaniu. Można było usłyszeć dużo elektronicznych brzmień, analogowe taśmy, jak również żywe instrumenty, których dźwięk był modyfikowany przez wykonawców w czasie rzeczywistym, jak w kompozycjach zatytułowanych …spojrzeniem umysłu z dziwną szybkością III czy żywot szczęśliwego szarego wróbelka Jana Skorupy. Oczywiście pomimo skłonności do eksperymentalnej strony nie zabrakło też utworów emocjonalnych, jak choćby utwór Wojciecha Krzyżanowskiego Przed klatką na elektronikę i chętnych. Mimo niekonwencjonalnej obsady (dzieło zostało wykonane przez osoby spontanicznie w nie zaangażowane bez uprzedniego umówienia się tudzież aranżacji) czy też środków pozamuzycznych (intensywny zapach pomarańczy obieranej na scenie oraz mielonej przez kompozytora kawy) utwór obfitował w zwiewne, lekkie frazy dialogujących ze sobą dwojga pianistów, minimalistycznego klawesynu oraz śpiewu białego, co nadawało mu niemalże ludowego wydźwięku.

Studencki Koncert Kompozytorski, fot. Agata Ożarowska

Podobne wrażenie eksperymentowania zostawił koncert Dalbergia Duo, w składzie Anna Rutkowska i Julianna Siedler–Smuga. Marimbowy tandem wykonywał utwory z towarzyszeniem obrazu wideo, używając do preparacji instrumentów zarówno smyczków, jak i spieniaczy do mleka. O ile harmonicznie muzyka nie była bardzo awangardowa, to jednak zestawienie jej z ruchami tancerek oraz bardzo dynamicznym niekiedy obrazem wideo dawało wrażenie pełni brzmienia.

Zdecydowanie w stronę emocjonalności skłaniali się artyści pochodzący z Austrii, przedstawiciele kolektywu Studio Dan. Skromna obsada koncertu (skrzypce, wiolonczela, kontrabas i puzon) w połączeniu z minimalistyczną fakturą Instalacji HOMO FABER autorstwa Daniela Reglera oraz skromną frekwencją na widowni dało poczucie bliskości słuchaczy i wykonawców. Instrumentalna imitacja mowy ludzkiej brzmiała świetnie, artyści wraz ze szczegółowym odwzorowaniem intonacji głosu z nagrania oddali również jego emocjonalne nacechowanie. Muzycy zdawali się podczas całego koncertu głęboko przeżywać swoje partie, demonstrując zarazem kunszt wykonawczy.

Najbardziej wyrazisty emocjonalnie był koncert Bartka Milera. Dynamiczna osobowość wykonawcy wyzierała z każdego zagranego przez niego dźwięku. Cały występ ubrany był w spójną konwencję teatru instrumentalnego, w którym można dostrzec próbę scenicznej interpretacji meandrów umysłu muzyka dążącego do wyrażenia swojej myśli muzycznej za wszelką cenę. Utwory na pojedyncze instrumenty jak np. A Snare Growls and He Flies autorstwa Shin–Ichiro Ikebe czy Le Corps à Corps Georgesa Aperghisa stanowiły widowiskową demonstrację zakresu wyrazowego, jaki artysta jest w stanie osiągnąć przy minimalnym instrumentarium. Można było odnieść wrażenie, że muzyka wykonana na koncercie była po prostu przedłużeniem myśli wykonawcy. Całość brzmiała spójnie, utwory łączyły się płynnie, a elementy teatralne nadały artyście niebywałej charyzmy. Wyszedłem z koncertu pod ogromnym wrażeniem.

Kosma Müller

Dalbergia Duo, fot. Agata Ożarowska

Głaskanie wiolonczeli

Dziwnie czułem się, widząc tyle wolnych miejsc na Auli UAM, zwykle mocno wypełnionej. Chyba publiczność licznie pojawiająca się na karnawałowych czy walentynkowych koncertach orkiestry Amadeus, jednak nie chodzi na nie w ciemno. Umieszczony w programie Lutosławski okazał się niewystarczającą przynętą. Był to też jedyny biletowany koncert całego festiwalu (szkoda, że nie udało się zrobić tak, żeby wstęp był wolny na wszystkie).

Niemniej, zabrzmiała tego wieczora całkiem ciekawa muzyka. Na początek prawykonanie Punctum Katarzyny Kwiecień-Długosz, który zaczynał się od intrygujących kontrastów naprzemiennych dźwięków wysokich i niskich, stopniowo nachodzących na siebie i zbliżających się też wysokościami. Przyjemnie zakręciło się w głowie podczas mocno zawirowanej kumulacji, trochę szkoda, że po niej dość banalny finał.

Silniejsze zawroty zapewniły Epigramy Jerzego Kornowicza z Agatą Kielar–Długosz i Łukaszem Długoszem, flecistami znanymi bywalcom Wiosny w roli solistów. Jeśli chodzi o konstrukcję, kompozycja wręcz celebrowała swoją. Przy tym czarowała bogactwem barw, z licznymi perkusjonaliami, fortepianem preparowanym tak, że upodabniał się do klawesynu, smyczkowanymi krotalami, wibrafonem i marimbą. No i z fletami – najpierw powabnie orientalnymi, później uporczywie przeszywającymi. Mogło się to kojarzyć ze Strawińskim, Ravelem, a w najgęstszych momentach nawet z Xenakisem. Były tam przyjemne zachwiania, nieuchwytność, omskliwość, które dawały poczucie przechodzenia po wiszącym moście nad przepaścią, co powodowało wzmożoną uważność.

Preludia i fuga Lutosławskiego wykonane zostały fachowo, szkoda tylko, że po przerwie, ja wolałbym w ciągu, ale wiadomo – przerwa musi być.

Następnego dnia Kwartet Śląski nie zawiódł, choć po mocnym wejściu (Reflections on the Theme B–A–C–H Gubajduliny) napięcie siadło po grochu z kapustą, jaki w Quatuor à cordes zaserwował Frédéric Pattar. Dla odmiany z Confessiones Ewy Fabiańskiej–Jelińskiej biło silne poczucie, że tu o coś chodzi. I właśnie chodzenie było w tym utworze istotne, bo muzycy najpierw rozstawili się wokół widowni, a potem zebrali się na scenie. Ten element teatralizacji nie zaszkodził materii muzycznej, która była spójna, choć zróżnicowana. Sprawdził się też ryzykowny zabieg dodania do partii instrumentalnych dźwięków wokalnych (zaśpiewów? zawołań?), co uczyniło całość wręcz pierwotną, przejmująco ludzką. Z radością odnotowuję kolejny ciekawy utwór tej kompozytorki. Wątek intensywnej emocjonalności na swój sposób kontynuował Kwartet smyczkowy Eugeniusza Knapika. Natomiast najstarszy w zestawie II kwartet smyczkowy Krzysztofa Pendereckiego jakoś nie przykuł mojej uwagi.

Wieczorem w Centrum Kultury Zamek zaprezentował się Bartek Miler, też już kiedyś na Wiośnie występujący, ale tym razem z solowym recitalem i była to pewna nowa jakość. W ulotce Zamku anonsowano go jako spektakl perkusyjny Instrukcja obsługi (w książeczce programowej festiwalu jakoś zabrakło miejsca na takie niuanse), co dobrze podsumowuje całość i może przyciągnęło publiczność, której było sporo. Jeśli chodzi o szczegóły, nie wszystko mnie tutaj zachwycało (np. przerysowane aktorzenie), ale Miler wygrał swobodą, pomysłem na całość, własnym podejściem (swoją drogą ciekawe, jak dowolnie poczynał sobie z partyturami).

Wtorek rozpoczął występ Barbary Drazkov Drążkowskiej i Dominika Strycharskiego. Pianistka ciekawie budowała napięcie w Just before Michela van der Aa (kompozytora dawno, a może i w ogóle jeszcze na Wiośnie niewykonywanego). Potem zupełnie znużyła mnie Epiphora Pawła Mykietyna, która tutaj traciła też chyba przez twarde i płaskie brzmienie fortepianu Petrofa. Koncert zakończył utwór zatytułowany Upgrade Your Status, który stanowił przemyconą pod tytułem improwizację – w pamięć zapadła druga część z wkręcającą motoryką i repetycjami. To trochę śmieszne (ale bardziej nie), że na Międzynarodowym Festiwalu Muzyki Współczesnej improwizacja stanowi tabu. Innym przypadkiem była kompozycja „przed klatką” Wojciecha Krzyżanowskiego przeznaczona „na elektronikę i chętnych”, która okazała się grupowym improwizowaniem. Jeśli już jestem przy koncercie studenckim, to wspomnę tylko o kolejnym udanym utworze Aleksandry Słyż i ciekawej propozycji Justyny Tobery.

Koncert Barbary Drazkov Drążkowskiej i Dominika Strycharskiego, fot. Agata Ożarowska

Wieczorny koncert to AdAstra Trio z programem polsko-niemieckim. W pamięć zapadły mi konsekwentnie zmierzające do celu, mrocznie eleganckie Trio Stefana Lienenkämpera, pełne frapujących detali, liryczne, ale przełamane drapieżnością Jenes Artura Kroschela i ekspresyjnie kapryśne Irrwege Gisberta Näthera. Oraz, niestety, The Epitaph Zbigniewa Kozuba, w którym było i lirycznie, i furioso, i wzniośle i w ogóle wszystko, i to w dziesięć minut (i z jaką owacją!).

Szkoda, że festiwal coraz rzadziej wychodzi w mniej oczywiste przestrzenie. Do dziś wspominam na przykład koncerty w Starym Browarze, na których panowała zupełnie inna atmosfera. W tym roku jeden koncert zorganizowano w Jeżyckim Centrum Kultury – Galerii Rozruch. Tam zagrali skrzypaczka Anna Kwiatkowska i wiolonczelista Mikołaj Pałosz (też już na Wiośnie obecni, ale osobno). Do wnętrza dochodziły odgłosy karetek, silników samochodów i samolotów, a nawet gołębi, ale to raczej nie przeszkadzało, a dodawało muzyce kolejnego wymiaru. Pałosz, po wykonaniu Pression Halmuta Lachenmanna, zresztą odniósł się do tych odgłosów otoczenia, mówiąc, że było w tym coś Cage'owskiego. Różne pomysły z głaskaniem wiolonczeli, graniem pod mostkiem, już nie działają z taką siłą, ale i tak warto wracać do tego repertuaru. Najciekawsze rzeczy działy się jednak potem, Kwiatkowska z pasją i precyzją wykonała wymagający Prisme Michaela Jarrella, udało jej się utrzymać napięcie, mimo że narracja okazała się pełna meandrów i zawirowań. Na koniec dołączył do niej Pałosz i wykonali Trait d'unon Philippe'a Hurela, utwór emanujący zimnym blaskiem, czasami metalicznie połyskujący, iskrzący się i ulatujący, w innych momentach wręcz namacalny, chropowaty, mozolący się z materią. Muzycy skorzystali też z możliwości akustycznych miejsca, wykorzystując pustą salę za sobą jako rezonator.

Potem już dobrze znana Sala Biała Urzędu Miasta, gdzie tym razem Ensemble Nostri Temporis z Ukrainy. Od początku wysoko ustawiona poprzeczka – Rucke di Guck Giacinto Scelsiego, wykonany sprawnie, choć byłoby lepiej, gdyby udało się uniknąć przerw między częściami. Aperyon Maksyma Kolomieetsa, jednego z założycieli zespołu, wciągał i pęczniał ciemnością, ale gdy już pękł, to zrobiło się zbyt przewidywalnie, jeśli chodzi o dramaturgię, na szczęście mocno zadziałało końcowe urwanie. Luftwurzeln Caroli Bauckholt wydał mi się zbyt efekciarski, a Ergot Katariny Grywul ujął konsekwencją i spójnością, choć szkoda, że wykonawcy czasami je rozbijali nierównymi wejściami. W Xobności Katarzyny Szwed mogła się podobać zwiewność zawijasów i migotliwość współbrzmień, coś, co pojawia się też w Muro d'orizzonte Salvatore Sciarrino, choć jest realizowane w inny, drapieżny, sposób. Wieczór zakończyło prawykonanie Borów świerkowych w Karkonoszach Andrzeja Koniecznego, które mnie zaskoczyło. Flet, obój i klarnet grają ładnie, ale serio i z przekonaniem, melodię, która brzmi znajomo, jakby ludowo. Jednak muszą zmagać się z altówką i wiolonczelą, które psują, wiercą i nawet strzelają. Pod koniec już tylko flet prowadzi nierówną walkę zresztą, która powtarzanymi frazami próbuje go pochłonąć. Świetne!

Ensemble Nostri Temporis, fot. Agata Ożarowska

Podsumowując, koncert Ensemble Nostri Temporis był udany, ale w kategorii zespołowej najlepiej wypadł Sepia Ensemble w swoim występie tradycyjnie już wieńczącym festiwal. Szczególne wrażenie zrobiły na mnie utwory Marcela Chyrzyńskiego, Atsuko Ezaki i Hristiny Susak.

Wcześniej tego dnia jako wydarzenie towarzyszące odbył się koncert laureatów Ogólnopolskiego Konkursu Kompozytorskiego dla młodych kompozytorów „Neofonia 2018”, który powstał z inicjatywy Dominika Puka. W jury zasiedli Marcin Błażewicz, Artur Kroschel i Lidia Zielińska. Na konkurs wpłynęło osiem partytur, wymogi formalne spełniło siedem, pięć utworów rekomendowano do wykonania, a na koncercie usłyszeliśmy cztery. Sonatę h-moll Rozalii Adelajdy Soboty, wyróżnione Mirror Marii Polaszek, Walc fantastyczny Franciszka Lewockiego uhonorowany drugą nagrodą i zwycięzcę – Weather Anny Kaszyńskiej.

Piotr Tkacz

Bartłomiej Miller, fot. Agata Ożarowska

Koncert osobowości na zakończenie Festiwalu

Kulminacja. Epilog. Finał. Ostatni dzień 48. edycji Poznańskiej Wiosny Muzycznej. Tutaj powinna nastąpić pochwalna kanonada słów: doskonała sala! Wybitni muzycy! Grande finale! Z pewnością był to wieczór niezwykły, ale czy wspomnienia z koncertu zamykającego festiwal powinniśmy budować wyłącznie na wyeksploatowanych frazesach?

[Konrad Handschuh] Dla mnie to było małe święto humanizmu. Zbyt często zapominamy o czynniku ludzkim. Oceniamy wydarzenia kulturalne miarą ich rangi, muzyków obserwujemy przez pryzmat osiągnięć, w efekcie czego ramę naszych wrażeń stanowi stanowczo zbyt ciasny frak z przesadnie długimi połami. Gdyby “wyklarować” nasz punkt widzenia, okazuje się, że wszyscy znaleźliśmy się w jednej rzeczywistości. Żyjący kompozytorzy, pojawiający się na estradzie razem z pełnymi werwy muzykami grającymi dla żywej, oddychającej publiczności. Nagle wszystko staje się aktualne, nie musimy wytężać wyobraźni, żeby poczuć smak realiów.

[Ola Słyż] I tak właśnie “aktualność” i “świeżość” zbudowały całą niezwykłość tego koncertu. Ponad połowa utworów zaprezentowanych w trakcie wieczoru była bowiem kompozycjami studentów Wiedeńskiego Uniwersytetu Muzycznego, których prawykonanie miało miejsce w trakcie obchodów dwusetnej rocznicy powstania uczelni w roku 2017. Członkowie zespołu Sepia Ensemble wykonali wtedy utwory Atsuko Ezaki, Tatyany Juraszek, Hristiny Susak oraz Petera Weinlicha – laureatów wewnętrznego konkursu kompozytorskiego. W trakcie czwartkowego koncertu mogliśmy wraz z młodymi twórcami wsłuchać się w ich emocje zawarte w tych jakże różnych czterech utworach.

[K] O tak! To był koncert osobowości. Co prawda nie chciałbym wpaść w pułapkę faworyzowania silnych charakterów. W zamian wolę docenić różnorodność temperamentów. Koncert dowiódł, że każdy z kompozytorów ma swój własny sposób bycia. Wbrew kolejności programu, zacznijmy może od rozmowy na temat utworu Petera Weinlicha.

[O]  Słowo “Statik”, czyli „statyka” tłumaczy zależności fizyczne występujące w układzie idealnej równowagi. Ruch jednostajny, brak przyśpieszenia, wydawałoby się, że w przełożeniu na strukturę dźwiękową elementy te nie wymagają dużego nakładu pracy.

[K] A jednak tytułowa statyczność zmuszała do solidnego przygotowania technicznego, zwłaszcza partii live electronics, granej przez Tomasza Sośniaka. Bardzo ciekawa jest tutaj równowaga sił, o której mówisz. Środek ciężkości przenosi się z dyrygenta na pianistę, który w ramach wykonywanych przez siebie operacji narzucał tempo. Równie interesująca okazała się perspektywa postrzegania czasu.  Mimo że kompozycja wywoływała u słuchaczy lekkie znużenie, dla muzyków była nad wyraz absorbująca.

Sepia Ensemble, fot. Agata Ożarowska

[O] Równie absorbujący (choć ze statyką niemający zbyt wiele wspólnego) Skrik Hristiny Susak sprawił, że ponownie zaczęłam wierzyć w siłę jump scare’ów. Kompozytorka, zainspirowana słynnym Krzykiem Edvarda Muncha, zdecydowała się na umieszczenie faktury wokalnej w partii wszystkich instrumentów. Dlatego też część kulminacyjną stanowił jeden krótki, aczkolwiek bardzo pierwotny, głośny, niemal ogłuszający ryk całego zespołu.

[K] Chciałbym nadal pozostać w sferze inspiracji obrazem. Z tą różnicą, że mowa teraz o obrazie ruchomym, utrwalonym na taśmie filmowej. Tatyana Juraszek posługuje się malarskim wręcz językiem, jednakże dopiero po koncercie poznałem kulisy powstania jej tryptyku. Do napisania Tryptichonu skłoniło ją obejrzenie reżyserskiej wersji filmu I am legend (Jestem legendą). Utwór jest pełen niepokoju, w końcu kto byłby spokojny w mieście opanowanym przez zombie?! Z trzech części wyłaniają się kolejno postaci żywych trupów, po czym następuje scena walki, której kres przynosi wschód słońca wraz z siedmioma uderzeniami w dzwon. Ciekawostką jest, że kompozytorka przydzieliła altówce niewielką partię perkusyjną na trójkąt i pudełko akustyczne.

[O] Natomiast chyba najlepszy kunszt techniczny ze wszystkich studentów Wiedeńskiego Uniwersytetu Muzycznego przedstawiła Atsuko Ezaki w swoim utworze Donsu Dances. Ezaki odnosi się do zdobień prezentowanych na jedwabnych chińskich tkaninach adamaszek. Poprzez pełnej detali fakturę oraz bogactwo kolorów w poprawnej, aczkolwiek dość klasycznej formie autorka wspaniale uchwyciła lekkość i delikatność kojarzącą się z materiałem.

[K] Donsu Dances zrobiło na mnie spore wrażenie. Rozmawiałem o tym utworze z dyrygentem Jarosławem Szemetem i okazuje się, że kilka rzeczy nas ominęło. Partia perkusji była w partyturze tak rozbudowana, że muzyk próbujący jej sprostać musiałby uciec się do bilokacji. Tutaj należy się ukłon w stronę perkusisty Alberta Kołodziejczaka, który po raz pierwszy mierzył się ze współczesną literaturą. Był przodownikiem, jeśli chodzi o liczbę instrumentów na osobę, a w dodatku musiał operować zestawem, który zajmował znaczną część estrady. Mimo usilnych starań konieczna okazała się redukcja partii.

[O] Współpraca między poznańskim i wiedeńskim ośrodkiem nie miałaby miejsca, gdyby nie zaangażowanie prof. Reinharda Kargera. Oprócz czynnego udziału w koncercie, w którego trakcie mogliśmy usłyszeć premierowe wykonanie trzyczęściowej kompozycji Lost and found, profesor przeprowadził kursy mistrzowskie z poznańskimi studentami kompozycji oraz kompozycji elektroakustycznej.

[K] Karger udowodnił w ten sposób, że nie jest nieosiągalnym bohaterem rodem z encyklopedii. (O ile mnie pamięć nie myli, na koncercie zjawił się w jeansach.) W trakcie kursów mogliśmy zasięgnąć rady w zakresie warsztatu kompozytorskiego, porozmawiać czy usiąść przy wspólnym stole. Taka relacja bardzo skraca dystans na linii mistrz – uczeń.

[O] Równie entuzjastycznie swoją pracę z Reinhardem Kargerem opisują członkowie Sepia Ensemble. Instrumentaliści docenili w szczególności jego anielską cierpliwość oraz stanowczość, zwłaszcza w trakcie tłumaczenia efektów brzmieniowych, które chciał uzyskać. Wspominał na przykład o ścierającej się jak farba z przedmiotu fakturze w sekcji smyczkowej czy o “zawrotach głowy” w części Vertigo, w której – poprzez nieustannie zmieniające się metrum wspaniale oddał to przedziwne uczucie.

[K] Bez dwóch zdań trzyczęściowy utwór Lost And Found był najbardziej dojrzałą partyturą. Nie oznacza to jednak, że cykl został zamknięty. Mogę podzielić się wieścią, że po I Vertigo, II Uncle Neil (hołd w kierunku gitarzysty Neila Younga), oraz III My old shoes nadejdzie pora na kolejną, a może nawet kolejne części! Kompozytor zapowiedział kontynuację, a my będziemy cierpliwie czekać na efekty.

[O] Jako dopełnienie programu członkowie zespołu Sepia Ensemble zaproponowali utwory W&V Jaromira Gajewskiego oraz Betelgeuse Marcela Chyrzyńskiego, stawiając polski akcent sprytnie podkreślający symetrię i równowagę międzynarodowej współpracy.

[K] Współpraca to dobre hasło stanowiące klamrę kompozycyjną dla naszej rozmowy. Wolałbym podkreślić przede wszystkim interpersonalny aspekt każdej kooperacji. Odważę się nawet stwierdzić, że swego rodzaju kameralistyka musiała zaistnieć pomiędzy wiedeńską uczelnią a organizatorami poznańskiego festiwalu. Nie mniej intensywny musiał być też przebieg bezpośredniej pracy kompozytorów z dyrygentem i zespołem. Całości dopełniła synergia między wykonawcami a publicznością. Od wielu lat Poznańska Wiosna Muzyczna daje nam przywilej uczestnictwa w świeżej, żywej kulturze, tu i teraz. Wraz z Olą chciałbym podziękować pianiście Tomaszowi Sośniakowi oraz dyrygentowi Jarosławowi Szemetowi za podzielenie się z nami szczegółami dotyczącymi przygotowania koncertu.

Aleksandra Słyż i Konrad Handschuh


 

Opublikowano: 2019-04-15

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 280