Muzyka XX wieku Muzyka skrzypcowa Niemcy Sylwetki

"Jeżeli nam, artystom, uda się otworzyć ludzi na muzykę, ona zwycięży". Wywiad z Linusem Rothem

Katarzyna Trzeciak

jezeli-nam-artystom-uda-sie-otworzyc-ludzi-na-muzyke-ona-zwyciezy-wywiad-z-linusem-rothem
Linus Roth; fot. Dan Carabas, http://www.heidelberger-philharmoniker.de

Linus Roth to jeden z najwybitniejszych skrzypków swojego pokolenia. Jego debiutancka płyta wydana dla wytwórni EMI w 2006 roku otrzymała prestiżową nagrodę Echo Klassik. Dotychczas ukazało się aż osiem albumów, na których artysta wykonuje niesłusznie zapomnianą twórczość, przede wszystkim polskiego kompozytora Mieczysława Wajnberga. Jego Concertino op. 42 znajduje się na płycie Wartime Consolations, której recenzja ukazała się w Meakulturze. Linus Roth, po raz pierwszy od otrzymania IV nagrody na VI Międzynarodowym Konkursie Młodych Skrzypków im. Karola Lipińskiego i Henryka Wieniawskiego, odwiedza Warszawę.

Katarzyna Trzeciak: Czy pochodzi Pan z rodziny muzycznej? Kto pierwszy zauważył Pański talent?

Linus Roth: Mój ojciec jest organistą, a mama – wiolonczelistką. To ona pewnego dnia przyniosła do domu małe skrzypce, które bardzo mnie zainteresowały. Nauka przychodziła mi łatwo i była dla mnie świetną zabawą. W wieku 11 lat zdecydowałem, że chcę zostać muzykiem.

K.T.: Czy nie czuł się Pan zmuszany do ćwiczeń w dzieciństwie? Jak wspomina Pan początki swojej edukacji?

L.R.: Moi rodzice nigdy nie katowali mnie wielogodzinnym ćwiczeniem. Na początku skrzypcom poświęcałem godzinę, dwie dziennie; w wieku 12 lat już trzy-cztery godziny. Rodzice nie zmuszali mnie do ćwiczenia, ale wiedzieli, że jeśli chcę zostać muzykiem, muszę poważnie podchodzić do swoich obowiązków. Mama i tata przede wszystkim zwracali uwagę, abym ćwiczył mądrze i nie wgrywał błędów. To jest niesłychanie ważne.

Od początku miałem też wiele szczęścia – uczyłem się u prawdziwych mistrzów z bardzo dobrym podejściem pedagogicznym. Moja pierwsza nauczycielka po dobrej lekcji dawała mi naklejki lub balony, co niezwykle cieszyło dziecko i mobilizowało do dalszej pracy. Jako dwunastolatek rozpocząłem lekcje u profesora Nicolasa Chumachenco w oddziale przy Musikhochschule we Freiburgu.

K.T.: Jakiej narodowości jest Profesor Nicolas Chumachenco i jak wspomina Pan lekcje u niego?

L.R.: Profesor Chumachenco urodził się w Polsce, pochodzi z ukraińskiej rodziny, ale naukę rozpoczął w Argentynie (śmiech). Potem studiował w Stanach Zjednoczonych u Jaschy Heifetza i Efrema Zimbalist. Profesor Chumachenco jest bardzo utytułowanym skrzypkiem – zwyciężył w Konkursie im. Piotra Czajkowskiego w Moskwie i na Konkursie im. Królowej Elżbiety w Brukseli. Był bardzo wymagającym, ale sprawiedliwym nauczycielem. Umiał pochwalić, ale kiedy należało, ganił. Zawsze wyrażał swoje opinie wprost. Profesor wiele wymagał, ponieważ wiedział, że jestem w stanie sprostać jego oczekiwaniom.

K.T.: Potem studiował Pan u światowej sławy pedagoga skrzypiec Zakhara Brona w Lubece. Dlaczego to był dla Pana ważny okres? Czy między utalentowanymi uczniami Profesora nie dochodziło do niezdrowej rywalizacji?

L.R.: Zakhar Bron wykształcił wielu wybitnych skrzypków, m.in. Maxima Vengerowa i Vadima Repina. Naukę w klasie profesora rozpocząłem mając 16 lat. Bron był bardzo wymagający – pamiętam, że w tym czasie intensywnie ćwiczyłem. Uczniowie profesora nie konkurowali ze sobą o pierwszeństwo; raczej wzajemnie mobilizowali się do szybszej i bardziej wytężonej pracy. Kiedy usłyszałem, jak student przede mną po dziesięciu dniach pracy nad koncertem Prokofiewa gra go bezbłędnie z pamięci, pomyślałem – ja też tak potrafię!

K.T.: Jak wspomina Pan swoją ostatnią nauczycielkę, Anę Chumachenco, siostrę profesora Nicolasa?

L.R.: Mogę powiedzieć, że Ana Chumachenco była dla mnie najważniejszym profesorem. Ukształtowała moją osobowość i podkreśliała, że w muzyce trzeba wyrażać siebie, a nie być kopią nauczyciela. Jest wielu dobrych skrzypków, którzy grają dokładnie tak, jak chce ich nauczyciel, zapominając o własnym charakterze.

Profesor Chumachenco ma niezwykły dar, można powiedzieć – szósty zmysł. Wystarczyło, ze spojrzała na swojego ucznia i wiedziała, czego mu potrzeba. Kogo należy przytulić, kto potrzebuje większej mobilizacji do pracy. Bezbłędnie rozpoznawała nastroje swoich uczniów, które oczywiście wpływają na stosunek do nauki i samą grę. Profesor Chumachenco do każdego studenta podchodzi indywidualnie.

K.T.: Czy podczas ćwiczenia lub późniejszej kariery miał Pan jakikolwiek kryzys?

L.R.: Kryzys to bardzo mocne słowo. Nigdy nie myślałem, żeby przestać grać. Wszyscy jednak mamy wątpliwości. Zdarza mi się długo zastanawiać, jak ukształtować ośmiotaktową frazę. Myślę jednak, że to jest naturalna droga do znalezienia własnej interpretacji, rozwijająca własny styl wykonawczy.

K.T.: Czy mógłby Pan coś powiedzieć o swoich konkursach?

L.R.: Udało mi się wygrać kilka konkursów, w innych odpadłem już po pierwszym etapie. Porażki z jednej strony były niezwykle frustrujące, szczególnie, że czułem się niesłusznie oceniony. Paradoksalnie, to one bardziej niż zwycięstwa uświadomiły mi, że tak naprawdę chcę grać na skrzypcach i tylko muzyka się dla mnie liczy. Wtedy przestałem brać udział w konkursach.

K.T.: Kiedy to było?

L.R.: W 2013 roku przystąpiłem do ostatniego konkursu, organizowanego przez Niemieckie Towarzystwo Muzyczne. Każda osoba studiująca w Niemczech, niezależnie od narodowości, może wziąć w nim udział. Szczęśliwie wygrałem, co pozwoliło mi odbyć ok. 50 koncertów w całym kraju. Wtedy stwierdziłem, że już wystarczy mi konkursów; mają mało wspólnego z samą muzyką.

K.T.: Jest Pan obecnie Profesorem na Uniwersytecie w Augsburgu. Czy zachęca Pan swoich uczniów do brania udziału w konkursach?

L.R.: Nie. Jeśli moi studenci chcą przystąpić do konkursu, oczywiście ich wspieram, ale jednocześnie ostrzegam. Po pierwsze, kilkuosobowe jury rzadko kiedy jest jednomyślne; każdy człowiek ma inny gust. Uczestnik konkursu musi mieć świadomość, że będzie oceniany subiektywnie; czasem zdania jurorów mogą mu się wydać niesprawiedliwe i być może są, ale taka jest specyfika konkursu – każdemu jurorowi podoba się co innego. Niezmiernie rzadko zdarza się zgodny werdykt. Konkursy mogą być dobrą motywacją do przygotowania repertuaru i okazją do zaprezentowania się, ale wynik nie powinien być dla uczestnika najważniejszy.

K.T.: A czy poleca Pan swoim studentom grę w zespołach?

L.R.: Oczywiście. Uważam, że nauka i gra w zespole jest niezbędna. Utwory kameralne nie tylko pokazują pełny obraz kompozytora, dużo szerszy niż w muzyce solowej; zupełnie inaczej wykonuje się koncerty solowe, grając w zespołach kameralnych. Tak naprawdę wspólne muzykowanie to dużo szersze i głębsze zagadnienie. Gra w zespole uczy empatii, zrozumienia drugiego człowieka, otwarcia się na inny punkt widzenia; dzięki niej zyskujemy umiejętności niezbędne w kontaktach interpersonalnych. Jeśli gramy tylko sami i dla siebie, w życiu także zamkniemy się w murach własnego świata, a to nigdy nie jest dobre.

K.T.: Czy podczas swoich studiów udzielał Pan prywatnych lekcji? Jakim Pan jest nauczycielem?

L.R.: Przed podjęciem pracy na uniwersytecie udzielałem prywatnych lekcji dwóm osobom. Nie chciałem wcześniej uczyć, ponieważ myślałem, że będę zbyt wymagający. Dzisiaj moi studenci mówią, że dużo wymagam, dlatego dobrze, że nie zostałem nauczycielem jeszcze wcześniej.

K.T.: Ilu studentów ma Pan w swojej klasie? Czy są wśród nich cudzoziemcy?

L.R.: Uczę dziesięć osób, większość z nich to obcokrajowcy. Jest czterech Niemców, z czego dwóch to Sinti (wędrowny lud pokrewny Romom) urodzeni w Niemczech. Niedawno obroniła się studentka z Korei – w 2012 roku wykładałem na czterech uniwersytetach w Korei Południowej i najlepszych studentów zaprosiłem do Augsburga. Mam jedną osobę pochodzenia rosyjsko-niemieckiego, studenta z Francji, Hiszpanii i z Meksyku.

K.T.: Jeszcze nie ma wśród nich Polaków.

L.R.: To prawda, ale zapraszam polskich studentów. Polscy muzycy są bardzo utalentowani.

K.T.: Naprawdę?

L.R.: Oczywiście. Mam wielu znajomych wśród polskich artystów. Jestem pod wrażenia ich zrozumienia emocji zawartych przez kompozytora w utworze, a to jest właśnie najważniejsze w muzyce najważniejsze – zrozumienie i przekazanie emocji.

K.T.: Pewnie poznał Pan wielu polskich muzyków na Międzynarodowym Festiwalu Kameralistyki Ensemble im. Księżnej Daisy na Zamku z Książu? Jakie były Pańskie wrażenia?

L.R.: Istotnie, poznałem tam kilku polskich muzyków, ale niektóre znajomości zawarłem jeszcze podczas studiów. Na Festiwalu było bardzo sympatycznie. Przed przyjazdem do Książa nie znałem historii zamku, ale poczułem się w nim dziwnie. Wtedy zacząłem czytać o dziejach tej budowli i miałem wrażenie – być może przesadzone – że pozostałości mrocznej strony historii zamku wciąż tkwią w jego murach. Festiwal został przygotowany z wielką starannością i zaangażowaniem. Poziom, zarówno studentów, jak i profesorów był niezwykle wysoki. Na Festiwal przyjeżdżają najwyższej klasy polscy muzycy. Bardzo milo wspominam czas spędzony z nimi i mój pobyt w Książu.

K.T.: Prawdziwy tygiel kulturowy – Pana Profesorowie mają wschodnie korzenie, ma Pan wielu polskich znajomych, kształcił się Pan w Niemczech i Szwajcarii, a Pański pianista – José Gallardo jest Argentyńczykiem. Kiedy i w jaki sposób Panowie się poznali? Czy różne pochodzenie i temperament nie przeszkadza we wspólnym muzykowaniu?

L.R.: O José Gallardo dowiedziałem się, studiując u profesora Zakhara Brona w Lubece. Poszukiwałem wtedy dobrego pianisty i ktoś powiedział, że kilka lat temu w Akademii Yehudi Menuhina spotkał bardzo dobrego pianistę. José Gallardo jest Argentyńczykiem, ale swoją edukację pobierał w mojej ojczyźnie u niemieckich profesorów. Kiedy ja studiowałem w Lubece, José kształcił się w Moguncji. Zadzwoniłem do sekretariatu tamtejszego uniwersytetu i pytając o niego; usłyszałem, że przed pięcioma minutami wyszedł. Poprosiłem, żeby oddzwonił.

José rzeczywiście jest spontaniczny. Dzwoniąc, powiedział, że może przyjechać do Lubeki już jutro. Okazało się, że żadne próby nie są potrzebne – po pierwszym graniu wiedzieliśmy, że będziemy współpracować. I tak jest do dziś, chociaż… gdyby José tu siedział, powiedziałby: ”jakbym wiedział, że z Moguncji do Lubeki jest ponad 500 km, nigdy bym nie przyjechał!” (śmiech).

K.T.: Odbył Pan setki koncertów. Które utkwiły Panu najbardziej w pamięci? Czy towarzyszyły im jakieś zabawne sytuacje?

L.H.: O tak, jest wiele ciekawych historii związanych z koncertami, nie wiem, ile może znaleźć się w tym wywiadzie (śmiech). Pewnego razu razem z José Gallardo graliśmy w niewielkiej niemieckiej miejscowości. Nie sprawdziliśmy wcześniej rozkładu jazdy pociągów i przed samym występem zdaliśmy sobie sprawę, że musimy zdążyć na ten, powiedzmy o 22.05. Podczas występu ominęliśmy repetycje; skończyliśmy o 22 i muszę przyznać, że opuściliśmy salę wcześniej od słuchaczy! Ludzie, patrząc na nas, mówili – Czy oni przed chwilą nie grali koncertu?, a my w garniturach przedzieraliśmy się przez publiczność. To było niezwykle zabawne, wyjątkowe przeżycie.

Jeśli chodzi o bardziej poważne artystyczne wydarzenia, to przypominam sobie pracę nad koncertem skrzypcowym Philippa Glassa z Bruckner Orchestra Linz. Dyrygował jeden z jego najlepszych przyjaciół, Denis Russell Davis, któremu ten utwór jest częściowo  poświęcony. Zaczęliśmy grac w niesamowicie wolnym tempie. Zdziwiony, zwróciłem się do dyrygenta: Maestro, czy to będzie ostateczne tempo? W partyturze widnieje zupełnie inne. Denis Russel odpowiedział, ze jest przyjacielem kompozytora i wie, jakie tempo jest właściwe. Z początku granie w o wiele wolniejszym pulsie było dla mnie niezwykle frustrujące; ten utwór wydawał się być kompletnie innym dziełem. Później pomyślałem, że jednak spróbuję. Bardzo się obawiałem reakcji; po występie Denis powiedział, że to było jedno z najlepszych wykonań Koncertu Philippa Glassa, jakie kiedykolwiek słyszał. Poczułem się bardzo dumny, bo on dyryguje tym utworem bardzo często. Ta sytuacja nauczyła mnie, że nigdy nie można narzucać swojej woli – zawsze należy pozostać otwartym na różne muzyczne propozycje wykonania.

K.T.: Kiedy i w jaki sposób odkrył Pan twórczość Mieczysława Wajnberga?

L.R.: To było na festiwalu w Paryżu w 2010 roku. Ćwiczyliśmy trio Schuberta; następny miał być utwór Mieczysława Wajnberga. Niewiele słyszałem o tym kompozytorze; pamiętam nawet, że spytałem, czy naprawdę musimy grać tę kompozycję? Kolega powiedział, że mam przed sobą wartościowe trio, które przypadnie mi do gustu. Muzyka Wajnberga od pierwszych taktów zaczęła oddziaływać na mnie z ogromną siłą. To było niesamowite doświadczenie. Grając ten utwór i słuchając go wiedziałem, że jest w nim mnóstwo ciężkich przeżyć. Zdecydowałem, że chcę bliżej przyjrzeć się temu kompozytorowi. Wkrótce rozpocząłem poszukiwania. Początkowo dowiedziałem się, że istnieje pięć sonat skrzypcowych Mieczysława Wajnberga; później otrzymałem informację, że odkryto szóstą. Dostałem maila z nutami. Razem z José Gallardo nagraliśmy wszystkie sonaty.

Premiera Koncertu skrzypcowego Mieczysława Wajnberga była dla mnie jednym z najważniejszych występów. Muszę przyznać, że prosiłem wielu dyrygentów, aby zechcieli wykonać ten utwór; podjął się tego Mei-Ann Chen z orkiestrą Badische Staatskapelle w Karlsruhe. (wcześniej w tym mieście zaprezentowano operę Mieczysława Wajnberga). Byłem bardzo zdenerwowany przed występem, zastanawiając się, jak publiczność przyjmie ten koncert? Jeśli utwór się nie spodoba, to może oznaczać, że Mieczysław Wajnberg nie był dobrym kompozytorem. Na szczęście stało się zupełnie inaczej. Publiczność była zachwycona Koncertem skrzypcowym Weinberga, a ja niesłychanie szczęśliwy.

K.T.: Wydaje mi się, że twórczość Mieczysława Wajnberga staje się coraz bardziej popularna także w Polsce. Czy ma Pan plany koncertowe związane z naszym krajem?

L.R.: Bardzo chciałbym wykonywać kompozycje Mieczysława Wajnberga w jego ojczyźnie. Prawdopodobnie zagram Koncert w Szczecinie z dyrygentem Thomasem Sanderlingiem, a we Wrocławiu Koncert Albana Berga w lutym przyszłego roku. Moim marzeniem jest zaprezentowanie dzieł Mieczysława Wajnberga w Warszawie – miejscu jego narodzin. Będę rozmawiać z dyrekcją Muzeum Historii Żydów Polskich, może uda się tam zorganizować kilka występów.

K.T.: W 2015 roku założył Pan Międzynarodowe Stowarzyszenie im.  Mieczysława Wajnberga (International Mieczysław Weinberg Society). Kto pomagał Panu w realizacji tego projektu?

L.R.: Pomysł zrodził się podczas rozmowy z Kevinem Kleinmannem, profesorem departamentu muzycznego paryskiej Sorbony.  Powiedziałem mu, że nagrałem już wiele utworów Mieczysława Wajnberga, a mimo to moi znajomi muzycy wciąż nie słyszeli o tym kompozytorze.  Zaproponowałem stworzenie strony internetowej poświęconej Mieczysławowi Wajnbergowi. Kevin Kleinmann zaproponował, że skoro istnieją Towarzystwa im. Brahmsa, Mozarta, Szostakowicza, powinienem założyć Stowarzyszenie im. Mieczysława Wajnberga. W tym samym czasie w Mannheim odbyła się światowa premiera ostatniej opery Mieczysława Wajnberga Idiota na podstawie powieści Fiodora Dostojewskiego. Poprowadził ją dyrygent Thomas Sanderling, syn słynnego dyrygenta Kurta Sanderlinga, przyjaciel Wajnberga i Szostakowicza. Po obejrzanej premierze długo rozmawiałem z Thomasem. Usłyszawszy o pomyśle, zaofiarował pomoc w powołaniu Stowarzyszenia. Zaproponował, żebyśmy poprosili wdowę po Dymitrze Szostakowiczu, Irinę, o sprawowanie honorowego patronatu. Od razu się zgodziła. Irina i Dymitr Szostakowicz byli bardzo bliskimi przyjaciółmi Mieczysława Wajnberga. Towarzyszyli mu w ostatniej drodze życia. Teraz Międzynarodowe Towarzystwo im. Mieczysława Wajnberga i Międzynarodowe Stowarzyszenie im. Dymitra Szostakowicza ściśle współpracują, co jest kontynuacją wielkiej przyjaźni obu kompozytorów. Na stronie internetowej International Mieczysław Weinberg Society znajdują się wspomnienia Iriny Szostakowicz o kompozytorze:

K.T.: Wykonuje Pan także wiele dzieł Dymitra Szostakowicza. Czy granie jego utworów wpływa na rozumienie twórczości Mieczysława Wajnberga?

L.R.: Bardzo lubię kompozycje Dymitra Szostakowicza; grałem je na długo przed utworami Wajnberga. Moim zdaniem wykonywanie dzieł Weinberga ułatwia zrozumienie muzyki Szostakowicza, a nie odwrotnie. Obaj kompozytorzy byli przecież przyjaciółmi. Ludzie, którzy nie znają muzyki Wajnberga, często mówią, że brzmi on jak Szostakowicz, tylko w gorszej wersji, co jest oczywiście nieprawdą. Pamiętajmy, że nie tylko Szostakowicz inspirował Wajnberga; obaj kompozytorzy wywierali na siebie wielki wpływ i byli twórcami tej samej klasy. Szostakowicz wysoko cenił twórczość Wajnberga i zasięgał jego opinii w sprawach swoich kompozycji; grał przed nim własne utwory, zanim przeszły w ręce wydawców. Istnieje jedno wspaniałe nagranie, na którym obaj artyści wykonują X Symfonię Szostakowicza na cztery ręce. Ostatnią część grają w niewiarygodnym tempie. Gorąco polecam.

K.T.: Wiele łączy Pana z rosyjską muzyką, ma Pan wielu przyjaciół ze Wschodu. Czy zna Pan język rosyjsku?

L.R.: (po rosyjsku) Nie umiem mówić po rosyjsku. Rozumiem niektóre zwroty, ale w bardzo ograniczonym zakresie.

K.T.: Jakie zna Pan języki oprócz niemieckiego i angielskiego?

L.R.: Umiem mówić po włosku, ponieważ mieszkałem w Italii. Podczas wakacji uczestniczyłem w kursach mistrzowskich profesora Salvatore Accardo.

K.T.: Nagrał Pan już osiem płyt, w maju ukaże się dziewiąta z sonatami solowymi Mieczysława Wajnberga, a na jesieni trzeci album orkiestrowy – z Koncertem Czajkowskiego i II Koncertem Szostakowicza we współpracy z London Symphony Orchestra pod batutą Thomasa Sanderlinga. Która z dotychczasowych płyt jest dla Pana najważniejsza?

L.R.: Oczywiście projekt nagrania wszystkich utworów skrzypcowych Mieczysława Wajnberga jest dla mnie niezwykle ważny, ale myślę, że ma też istotne znaczenie dla całego rynku fonograficznego – nigdy wcześniej cały repertuar wiolinistyki Wajnberga nie ukazał się na płytach. Jeśli teraz dokonam dobrego nagrania koncertu Mendelssohna, oczywiście, sprawi mi to przyjemność, ale nie wniesie niczego nowego dla słuchaczy.

Ważna jest dla mnie także pierwsza płyta wydana przez EMI. Wysłałem wytwórni demo, ale nie otrzymałem odpowiedzi, więc szybko zapomniałem o tym zdarzeniu. Pół roku później zobaczyłem maila od EMI. Z początku myślałem, że to np. reklama nowej płyty i chciałem usunąć wiadomość. Kiedy zacząłem ją czytać, nie mogłem uwierzyć własnym oczom. Szef wytwórni pytał, kiedy mógłby usłyszeć mój występ. Wysłałem mu swój kalendarz koncertowy. Po skończonym występie odszedł do mnie z gratulacjami zniknął. Pomyślałem, że to bardzo miła, skończona przygoda. Po powrocie do hotelu odczytałem wiadomość z zapytaniem, kiedy mógłbym umówić się na nagranie. Czułem się przeszczęśliwy.

K.T.: Później ta pierwsza płyta wydana przez EMI zdobyła nagrodę Echo Klassik. Czy spodziewał się Pan tego wyróżnienia?

L.R.: Absolutnie nie. To była bardzo miła niespodzianka.

 

Linus Roth i José Gallardo – debiutancka płyta EMI

K.T.: Czy kompozytorzy współcześni dedykują Panu swoje utwory?

L.R.: Tak, i mam zamiar jeszcze poprosić ich o napisanie kilku dzieł. Projekt wykonywania i nagrywania dzieł Mieczysława Wajnberga uświadomił mi, jak ważne jest przedstawianie publiczności muzyki tworzonej wokół nas. To muzycy przestali wykonywać utwory Waszego kompozytora. Dawid Ojstrach i Mścisław Rostropowicz jako ostatni popularyzowali twórczość Mieczysława Wajnberga. Później nastała cisza. To na nas, artystach, ciąży wielka odpowiedzialność wykonywania tworzonej obecnie muzyki. W tym celu musimy namawiać organizatorów koncertów, menadżerów orkiestr, dyrygentów – mówić im, że chcemy wykonywać tych kompozytorów, bo ich muzyka jest wartościowa. Jeśli nie będziemy jej przedstawiać publiczności, przestanie istnieć. Będziemy obracać się wokół wielkich, ale znanych nazwisk Brahmsa, Mozarta i Beethovena. Tak jakby wciaż nie powstawały nowe utwory.

K.T.: Niektórzy skrzypkowie również dyrygują. Czy Pan też chciałby przewodzić orkiestrze? A może już Pan jest kapelmistrzem, a ja o tym nie wiem?

L.R.: (śmieje się) Jeszcze nie miałem odwagi dyrygować. Zobaczymy, co przyniesie przyszłość. Na razie nie planuję. Ukończyłem skrzypce, a nie dyrygenturę.

K.T.: A próbował Pan komponować?

L.R.: Napisałem kadencje do koncertów Mozarta i Beethovena, ale nie zamierzam komponować.

K.T.: Naucza Pan, koncertuje, nagrywa płyty. Czy ma Pan w ogóle wolny czas? Co Pan wtedy robi?

L.R.: W wolnym czasie udzielam wywiadów (śmiech). Tak naprawdę, cały czas jest wolny, bo to od nas samych zależy, w jaki sposób go zagospodarujemy. Lubię sport – biegam i chodzę na siłownię. Interesuje się modą. Podróżuję – uwielbiam wypoczywać nad morzem w ciepłych krajach. Czytam książki i oglądam filmy.

K.T.: Jakie książki lubi Pan czytać? Może ma Pan swojego ulubionego autora?

L.R.: Mój ulubiony gatunek to biografie, w szczególności – autobiografie. Interesuje mnie życie innych ludzi. Poza tym bardzo lubię książki Hermanna Hessego i Thomasa Manna. Chciałbym czytać więcej, ale niestety, brakuje mi na to czasu. Zdarza mi się ze zmęczenia zasnąć nad książką. Warto dodać, że istniają aż dwie monografie Mieczysława Wajnberga. Jedną napisała Danuta Gwizdalanka, żona Krzysztofa Meyera, przyjaciela Dymitra Szostakowicza. Drugą stworzył David Fanning, została przetłumaczona na niemiecki. Polecam ją; niestety, nie mogę przeczytać pierwszej, bo została wydana tylko po polsku.

 

 

David Fanning, Mieczysław Weinberg. Auf der Suche nach Freiheit, tł. Jens Hagestedt

Danuta Gwizdalanka, Mieczysław Wajnberg: Kompozytor z trzech światów,

K.T.: Jakie cechy charakteru, Pańskim zdaniem, powinien mieć profesjonalny muzyk?

L.R.: Uczciwość, wytrzymałość i gotowość do całkowitego poświęcenia się muzyce.

K.T.: Gdyby nie został Pan muzykiem, czy wyobraża Pan sobie wykonywać inny zawód? Jaki?

L.R.: Często jestem o to pytany. Obecnie nie wyobrażam sobie innej drogi zawodowej, ale chciałbym np. uzyskać licencję pilota. Uwielbiam latać i samoloty wciąż mnie fascynują – w jaki sposób ważące tony maszyny mogą unosić się w powietrzu. Może to zabrzmi niewiarygodnie, ale dwóch świetnych absolwentów Any Chumachenco zostało pilotami. Jeden pracuje w niemiecki, a drugi w szwajcarskich liniach lotniczych. Nie mogę się doczekać, kiedy siedząc w samolocie dowiem się, że za sterem siedzi mój kolega ze studiów.

K.T.: Gdyby mógł Pan spotkać tylko jednego kompozytora i tylko jednego wykonawcę, kogo by Pan wybrał i dlaczego?

L.R.: Chciałbym spotkać Ludwiga van Beethovena – jego osobowość wciąż kryje dla mnie wiele tajemnic. Gdy słucham muzyki Beethovena, uderzają mnie w niej kontrasty dynamiczne – prawdopodobnie kompozytor też błyskawicznie zmieniał nastroje. Część skrzypków chciałaby pewnie zobaczyć Nicolo Paganiniego, ale nie ja. Wolałbym poznać dyrygenta Carlosa Kleibera.

K.T.: Jak człowiekowi w życiu może pomóc muzyka?

L.R.: Muzyka może pomóc przezwyciężyć codzienne problemy. Myślę, że muzyka potrafi zmienić więcej, niż  myślimy; powiedziałbym nawet, że muzyka może zmienić świat. Ona ma ogromną moc i potrafi obronić się sama; my, artyści, tylko jej służymy. W dzisiejszych czasach bardzo trudno jest ludziom, szczególnie młodym, skoncentrować się na samej muzyce. Wyłączyć telefon komórkowy, zamilknąć i tylko słuchać. Jeżeli  nam, artystom, uda się pomóc ludziom otworzyć na muzykę, ona zwycięży.

K.T.: Życzę Panu i wszystkim wykonawcom, żeby ta sztuka się udała. Dziękuję bardzo za rozmowę.

L.R.: Dziękuję bardzo.

Więcej informacji o artyście i jego nagraniach na stronie internetowej:

http://linusroth.com/

International Mieczysław Weinberg Society:

http://www.weinbergsociety.com/

Opublikowano: 2016-02-12

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 271