Muzyka klasyczna Muzyka współczesna Muzyka kameralna

Muzyka osobista według Meccorre String Quartet

Martyna Pietras

muzyka-osobista-wedlug-meccorre-string-quartet
autor zdjęcia: A. Berbecki, 2011

Nie chcemy kopiować tego, co zrobiono już wiele razy, by osiągnąć wytyczony regułami ideał. Wzorcem jest ideał muzyczny, który mamy we własnych głowach – mówią Meccorre String Quartet. Warszawsko-poznański kwartet smyczkowy znalazł się w tym roku wśród trójki artystów nominowanych w kategorii Muzyka Poważna do Paszportów „Polityki”. Od  dwóch lat ich wizytówką jest organizowany w Poznaniu Międzynarodowy Festiwal Muzyki Kameralnej Q’arto Mondi.

Czy zdarza im się łamać muzyczne konwenanse? O co się ze sobą spierają? I dlaczego w twórczości Bacha doszukują się jego powiązań z zakonem różokrzyżowców?

O tym wszystkim Meccorre String Quartet opowiadają w naszej rozmowie.

Martyna Pietras:  Na klasycznej polskiej scenie muzycznej jako zespół funkcjonujecie od 2007 roku. Jesteście młodym, bardzo szybko rozwijającym się kwartetem, który ma mnóstwo pomysłów na projekty. Młodym artystom - takim, jak Wy -  jest w Polsce łatwo czy trudno zacząć realizować własne pomysły?

Aleksandra Bryła:  Wszystko zależy od warunków finansowych. Jeśli posiada się wystarczający budżet, można wprowadzić w życie nawet najbardziej wymyślny projekt. Jednak w praktyce nawet realizacja koncertu w Poznaniu bywa kosztowna.

Michał Bryła:  Wiele koncertów robimy przy współpracy z Akademii Muzyczną w Poznaniu, ponieważ mamy taką możliwość jako jej pedagodzy. Z kolei Filharmonia Poznańska zrezygnowała z organizowania koncertów kameralnych, więc musimy szukać dla siebie innych miejsc.

Karol Marianowski:  Tych miejsc jest z kolei dużo, tylko istnieje stosunkowo niewielu ludzi, którzy mogliby zaakceptować naszą wizję działalności i pomóc ją nam spełniać.  

MP:  Nominacja do Paszportu „Polityki” jest w tej kwestii pomocna?

KM:  Trudno się do tego odnieść, bo od ogłoszenia minęło niewiele czasu. Sama nominacja była dla nas na pewno nagrodą i potwierdzeniem, że nasza praca ma sens.

Wojciech Koprowski:  Była też ogromną niespodzianką. Mimo to, nasze życie koncertowe nie zmieniło się z dnia na dzień. Wierzymy jednak, że ta nominacja będzie dla nas dobrą wizytówką.

MP:  Do Paszportów byliście nominowani m.in. za „dojrzałe interpretacje trudnego repertuaru” oraz „śmiałe łamanie konwenansów i stereotypów”. Jak się odnosicie do tych opinii?

MB:  Bardzo nas cieszy fakt, że nasza praca została doceniona przez krytyków muzycznych zasiadających w jury nominacji. Cieszy nas też to, że nasze interpretacje są uważane za niekonwencjonalne i unikatowe.

MP:  Jak na młody stażem zespół macie fantastyczny dorobek. Jako kwartet zdobywacie głównie pierwsze miejsca na prestiżowych międzynarodowych konkursach muzyki kameralnej. Doskonaliliście swoje umiejętności m.in. pod okiem muzyków Artemis Quartett, Cuarteto Casals, specjalizującego się w muzyce dawnej Bartholda Kuijkena, Antonella Farullego, Gerharda Schulza – długoletniego członka Alban Berg Quartet oraz wybitnego interpretatora muzyki klasyków wiedeńskich, pianisty Alfreda Brendela.

KM:  Praca z pomocą naszych mistrzów dodaje nam skrzydeł. Z ich wsparciem jesteśmy w stanie osiągnąć więcej, niż pracując samodzielnie. Staramy się mądrze wykorzystać ich wiedzę i dostosować ją do naszych możliwości.

AB:  Ta wiedza jest bezcenna. Bez wskazówek nauczycieli nie doszlibyśmy być może nigdy do tego, co obecnie prezentujemy w naszych projektach.

MB:  A fakt, że stoimy artystycznie w takim, a nie innym miejscu, to nie wynik szczęścia lecz wielu poświęceń i ogromnej ilości godzin, które spędzamy wspólnie ćwicząc.

MP:  Po raz pierwszy zrobiło się o Was głośno w 2010 roku, po pierwszym autorskim projekcie, poznańskim Festiwalu Muzyki Kameralnej „Q’arto Mondi”. Kto go wymyślił?

KM:  Wymyśliłem go ja. I bardzo szybko mój plan wszedł w życie. Chwilę po powstaniu idei  miałem potwierdzenie przyjęcia zaproszenia na festiwal od  artystów z „najwyższej półki”. Chociaż wtedy zupełnie nie pomyślałem, że najpierw trzeba mieć pieniądze (śmiech). Ale drugiego dnia znaleźliśmy sponsora. I wszystko się udało domknąć.

MP:  Od razu Waszą propozycję przyjęli znakomici artyści – pianista Maciej Grzybowski, wiolonczelista Andrzej Bauer, Kwartet Śląski, Kwartet Camerata, Royal String Quartet i Mieczysław Szcześniak. Rok później podczas „Q’arto Mondi” wystąpili Friedemann Weigle z grupy Artemis Quartet, Cuarteto Casals i zdobywcy nagrody Grammy Turtle Island Quartet. Takich artystów na pstryknięcie palcem raczej się nie załatwia.

KM:  Okazuje się, że jednak się załatwia, choć być może nie na samo pstryknięcie palcem (śmiech). Ale rozmowa i zaciekawienie naszym pomysłem wystarczyło.

WK:  Nie jesteśmy ludźmi spoza branży, którzy nagle wymyślili, że zrobią festiwal. Jesteśmy młodszym pokoleniem tych artystów, których dzisiaj zapraszamy. Oni doskonale wiedzą, co przeżywamy i pamiętają, przez jakie trudności kiedyś przechodzili.

KM:  Większość z zaproszonych gości to nasi profesorowie i nauczyciele. Jednym z  wyjątków byli Turtle Island Quartet. Zadzwoniliśmy do nich, mimo że nigdy nie mieliśmy z nimi kontaktu. Zgodzili się bez problemu, choć wcześniej w Polce grali chyba tylko raz.

WK:  A tu trafili na ludzi, którzy robią dokładnie to, co oni i jednocześnie zajmują się organizacją festiwalu.

KM:  Kiedy z Michałem odbieraliśmy ich z lotniska w Berlinie, nie mogli uwierzyć, że jesteśmy muzykami. Połączenie tych funkcji organizatora i artysty było dla nich nie do pojęcia.

MP:  Zorganizowanie własnego festiwalu było wynikiem chęci znalezienia sobie miejsca na scenie muzycznej w Polsce?

KM:  Trochę tak było. Chcieliśmy pokazywać rzeczy, które są odważne. Na własnym „poletku” mogliśmy sprawdzić choćby projekt Michała Art of FUGA czy jazzujący projekt On the Bridge z Mieczysławem Szcześniakiem.

WK:  Z założenia nasz festiwal ma pokazywać przekrój repertuarowy. Kwartet może wykonać choćby muzykę Jana Sebastiana Bacha, Josepha Haydna i Ludwiga van Beethovena, ale też -muzykę współczesną i rozrywkową. Q’arto Mondi to miejsce, w którym w ciągu tygodnia można zaobserwować wszystkie oblicza kwartetu smyczkowego.

MP:  W projekcie „Art of FUGA” połączono wykonanie „Die Kunst der Fuge” z projekcją filmową, odzwierciedlającą przebieg formalny dzieła.  Pojawiło się też odwołanie do pozamuzycznych kontekstów – obecności w muzyce Jana Sebastiana Bacha zasad gematrii [system numerologii opierający się na języku i alfabecie hebrajskim – przyp. red.] i jego hipotetycznych powiązań z zakonem różokrzyżowców. To hipotezy, które mają wielu przeciwników, ale mimo to, Michale, zdecydowałeś się pokazać ten projekt.

MB:  Muzyka Bacha od zawsze była mi bliska. Jako skrzypek i altowiolista starałem się od najmłodszych lat sukcesywnie włączać ją do swojego repertuaru. Grając w kwartecie zacząłem szukać tych dzieł Bacha, które moglibyśmy z Meccorre spróbować wspólnie interpretować. Natknąłem się wówczas na zbiór kontrapunktów Die Kunst der Fuge, który - jak wiadomo - został napisany bez sprecyzowania obsady wykonawczej. Nad projektem Art of FUGA współpracowaliśmy z Bohdanem Pociejem. Razem szukaliśmy odwołań do gematrii i powiązań Bacha z Towarzystwem Mitzlerowskim. Okoliczności i zagadkowa atmosfera powstania KDF okazały się wystarczająco ciekawe, żeby po pierwsze - przedstawić szerszej publiczności pomysł na interpretację muzyki Bacha w kontekście połączenia sfer wizji, fonii i słowa, a po drugie - na stałe włączyć go do naszego programu koncertowego.

MP:  Połączenie muzyki ze słowem pojawiło się też podczas drugiej edycji „Q’arto Mondi”. Program „MecCorrespondances” łączył wykonanie kwartetów Beethovena z recytacją „Testamentu Heiligenstadzkiego” i wybranych listów kompozytora. To był z kolei pomysł Oli.

AB:  Poznanie tego, co Beethoven przeżywał podczas pisania swojego opusu [Kwartetu smyczkowego op. 132 – red.], jest moim zdaniem niezbędne, aby w pełni zrozumieć to dzieło. Zarówno dla publiczności jak i wykonawców istotne jest zestawienie muzyki ze słowem kompozytora. Szczęśliwie mamy taką możliwość - Beethoven pozostawił po sobie sporo listów. Dzięki nim pokazujemy publiczności Beethovena w obliczu najtrudniejszej sytuacji w jego życiu – utraty słuchu. Myślę, że jego muzyka prezentowana w ten sposób może być  jeszcze bardziej poruszająca.

MP:  Projekty opracowujecie wspólnie?

MB:  Każdy z nas ma swoje pomysły - reszta pomaga je zrealizować. Nigdy jednak  nie zostawiamy nikogo z własnym projektem sam na sam.

MP:  W ciągu czterech lat pracy zdążyliście się do siebie przyzwyczaić czy nadal się docieracie?

KM:  Często nie ma między nami pełnej zgody i to jest normalne. Trzeba się spierać i dyskutować, żeby dojść do muzycznego porozumienia. Ale jesteśmy ze sobą bardzo blisko, dobrze się znamy i wiemy, czego możemy od siebie oczekiwać.

MP:  Moim zdaniem Wasze interpretacje brzmią bardzo energetycznie, zadziornie, ujmują słuchacza soczystym dźwiękiem. Grane są charakterystycznie i trochę „pod włos”.

WK:  Co to znaczy?

MP:  To znaczy, że przykładowo Kwartet smyczkowy G-dur KV 387 Mozarta nie jest przez Was na koncercie zagrany „bezkolizyjnie”. Nie ma w nim tradycyjnie pojmowanej homogeniczności brzmienia, jednolicie prowadzonych, długich i gładko płynących fraz. Gdy się śpiewa Mozarta, musi to być „bel canto”. Podobnej płynności można wymagać w interpretacjach instrumentalnych. A u Was najmniejszy motyw zyskuje nowe znaczenie, nabiera w waszej interpretacji nowej wartości. Wyciągacie z najmniejszej frazy jak najwięcej muzyki. Dzięki temu Wasz Mozart jest pulsujący, ekspresyjny, żywiołowy i przez to niekonwencjonalny.

AB:  Taka była specyfika tego kwartetu. Być może żywiołowość to też nasz styl, jednak zawsze staramy się wydobywać z utworu to, co było zamierzeniem kompozytora.

WK:  Zdarza nam się łamać konwenanse, ale nigdy nie chcemy łamać reguł. Na tyle, na ile potrafimy, staramy się podążać za barokowymi czy klasycznymi zasadami wykonawstwa. A dodatkowo ubarwiamy je tym, co czujemy grając tę muzykę.

MB:  Nigdy nie ruszamy w naszej pracy dalej, dopóki wszyscy jednakowo nie odczuwamy charakteru danego miejsca. Nie zawsze trzymamy się też stylistyki, ale dzięki temu nie jesteśmy nią ograniczeni.

KM:  Bo muzyka musi być osobista. Nie chcemy kopiować tego, co zrobiono już wiele razy, tylko po to, by osiągnąćwytyczony regułami ideał. Wzorcem jest wyobrażenie ideału muzycznego, który mamy we własnych głowach.

MP:  Czego szukacie w muzyce?

AB:  Przede wszystkim emocji.

MP:  A czego wykonując muzykę wymagacie od siebie?

WK:  Tolerancji. Kwartet stał się dla nas szkołą życia. Naprawdę trudno jest dawać w pracy całego siebie, wierząc mocno w swoją wizję i jednocześnie pozostawić dodatkową przestrzeń dla pomysłów pozostałej trójki.

KM:  Ważne są też pomysłowość, otwarcie serca i zaangażowanie. Granie któregokolwiek z nas w innej grupie nie ma już chyba prawa się udać - mogłoby to zburzyć strukturę zespołu, nad którą ciężko pracujemy.
Obecnie pracujecie też nad kolejną edycją festiwalu „Q’arto Mondi”. Ruszy w kwietniu?

AB:  Planowo tak, ale mamy problem z budżetem. Od Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego nie dostaliśmy w tym roku dofinansowania. Czekamy jeszcze na decyzje Marszałka Województwa Wielkopolskiego i władz Miasta Poznania.

KM:  Bardzo duże środki zostały przeznaczone na organizowanie EURO 2012. A ponieważ nie jesteśmy festiwalem z długoletnią tradycją, mamy problem ze zdobyciem pieniędzy - nawet pomimo wcześniejszych sukcesów i znakomitych gości, których planujemy zaprosić w tym roku.

MP:  Kto to będzie?

AB:  Podczas inauguracji zagramy wspólnie z naszymi mentorami - Eckartem Runge i Friedemannem Weigle z Artemis Quartet. Będzie to koncert z cyklu MecCorrespondances – tym razem poświęcony twórczości Johannesa Brahmsa. W planie mamy też m.in. projekt z muzyką Astora Piazzolli w wykonaniu Eckarta Rungego i pianisty Jacquesa Ammona, występ doskonale znanej publiczności Grupy MoCarta, a także koncerty czeskiego kwartetu Bennewitz  oraz słynnego Leipziger Streichquartett.

MP:  Gdy dwa lata temu ruszał „Q’arto Mondi”, Michał w rozmowie ze mną przyznał, że muzyka kameralna jest sztuką elitarną, a publiczność trzeba do niej przyzwyczaić. Coś się w tej kwestii zmieniło?

MB:  W kwestii elitarności muzyki kameralnej nic się nie zmieniło. Moim zdaniem kwartet smyczkowy op.135 Ludwiga van Beethovena oraz kwintet smyczkowy C-dur D956 Franza Schuberta nie zostały napisane przypadkowo jako ostatnie dzieła w muzycznej spuściźnie obu kompozytorów.

KM:  Ale nadal najważniejszą częścią naszej pracy i bycia muzykiem jest pokazywanie  tych utworów publiczności. Dlatego nieustannie zapraszamy na nasze koncerty.

Opublikowano: 2012-02-18

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 265