Unia Europejska Ekonomia kultury Dotacje

"Polacy już dawno wyprzedzili swoje państwo" – wywiad z Andrzejem Sadowskim

Marzena Mikosz

polacy-juz-dawno-wyprzedzili-swoje-panstwo-wywiad-z-andrzejem-sadowskim
Andrzej Sadowski

Andrzej Sadowski – założyciel i prezydent Centrum im. Adama Smitha – Pierwszego Niezależnego Instytutu w Polsce (1989), jeden z założycieli Zespołu Badań nad Myślą Konserwatywną i Liberalną na Uniwersytecie Warszawskim (1984-1989). Współzałożyciel i członek zarządu Towarzystwa Gospodarczego w Warszawie (1986–1989). Współzałożyciel wraz z Mirosławem Dzielskim i Aleksandrem Paszyńskim i członek zarządu Akcji Gospodarczej (1988-1989). Jeden z założycieli (1996) i członek Zarządu Transparency International Polska (do 2003). Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP (2009-2010). Członek Rady Naukowej Ośrodka Badań nad Przedsiębiorczością Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiębiorczości (2009-) W 2014 roku odznaczony przez Prezydenta RP Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za propagowanie przedsiębiorczości. Członek Narodowej Rady Rozwoju przy Prezydencie RP (2015-).

Centrum im. Adama Smitha – Pierwszy Niezależny Instytut w Polsce od 1989 roku, promujący idee i rozwiązania wolnego rynku. Swoją aktywność CAS koncentruje na prowadzeniu badań, edukacji i tworzeniu ustawowych rozwiązań systemowych.

 --------------------

Marzena Mikosz: Zacznijmy naszą rozmowę od oceny obecnej sytuacji. Mamy połowę listopada, a programy Ministra Kultury na rok 2018, z których mają korzystać również instytucje publiczne, nie są jeszcze rozpisane.

Andrzej Sadowski: To nie jest kwestia wyłącznie obszaru kultury, ale źle funkcjonującego państwa jako całości. Skoro można źle albo po czasie rozpisywać przetargi na budowę autostrad, to nic nie stoi na przeszkodzie, aby tak samo traktować kulturę, czy jakiekolwiek inne obszary, gdzie odpowiedzialność polityków i urzędników za powierzone im zadania jest bliska zeru. 

M.M.: Brak odpowiedzialności i marnotrawstwo czasu?

A.S.: Przede wszystkim chodzi o czas. Bo pieniądze jakoś można odzyskać, ale czasu nie. Widać to dobrze w innych obszarach, którymi zajmuję się na co dzień. Często przegrywamy o czas, który nie został właściwie wykorzystany we właściwym momencie.  

M.M.: W większości krajów europejskich strategie, budżety, w tym też dla kultury, są planowane na kilka lat do przodu. Działanie przed czasem, a nie po czasie?

A.S.: Skoro wyjątkowa wartość czasu nie jest oszacowana, to on nie istnieje w działaniu. Stąd cała administracja działa tak, aby podejmować decyzje w ostatnim momencie terminu, jaki ustawodawca sobie przyjął. A i te terminy są przedłużane kolejnymi nadzwyczajnymi decyzjami. Można niestety powiedzieć, że jest to standard. Tutaj kultura nie jest dyskryminowana w żaden sposób, tylko tak funkcjonuje państwo polskie w rok przed stuleciem odzyskania niepodległości. 

M.M.: Tu pojawia się kolejny problem: relacji, w której urzędnik stoi wyżej od petenta. 

A.S.: Nie stoi wyżej, ale w praktyce nie jest to państwo obywateli, tylko urzędników, tak jak było w PRL-u. Mój pogląd nie jest ideologiczny, mogę odwołać się do źródeł naukowych. Obywatele nie mają praktycznie żadnej kontroli nad administracją. Nie ma ani realnej, ani deklaratywnej kontroli nad urzędnikami. Stąd wynika postawienie urzędnika ponad obywatelem i danie mu arbitralnej władzy, z którą nawet sądowo trudno jest walczyć. Oczywiście w Polsce są procesy wygrywane po latach o nieprzyznaną dotację, na cel kulturalny lub jakikolwiek inny, gdzie urzędnicy podejmowali arbitralne decyzje, sprzeczne zazwyczaj z obiektywnymi, określonymi przez Unię Europejską kryteriami. Skoro nie zmieniono instytucji państwa i procedur, to dlaczego miałoby być inaczej niż dotychczas?

M.M.: Czyli zasada partnerstwa nie istnieje?

A.S.: Wszyscy się powołują na partnerstwo, które jest modne. Dużo jest różnych dokumentów – rządowych, międzynarodowych – o partnerstwie. Nie jest to natomiast zasada wewnętrznego prawa polskiego powszechnie stosowana na co dzień. 

M.M.: Jak w takim razie rozumie Pan powstanie Narodowego Instytutu Wolności, który ma zarządzać dotacjami dla organizacji społecznych? Czy nie jest to kolejny stopień w hierarchii pomiędzy rządem a obywatelem?

A.S.: W państwie polskim na szczeblu krajowym już obowiązuje ok. pół tysiąca strategii narodowych. W praktyce oznacza to, że nie ma żadnej strategii. Skoro nie wiadomo, który kierunek jest najważniejszy, to urzędy będą funkcjonować tak, jak funkcjonowały. To, że zostanie wyodrębniony jakiś urząd do rozdawania dotacji, nie zmieni obecnej sytuacji. Nadal będą one rozdawane według bieżącego uznania polityków i urzędników, nawet jeśli będą oficjalne kryteria. Obecnie trwają przygotowania do stulecia odzyskania niepodległości. Został przyjęty priorytet z budżetem na setki milionów złotych dla projektów uświetniających rocznicę. W tym przypadku cel i kryteria są dość jednoznaczne. Warto przypomnieć, że co do zasady organizacje obywatelskie są sprawniejsze w realizacji zadań publicznych niż sama administracja, co zauważalnie widać w świadczeniu pomocy społecznej. Biurokracja pracuje do 16:00, a pomocy potrzebują ludzie też po tej godzinie. Co oznacza urzędowanie do 16:00 pokazał przykład ostatniej nawałnicy [z sierpnia 2017 r – przyp.red.]. Nawałnica zaczęła się zbliżać po godzinach pracy urzędów i nikt już nie ostrzegał obywateli, że zbliża się zagrożenie i za chwilę dojdzie do tragedii, która się zdarzyła. 

M.M.: Tak, to rzeczywiście jeden z najbardziej drastycznych przykładów. Na co dzień nie jest to może tak tragiczne w skutkach, ale wpływa np. na rytm pracy. Aby załatwić jakąś sprawę administracyjną, należy się zwolnić z pracy.

A.S.: To pokazuje, że role powinny być odwrócone. Paradoksem jest podawanie danych, ile budżet traci na absencji w pracy z powodu choroby, ale nie podaje się, ile tracimy my, jako obywatele, z powodu bezpłatnych urlopów na żądanie, aby załatwić tzw. sprawę urzędową. To jest trwające od czasów PRL nieustające marnotrawstwo czasu i ludzkiej energii.

M.M.: I znów rozmawiamy o czasie. Ale wróćmy do kultury. Jak Pan określiłby rolę kultury, zarówno tej powszechnej: architektury, street artu, jak i tej wymagającej jakiejś wiedzy? Jaka jest jej rola w społeczeństwie, w państwie, w budowaniu marki, również marki Polska?

A.S.: Jako jeden ze składników naszego życia, jak w powietrzu, którym oddychamy. Kultura powinna być czymś podobnym, czym codziennie oddychamy. Oczywiście są miejsca na świecie, gdzie oddycha się rozrzedzonym powietrzem, ale wtedy wolniej się poruszamy, mamy zaburzenia koncentracji i równowagi. Kiedy jednego składnika nie ma, oddychanie jest utrudnione. Podobnie jest w przypadku braku kultury, gdyby jej nie było, albo gdyby była w ilościach tylko śladowych. 

M.M.: Jak więc można by zacząć budowanie w Polsce mecenatu państwowo-prywatnego? Czy jego budowanie w ogóle ma sens? 

A.S.: Co do mecenatu państwowego, to powinien być on ściśle zdefiniowany, dotyczyć zasobów historycznych, kilku teatrów, oper, muzeów, które mają status narodowy. Cała zaś reszta jest już przedmiotem aktywności obywateli. Moje obserwacje z rynku sztuki w Polsce pokazują, że znani mi malarze nie szukają jakiegokolwiek mecenatu państwowego. Powstały w Polsce znaczące kolekcje polskiej sztuki współczesnej, finansowane wyłącznie przez zamożnych Polaków. 

M.M.: Przykładem może być tu najsłynniejsza chyba kolekcja Grażyny Kulczyk. A na powszechnym poziomie ubiegłoroczna akcja crowdfundingowa, zorganizowana z sukcesem przez Towarzystwo Zachęta. 

A.S.: Proszę zwrócić uwagę, że ludzie dekorują swoje mieszkania sztuką. Nawet jeśli ona ma charakter „kserograficzny”, jak gotowe reprodukcje z IKEA. Mamy zakodowane poczucie piękna, które sprowadza się do tego, aby przestrzeń, która nas otacza, była wypełniona jakimś rodzajem sztuki. I nawet w tej IKEA są zdjęcia, plakaty czy obrazy, które są reprodukcjami kanonu światowej sztuki.

M.M.: Oznacza to, że sztuka w ogóle jest potrzebą, a nie luksusem. Bo jakim luksusem mogło być wkładanie płatków kwiatów do grobów neandertalczyka czy zdobienie ścian jaskiń Lascaux? 

A.S.: To jest w naszym DNA.

M.M.: Czy w takim razie rolą organizacji pozarządowych nie jest stymulowanie takich zachowań i rozwijanie ich?

A.S.: Termin „organizacje pozarządowe” to zafałszowany język. Wprowadza podział, jak w PRL-u, na „my” i „oni”, jakby władza nie pochodziła od obywateli. Nazwałbym je organizacjami obywatelskimi. W normalnym kraju mają nieograniczone możliwości, jak np. w Stanach Zjednoczonych, gdzie nikt się nie zastanawia, jaka jest rola tych organizacji, bo to jest element życia wolnego społeczeństwa. W Europie zaś mamy niekończące się dyskusje, które są ciągłym „odkrywaniem na nowo Ameryki“. Skala aktywności organizacji jest związana z poziomem wolności działania i przeznaczania pieniędzy na te działania, które sami obywatele – a nie politycy i urzędnicy – uważają za słuszne.

M.M.: Przez wiele lat uczestniczyłam w pisaniu wniosków, składania podań o dotację, dofinansowanie, współpracowałam z organizacjami społecznymi i widzę, że są one bierne i ograniczone finansowo tylko do otrzymywania dotacji państwowych lub samorządowych. Jest to dość powszechny problem.

A.S.: Skoro rządy rozdają money for nothing, to nic zaskakującego w tym, że powstają organizacje wyspecjalizowane w ich przechwytywaniu. „Mamy wspaniałe plany, ale nie otrzymaliśmy dotacji”, która wyznacza sens jakiejkolwiek aktywności. Jako Centrum bardzo sporadycznie korzystamy z grantów rządowych czy unijnych, nauczeni bardzo różnymi doświadczeniami. Staramy się dawać sobie radę i realizować te cele, które uważamy za słuszne. A jak uważamy je za słuszne, to staramy się pozyskać na to środki. 

Niestety mamy do czynienia z całym przemysłem przerabiania pieniędzy podatników, dla zmylenia nazwanych publicznymi. Wymyśla się cele, które akurat są najbardziej chwytliwe medialnie i które realizują jakieś zapotrzebowanie polityczne danej władzy. A jako że zmieniają się rządy, zmieniają się również preferencje tych rządów. Stąd mamy takie przykłady, kiedy ta sama fundacja, w ciągu dwóch kadencji rządu, mogła zajmować się projektami „z zupełnie innej beczki”, jak u Monty Pythona. Misją jest „uszlachetnianie celem” pieniędzy. Tak się dzieje, kiedy tak duże fundusze, nawet jak na polskie warunki, są do rozdania. KE podaje, że największym beneficjentem tzw. funduszy europejskich we Włoszech są mafie, które zatrudniają najlepszych fachowców w Europie od tzw. pozyskiwania grantów.  

Jako Centrum zrobiliśmy na zlecenie jednego z rządów badania dystrybucji środków unijnych. Okazało się, że wydawane były w niewielkim promieniu od miejsca, gdzie były biura poselskie posłów z aktualnej partii rządzącej.

M.M.: I im bliżej wyborów, tym ta aktywność regionalna polityków jest wyższa?

A.S.: Zawsze. Wtedy więcej pieniędzy rozdaje się na cele rzekomo społeczne, a tak naprawdę służą one pozycjonowaniu ludzi, którzy uzyskali władzę dzięki naszym głosom. Czyli ludzi, którzy zajmują się kupowaniem nas, naszymi własnymi pieniędzmi. 

M.M.: W Imperium Rzymskim było takie powiedzenie dotyczące pracy konsulów: pierwszy rok, aby spłacić długi wyborcze, drugi – aby zarobić dla siebie, trzeci – aby pracować dla lokalnej społeczności. 

A.S.: Tak, dla dobra publicznego. 

M.M.: To może spróbujmy porozmawiać o kulturze na wolnym rynku. Czy w kulturze można kalkulować wynik, zwrot z inwestycji?

A.S.: Oczywiście, jak najbardziej. Cześć wspomnianych wyżej kolekcji powstaje z odruchów serca, ale, tu odwołam się znów do rynku amerykańskiego, czasami są to lepsze lokaty kapitału niż złoto. W czasach wahań kursów, trendów na giełdzie, wzrastają zakupy sztuki na świecie. I to jest uważane za lokatę kapitału. Są też tacy inwestorzy, którzy traktują kolekcjonerstwo jako rzecz samą dla siebie. Chcą po prostu mieć własną kolekcję sztuki. Światowy przykład pana Guggenheima i jego żony, która w pierwszej połowie XX w. zaczęła kolekcjonować niedocenianą wówczas sztukę współczesną, pokazuje, że można coś takiego zrobić.  

M.M.: A od strony artysty, twórcy?

A.S.: Tu niestety mam bardzo niereprezentatywne spojrzenie. Z tego względu, że znany malarz i mój kolega sprzedał ostatnio swój obraz do polskiej kolekcji prywatnej za sumę z sześcioma zerami. 

M.M.: Czy jednak nie mamy tutaj do czynienia, podobnie jak w zwykłej firmie, z weryfikacją pomysłu, kreacji przez rynek? A co za tym idzie – oceny: umiejętności, warsztatu, talentu artystów przez potencjalnego klienta, odbiorcę, słuchacza, widza? Być może nie od razu znajdzie się klient gotowy zapłacić milionowe sumy za obraz, ale za jakiś czas kupi jego reprodukcję. 

A.S.: Bez wątpienia tak. Jest w Polsce grupa twórców, która idealnie wpasowała się w rynek i pracuje na potrzeby wyższej klasy średniej, która już interesuje się sztuką jako elementem wypełnienia swoich dużych przestrzeni. Są takie zamówienia, które powstają dosłownie pod wymiar, na konkretną ścianę. I jak każda inna potrzeba, jest ona zaspokajana przez rynek. Jest to rodzaj sztuki użytecznej, robionej na indywidualne zamówienia. I nie jest to nowość. Podczas obrony doktoratu Justyny Napiórkowskiej [wykładowca UW, zajmuje się międzynarodowym rynkiem sztuki i komunikowaniem miedzykulturowym – przyp.red.] padł przykład chłopstwa niderlandzkiego, które się na tyle wzbogaciło, że chłopi zaczęli również kupować obrazy, rzeźby i wyposażać w nie swoje domy. A żeby taki popyt zaspokoić, to produkowano niemalże na masową skalę sztukę do kupienia, jak nie przymierzając dziś w IKEA. Była to rynkowa odpowiedź artystów i rzemieślników na potrzeby bogacącego się społeczeństwa. 

M.M.: Rozmawialiśmy już o potrzebie dekorowania otoczenia, w zależności od możliwości finansowych. Ale żeby coś wiedzieć o kanonach, potrzebna jest edukacja. I potrzebna jest współpraca międzyresortowa, np. ministerstwa kultury z ministerstwem edukacji. Wracając więc do mecenatu państwowego, może być on tworzony w takiej formie, że programy edukacji są tworzone wspólnie.  

A.S.: Dopóki sami zainteresowani, czyli rodzice, nie mają wpływu na programy edukacyjne, a robią to urzędnicy, dopóty efekty będą cały czas takie, jak do tej pory. Niestety w Polsce rodzice zostali pozbawieni prawa do edukacji własnych dzieci i mają tylko dzieci dostarczać. Jako Centrum braliśmy udział w zmianie modelu edukacji. Nie mówię więc tego z perspektywy ideologicznej czy abstrakcyjnej, tylko badawczej. W jednym województwie udało się zmienić model nauczania poprzez przeprowadzenie eksperymentu i zastosować inne proporcje nauczania w części szkół. Ogólnie jednak wracamy do punktu wyjścia, państwo ciągle nie jest kontrolowane przez obywateli, tak jak ma to miejsce w Szwajcarii.  

M.M.: Już słyszę te zarzuty, że w Szwajcarii nie było wojen, komunizmu, itd. Cały czas jako Polacy osadzamy się w naszej skomplikowanej historii i martyrologii. Przeszłości nie jesteśmy w stanie zmienić, ale cały czas jest ona dla nas balastem, który służy usprawiedliwieniu naszej bierności, stałego użalania się nad sobą. Nie potrafimy nawet z obserwacji modelu szwajcarskiego wyciągnąć tego, co dobre dla siebie i budować kraju z myślą o przyszłości, a nie historii.  

A.S.: Czyli potrzeba twórczego zastosowania. To jest, to się dzieje również w Polsce. Ale działa to przede wszystkim w sektorze prywatnym, który musi być konkurencyjny i który musi wygrać z firmą szwajcarską. Wykorzystuje więc nie tylko jej doświadczenia, ale też dokłada nasze własne, i w rezultacie powstaje z tego lepszy model biznesowy, niż gdyby był on oparty na przekopiowaniu szwajcarskiego rozwiązania. Zwłaszcza, że otoczenie polskiej firmy w Polsce nie jest tak komfortowe jak otoczenie przedsiębiorstwa w Szwajcarii. Zawsze będzie konieczność częściowej adaptacji. Ale niestety system w Polsce jest tak formatowany, że ludzie decydujący o świętach narodowych skupiają się na samych smutnych rocznicach i przegranych różnych możliwościach. Można wybierać różne daty. Historię mamy właściwą. Dlaczego świętujemy rocznicę odzyskania niepodległości, zamiast obchodzić rocznicę powstania państwa polskiego, czyli koronację Bolesława Chrobrego? Byłaby znacznie lepsza, od tego momentu de facto powstało polskie państwo.   

Tak też się kształci dzieci w duchu samych prawie porażek i klęsk.

M.M.: Kiedy rozmawiam ze Szwajcarami o Polakach, słyszę komplementy: że jesteśmy dobrze wyedukowani, że mamy szeroką wiedzę, jesteśmy pracowici, zaradni, dobrze się integrujemy. A w Polsce te nasze narodowe cechy gdzieś znikają?

A.S.: Nie, tak nie jest. Nie byłoby dzisiaj tego względnego dobrobytu, gdyby Polacy właśnie nie byli pracowici, gdyby nie pracowali czasami na dwa etaty. Tylko że w złym systemie część tej pracy jest niweczona. Dlatego, tak jak mówiliśmy na początku, człowiek musi się zwalniać z pracy, żeby w godzinach urzędowania załatwić jakąś drobną sprawę. Kiedy jeden z polskich ambasadorów dostał zlecenie z MSZ, aby w kraju, w którym pracował, pojechać do fabryki zatrudniającej najwięcej Polaków, miał ich zapytać, pod jakimi warunkami byliby gotowi wrócić do kraju. Jego rozmówcy byli w stanie zaakceptować nawet niższe wynagrodzenie. Ale jednego ci prości ludzie, robotnicy, nie byliby w stanie zaakceptować – różnicy w traktowaniu człowieka przez administrację. Podawali przykłady rozwiązywania problemów w obecnym miejscu pracy. Dzwoniąc do urzędu mieli przeznaczonego im urzędnika, mówiącego po polsku. Jeśli była taka potrzeba, ten urzędnik przyjeżdżał do fabryki, wszystko za nich załatwiał, a oni czuli się wreszcie jak ludzie. Bo w Polsce, w urzędach traktowano ich jak przysłowiowe bydło. 

M.M.: Cały czas mamy w języku polskim słowo „petent”.

A.S.: No właśnie. I język, i przepisy, i prawo mamy wciąż jeszcze z PRL-u. Gdzie obywatel był na pozycji petenta wobec jakiegokolwiek urzędu państwowego. Tylko że wtedy był to kult państwa, w warunkach państwa totalitarnego. Dzisiaj ten kult państwa urzędnika, a nie obywatela, w warunkach państwa demokratycznego pozostał niezmieniony. 

M.M.: Cały ten system relacji przenosimy do naszego codziennego życia. Stąd też organizacje społeczne, obywatelskie muszą się odnaleźć w hieratycznej strukturze. 

A.S.: Ludzie po prostu jednoczą się dla osiągnięcia określonych przez siebie celów. Kochają coś robić wspólnie i w taki czy inny sposób chcą to zrealizować. To jest też element naturalnej potrzeby, oprócz kultury, dla człowieka, tej bardziej pierwotnej – wolności. Wolność jest przed kulturą. Z wolności wynika później wolność tworzenia i kultura, i przestrzeń, którą ludzie chcą sobie jakoś sami stworzyć. W Polsce, moim zdaniem, wygląda to coraz lepiej. Aktywności lokalne, których nie widać z poziomu Warszawy, a tym bardziej Szwajcarii, pokazują, że ludzie zaczynają się, najzwyczajniej w świecie, po prostu buntować przeciwko tyranii status quo, która jest od lat i wyraża się w zachowaniach polityków, że „nic nie da się zrobić”. 

M.M.: Powiał lekki wiatr optymizmu. Mam jeszcze jeden dobry przykład. Kilka miesięcy temu powstał projekt Polish Symphony Orchestra. Powstał aby zaspokoić potrzebę klienta, a dokładniej chińskiej klasy średniej. Zespół budowany jest w Polsce, z laureatów licznych polskich konkursów muzycznych i promuje polską muzykę, chociaż na terenie Chin. Nie prosili o dotacje państwowe, realizują zamówienie klienta, który jest zadowolony.

A.S.: Z bardzo prostego powodu, tak jak mi mówią dzisiaj przedsiębiorcy, że odwołam się do swojego pola. Kiedy pytam, dlaczego nie biorą pieniędzy z różnych grantów rządowych, odpowiadają: proszę pana, to dłużej trwa, a jak mam gotowy projekt, idę do banku, dostaję pieniądze w kilka tygodni i rozpoczynam działalność. Nie mam czasu, aby poświęcić rok na załatwienie dotacji z ministerstwa czy innego urzędu. Czyli znów czas. 

Tak więc gdyby ten projekt z orkiestrą był oparty na tym, że kiedy klient już teraz chce zaprosić i zorganizować koncert, najpierw ktoś by pisał wniosek, zostałby zablokowany. A ten przykład pokazuje, że jest rynek na sztukę, również w Chinach.  

M.M.: Tym bardziej w okresie powszechnej globalizacji.

A.S.: Oczywiście. Dobry, obojgu nam znany, przykład Galerii Katarzyny Napiórkowskiej, ulokowanej w pobliżu hotelu InterContinental w Warszawie, którego klienci niejako „po drodze” kupują obraz polskiego artysty. 

M.M.: Podsumowując: ma Pan jakieś wskazówki dla organizacji obywatelskich?

A.S.: Nie uzależniać się od pieniędzy rządowych, które są pieniędzmi politycznie znaczonymi, uznaniowymi i arbitralnymi, a nie przyznawanymi po prostu. Jeśli ma się cel, w który się wierzy, to można go zrealizować i sprawniej, i szybciej na rynku niż wydeptując korytarze urzędu. A na pewno ich zdobycie nie powinno być głównym obszarem działalności organizacji.


Spis treści numeru Kto płaci kulturze?

Meandry

Marzena Mikosz, Kto płaci kulturze?

Felietony

Marzena Mikosz, III strefa Kultury

Maciej Młynarski, Wychowanie do piękna, czyli czym jest kultura

Wywiady

Marzena Mikosz, "Polacy już dawno wyprzedzili swoje państwo" – wywiad z Andrzejem Sadowskim

Marzena Mikosz, Instrukcja obsługi sponsora. Wywiad z Ewą Łabno-Falęcką

Recenzje

Redakcja, Polskie platformy crowdfundingowe

Weronika Julia Gryczkowska, Co daje storytelling?

Publikacje

B. Fatyga, J.A. Bakulińska i in. [opracowanie: A.Bliźniuk], Projekt autoewaluacji i ewaluacji programów Ministra Kultury. Raport z badań. Propozycja metod i narzędzi - streszczenie

B. Fatyga, M. Dutkiewicz, P. Tomanek, [opracowanie: A. Bliźniuk], „Kultura pod chmurnym niebem”. Dynamiczna diagnoza stanu kultury województwa warmińsko-mazurskiego - streszczenie raportu

Edukatornia

Marcin Teodorczyk, Współpraca organizacji pozarządowych z otoczeniem

Krzysztof Obłój, Muzeum Łazienki Królewskie w Warszawie – tworzenie i wdrażanie strategii organizacji

Kosmopolita 

Jędrzej Gulczyński, Mecenat prywatny w Anglii

Sebastian Uszyński, Marzena Mikosz, Finansowanie kultury w Szwajcarii

Rekomendacje

Jerzy Mikosz, "Strategia organizacji" Krzysztofa Obłoja 

Anna Chorzępa, Zarządzanie kulturą. Studia na Uniwersytecie Jagiellońskim


Opublikowano: 2017-12-02

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 263