Muzyka popularna Muzyka elektroniczna Muzyka wokalna

"Sami jeszcze nie wiemy, jaką ewolucję przejdzie nasza muzyka". Rozmowa z zespołem Me Myself & I

Aleksandra Masłowska, Karolina Kizińska

sami-jeszcze-nie-wiemy-jaka-ewolucje-przejdzie-nasza-muzyka-rozmowa-z-zespolem-me-myself-i
fot. Marcin Twardowski, źródło: oficjalna strona zespołu

Me Myself and I to polski duet wokalny, reprezentujący muzykę kontrolowaną głosem. W świadomości polskich słuchaczy zaistnieli dzięki trzeciej edycji popularnego programu Mam talent, w której zajęli czwarte miejsce. Dotychczas wydali dwa albumy: Takadum (2011) i Do Not Cover (2012). O istocie muzyki wokalnej i jej miejscu w polskim showbiznesie, edukacji muzycznej oraz planach na przyszłość MEAKULTURZE opowiadają Magdalena Pasierska i Michał Majeran z zespołu Me, Myself & I.

Karolina Kizińska: Skąd w dobie popularności muzyki elektronicznej pomysł na założenie grupy wokalnej? Na zasadzie przeciwieństwa? Czy inspirowaliście się (poza polskim Novi Singers) zagranicznymi przedstawicielami wokalistyki?

Magdalena Pasierska: Nasze drogi muzyczne od zawsze były oparte na instrumencie, jakim jest głos, zatem niezależnie od tego, co dzieje się w muzyce stylistycznie, naturalną była chęć śpiewania razem, co zaowocowało powstaniem zespołu.

Michał Majeran: Na początku niczym się właściwie nie inspirowaliśmy. Mieliśmy po prostu taki pomysł i staraliśmy się go zrealizować. Dopiero później zaczęliśmy odkrywać, że wokół nas jest - i było - więcej takich zespołów.

Aleksandra Masłowska: Mówi się, że głos to najdoskonalszy instrument… w  waszych kompozycjach słychać ponadto inspiracje muzyką świata, muzyką taneczną, lecz także nawiązania do muzyki poważnej. Czy określilibyście w związku z tym waszą twórczość jako uniwersalną, dla każdego?

MP: Dokładnie. Głos i śpiew są takim uniwersalnym przekaźnikiem emocji, jakieś historii o tym, kto śpiewa… Nasza muzyka jest dla wszystkich.

MM: Myślę, że tak właśnie jest. Zresztą prawie każda, nawet bardzo trudna muzyka potencjalnie może być przyjęta przez wszystkich. To jest raczej pytanie na ile słuchacz jest gotowy, żeby otworzyć się na nowe doświadczenie.

                                             

AM: W jaki sposób komponujecie? Sukcesywnie dodajecie kolejne elementy do istniejącej wcześniej melodii, samplujecie, improwizujecie?

MP: Jest i tak, i tak. Czasami jedna osoba przynosi gotowy skomponowany utwór, a czasami rodzi się on na próbach, podczas wspólnego jamu.

MM: Generalnie rozwijamy jakiś cząstkowy pomysł. Może to być temat, jakiś rodzaj rytmu bądź harmonii, albo już wszystko razem. Z motywów budujemy zdania, ze zdań frazę - jak to w muzyce. Potem zmieniamy to jeszcze na etapie aranżacji.

AM: Wasz manifest to piękno, forma i treść. Czy piękno to dla was głównie muzyka a capella?

MP: A skąd ten manifest się wziął? Naszym jedynym manifestem dotychczas jest DO NOT COVER - tytuł naszej ostatniej płyty. W środku można przeczytać, o co w nim dokładnie chodzi.

MM: Piękno to dla mnie to, co odbieram jako piękne. Nie znajduję w tym jednak reguły… czasami zachwyca mnie czysty głos, a czasami vocoder.

KK: Oboje posiadacie wykształcenie muzyczne. W czym pomogła wam wcześniejsza edukacja? Czy determinuje wasze dzisiejsze wybory artystyczne?

MP: Na pewno! Edukacja muzyczna wiele porządkuje - daje obiektywne narzędzia, dzięki którym można działać.

MM: Edukacja, zwłaszcza ta początkowa, pomaga w uporządkowaniu muzyki. Muzyka to w końcu fizyczne zjawisko - dźwięk uporządkowany w czasie. Myślę jednak, że zbyt długa edukacja muzyczna bardziej przeszkadza, niż pomaga. Wystarczą dobrze ugruntowane podstawy - potem można uczyć się w miarę tworzenia.

AM: W "Mam talent" wykonaliście słynny Mazurek F-dur Fryderyka Chopina - ten sam, który przed lato pioniersko w aranżacji wokalnej wykonywał zespół Novi Singers. Magda, powiedziałaś kiedyś: "Nagraliśmy cztery utwory do projektu, który koniec końców nie wypalił. Został nam z tego Mazurek, który wykonujemy na żywo. A szkoda, bo projekt miał przypomnieć o fantastycznym zjawisku, które zaistniało kiedyś w polskim jazzie i wokalistyce, Novi Singers, którzy nagrali płytę z wokalnymi wersjami Chopina. W bloku wschodni byli absolutnymi rodzynkami. Ale organizatorzy trasy nalegali, żebyśmy dokładnie odtworzyli wykonania Novi Singers, a my chcieliśmy wykonać własną interpretację"[2]. Na ile więc wersja zaprezentowana w "Mam talent" była tą wersją oryginalną, a ile tam było wzorowania się na harmonizacji Novi Singers?

MP: No to musicie posłuchać Novi Singers i samemu ocenić, jak blisko nich jesteśmy i czy  też w ogóle nie mamy z nimi nic wspólnego estetycznie. De facto, w mojej cytowanej  wypowiedzi już jest na to odpowiedź - zaproponowaliśmy swoją indywidualną wizję Chopina...

MM: Zarówno w przypadku Novi Singers, jak i w naszym, trudno mówić o harmonizacji. Jest to praktycznie mazurek Chopina, tyle, że zwokalizowany. To bardzo charakterystyczne dla Chopina, że miewa on gotowe, bardzo "chóralne" harmonie. My oprócz tego dodaliśmy jeszcze "swoją" część inspirowaną muzyką ludową oraz część stylizowaną na rock.

                                             

Mazurek F-dur w interpretacji Me Myself and I

                                             

Mazurek F-dur w interpretacji Novi Singers

KK: Czy macie pomysły na nowe aranżacje utworów Chopina lub innych kompozytorów muzyki poważnej? Może nawet  na całą płytę?

MP: Będziemy pracować nad całą płytą poświęconą Chopinowi.

MM: … ale to będzie niespodzianka.

AM: Scat to nieodłączny element muzyki jazzowej i soulu. W waszej muzyce nie stanowi jedynie dodatku, a sedno! Onomatopeje, glosalia, neologizmy… planujecie częściej wprowadzać słowo do waszych kompozycji?

MP: Ono się pojawia, nawet całe zdanie! W utworze Murd… resztę zostawiam do odszyfrowania słuchaczom. Scat, zgłoski i wszelkie onomatopeje są rodzajem artykulacji, która świetnie potrafi artykułować muzykę. Język traktowaliśmy zawsze właśnie tak - instrumentalnie, a nie ideologicznie. Scat jest jedynym środkiem artykulacyjnym. Jeżeli będziemy uważać, że słowo jest jedynym najpiękniejszym według nas sposobem wyrażania naszej muzyki, użyjemy go, wprowadzimy.

                                             



MM: Planujemy. Chcielibyśmy się jednak do tego poważniej przygotować. Nie zadowoli nas wzięcie byle tekstu i po prostu zaśpiewanie go… Drażni mnie dość powszechna banalizacja tekstów. Bliższe jest mi podejście klasyczne, gdzie poezja jest silnie związana z muzyką i na równych prawach uczestniczy w przekazie.

AM: Wasza kompozycja "Sou Au" znana z "Wiedźmina" trafia do rzeszy polskich domów za pośrednictwem spotu reklamowego Dolnego Śląska. "Takadum" reklamuje zaś "Goplanę". Wynika z tego, że nie jesteście przeciwni komercyjnemu eksploatowaniu muzyki?

                                             



MP: Tak, nie ma to najmniejszego życiowego sensu - jedynie ideologiczny. Przede wszystkim, nie ma żadnej ujmy w tym, że coś staje się masowe i zarabia się na tym. Prawdopodobnie jest to wielopłaszczyznowy sukces.

MM: Nie jesteśmy. Jesteśmy muzykami. Żyjemy z muzyki. Sprzedajemy ją. Zdaje się zresztą, że i w filharmonii sprzedaje się muzykę…

KK: A czy zdarza się sytuacja odwrotna, że tworzycie muzykę na zamówienie? Czy jeśli nasza Fundacja MEAKULTURA zdobędzie odpowiednie fundusze, zechcecie stworzyć czołówkę dla reklamy tej organizacji?

MP: Jeśli tylko będziemy uważali, że ma to dla nas artystyczno-ideologiczno-finansowy sens, to dlaczego nie. Fundusze nie są jedyną sposobnością do tego, abyśmy zaangażowali się w pracę.

MM: Oczywiście. Nie ma problemu. Jeśli tylko będzie nam po drodze, to czemu nie? Tworzymy też na zamówienie. Tak właśnie powstała muzyka do Wiedźmina.

AM: Czy Me Myself & I tworzy więc nową muzyką rozrywkową? Medialną, ale wciąż ambitną i złożoną?

MP: Tak, w jakimś sensie myślę, że możemy się zaliczyć do tego rodzaju muzyki. Kiedyś było tak w Polsce, kiedy polską rozrywkę tworzyli Niemen, Jędrusik, Demarczyk.

MM: Mamy nadzieję, że tak. Jest jednak wokół więcej takiej muzyki, np. Sting - muzyka popularna, ale na poziomie. A Mozart? Chyba też!

KK: Czego możemy spodziewać się po Me, Myself & I w przyszłości? Może współpracy z hip-hopowcami?

MP: W przyszłości Chopin - to już zaplanowane. A potem… myślę że sami jeszcze nie wiemy, jaką ewolucję przeżyje nasza muzyka.

MM: Mamy sporo planów. Trasy koncertowe, nowe płyty. Jesteśmy też otwarci na współpracę i różne nietypowe przedsięwzięcia.

AM: Michał, muzykę studiowałeś zarówno w Polsce (Akademia Muzyczna we Wrocławiu), jak i za granicą (Royal College od Music w Londynie), gdzie odebrałeś klasyczne wykształcenie wokalne. Jak możesz porównać oba systemy edukacyjne? Co dała Ci uczelnia polska, a co brytyjska? Czym się różnią?

MM: To temat rzeka! Zagraniczna uczelnia, niestety, bardzo szybko pokazała mi, że w polskiej zmarnowałem mnóstwo czasu. Zresztą, w ogóle uważam, że najważniejszą z moich szkół była Szkoła Muzyczna II st. im. Ryszarda Bukowskiego we Wrocławiu. To ona mnie okrzesała i uporządkowała moje myślenie o muzyce. W porównaniu z nią, poziom przedmiotów teoretycznych (poza pewnymi wyjątkami) okazał się być na żenująco niskim poziomie - zarówno merytorycznym, jak i dydaktycznym. Jak już wspomniałem wcześniej, jestem gorącym przeciwnikiem długotrwałej, instytucjonalnej edukacji muzycznej. Wystarczą maksymalnie trzy lata. Muzyka to rzemiosło. Uczysz się przez słuchanie, obserwację, kontakt z mistrzem, a potem ćwiczenie. Polska uczelnia muzyczna zdecydowanie w tym przeszkadza.

AM: Podczas pobytu w Wielkiej Brytanii podejmowałeś się wielu związanych z muzyką inicjatyw - pracowałeś jako muzyk sesyjny, manager, śpiewak operowy, technik dźwięku. Czy brytyjski przemysł muzyczny to wobec tego przyjazne miejsce dla młodego, rozwijającego się muzyka?

MM: Przemysł, niezależnie jaki, zawsze jest przyjazny wobec specjalisty, na którego akurat jest zapotrzebowanie. Może to być tenor, a może być biochemik. Rzecz w tym, żeby być elastycznym, żeby umieć się odnaleźć i być z tego powodu szczęśliwym.

KK: Dlaczego postanowiłeś tutaj wrócić? Łatwiej jest zaistnieć w swoim kraju?

MM: Wróciłem, bo mam wielki sentyment do Polski. Do Wrocławia. Zresztą, wyjechałem przecież tylko na studia. Chciałem też rozwijać swoje projekty autorskie, komponować, produkować muzykę. Do tego nie trzeba mieszkać w Londynie, zwłaszcza dzisiaj. Wielomilionowe metropolie mają zresztą w sobie coś przygnębiającego. Jakąś samotność.

AM: Magdalena, pomimo sporego doświadczenia scenicznego systematycznie uczestniczysz w warsztatach wokalnych. Prowadziłaś także własne studium we Wrocławiu. Jakie korzyści, oprócz poszerzania umiejętności technicznych, niesie ze sobą uczestnictwo w takich spotkaniach?

MP: Myślę, że zdobywanie szerokiego, różnorodnego doświadczenia jest najlepsze. Uczestnictwo w takich warsztatach może stworzyć nam nowy aspekt w rozumieniu muzyki, którą mamy w środku, zrozumienie siebie. Warto szukać i próbować w różnych stylach i gatunkach, warto słuchać różnej, dobrej muzyki.

AM: Jaką rolę w tworzeniu końcowych projektów odgrywa praca ze sprzętem? Czy wykorzystujecie np. procesory wokalne czy harmonizery?

MP: Tak, jest to jedna z zasad tworzenia tej muzyki. Przetwarzamy głos i beatbox. Jest to ważne założenie formalne, ponieważ potrafi znacznie kształtować aranżację. Dzięki harmonizerom śpiewamy niezliczoną ilością głosów w chórach, tworzymy basy. To nas nie ogranicza, wręcz inspiruje.

MM: Ta praca odgrywa olbrzymią rolę. Mamy zresztą problem z tym, jak to publiczności przekazać. Duża część naszej muzyki opiera się właśnie na sprzęcie. Bez niego nie dałoby się np. "śpiewać chórami". Praca ze sprzętem to nieodłączny element, pochłaniający mnóstwo czasu.

KK: Na waszej stronie funkcjonujecie jako duet, choć w świadomości fanów jesteście tercetem. Dlaczego nie stworzycie stałego składu z jednym beatboxerem?

MP: Jest tak, ponieważ mamy takie założenie, poparte doświadczeniem. Nie udało się nam nawiązać, pomimo długich prób, ciągłej, zespołowej współpracy z żadnym beatboxerem. Wynika to z podejścia do muzyka do zawodu, braku czasu przez beatboxerów. Dlatego postanowiliśmy się nie ograniczać i okazało się to dobrym rozwiązaniem, które de facto wzbogaciło naszą muzykę.

MM: Po latach nieudanych prób stworzenia stałego składu z jednym beatboxerem poddaliśmy się i przyjęliśmy formułę "dwa plus jeden", czyli pracy z muzykiem sesyjnym. Powody są złożone i inne w każdym przypadku. Paradoksalnie, od dłuższego czasu śpiewamy z rewelacyjnym, młodym beatboxerem Gizmo, który już stał się bardzo ważną dla nas osobą. Zapowiada się współpraca na dłużej!
-------------------------------

[1] http://www.vice.com/pl/read/muzyczna-kuchnia-fusion-wywiad-z-me-myself-and-i

Opublikowano: 2013-07-20

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 262