OD REDAKCJI: Poniższy artykuł powstał w ramach Programu Mentoring Dziennikarski 2024/2025 organizowanego przez Fundację MEAKULTURA, dlatego niektóre z inicjatyw opisanych przez autorkę mogą w tym momencie nie być realizowane/kontynuowane. Publikacja ma na celu ukazanie wysokiej jakości warsztatu pisarskiego autorki oraz owoców jej pracy podczas Programu. Zajęcia odbyły się w siedzibie partnera Fundacji MEAKULTURA – Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. Partnerem programu jest Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.
_____
Mam hipotezę, że rzadko kiedy myślimy o filharmonii inaczej niż przez pryzmat koncertów. Bo i po co? W końcu to świątynia sztuki, miejsce, w którym można się zanurzyć w pięknie muzyki na żywo, spędzić miło wieczór i dostarczyć sobie doznań estetycznych. A gdyby spojrzeć na filharmonię bardzo przyziemnie – jako na budynek użyteczności publicznej?
Na pierwszy plan wysuwają się wówczas inne aspekty obiektu. No właśnie – obiektu. Schody lub ich brak, wejście, hol, winda, szatnia, toalety i wreszcie sala koncertowa. To w skrócie cała droga, którą meloman musi pokonać, żeby dostać się na upragnione miejsce i oddać się muzyce. Czy ta droga przebiegnie bezproblemowo, czy pojawią się schody, to już inna – bardziej złożona – kwestia.
Nie chcąc zostać posądzoną o malkontenctwo, wyjaśniam skąd rzeczone schody i inne przeszkody w moim artykule. W czasie studiów przez dwa lata pracowałam w jednej z polskich filharmonii w dziale obsługi publiczności. Zauważyłam wtedy, że na poziomie architektury budynku jest wiele rzeczy, które słuchaczowi nie ułatwiają życia. Kiedy dodałam do tego perspektywę odwiedzonych przez siebie innych obiektów w Polsce – już jako słuchaczka – zdałam sobie sprawę, że problem jest głębszy, bo mankamenty się powtarzają. Dostrzeżenie go to pierwszy krok do zmian, choć nie nastąpią one od razu. Proponuję przyjrzeć się słabszym rozwiązaniom, pamiętając jednocześnie, że największym atutem tych przestrzeni jest muzyka na żywo.
Na pierwszy ogień – szatnia. To tam przez większą część roku melomani kierują pierwsze kroki po wejściu do budynku filharmonii i ostatnie tuż przed jego opuszczeniem. Nad wyraz często filharmonijne szatnie są małe, tłoczne i nieustawne. Melomani tłumnie wychodząc z koncertu, nie mogą się ruszyć, a brak intuicyjnego kierunku kolejki po odbiór okryć wierzchnich tylko potęguje ich frustrację. Szatnie niejednokrotnie wydają się nie być dostosowane do liczby osób przychodzących na koncert. I choć w wielu zabytkowych filharmoniach trudno o ustawną szatnię, to pewne dostosowania są możliwe, a nawet powinny zostać uznane za wręcz konieczne do wprowadzenia (chociażby jasna informacja o kierunku kolejki).
Skoro o dostosowaniach mowa. Ustawa o zapewnianiu dostępności osobom ze szczególnymi potrzebami nakłada na instytucje publiczne obowiązek dostępności architektonicznej, cyfrowej i informacyjno-komunikacyjnej. O tym, czy instytucja, do której się wybieramy spełnia te wymogi i w jakim zakresie możemy sprawdzić w deklaracji dostępności na stronie internetowej instytucji, do czego zachęcam, bo stopień ich wdrażania jest… różny. Wciąż zdarza się, że nawet wejście do danej instytucji jest niemal niemożliwe – choć to ekstremum, bo wystarczy montaż podjazdu, podestu lub windy, by wejście stało się rzeczywiście ogólnodostępne. Częstym problemem, z którym sama się spotkałam, są właśnie windy. Z założenia mają one ułatwić przemieszczanie się osobom z ograniczonymi możliwościami ruchowymi, tymczasem niejednokrotnie stają się pomocą jedynie pozorną ze względu na zbyt wysoko umieszczony guzik przywołujący windę i panel wewnątrz niej. Niby drobnostka, być może niedopatrzenie, a może pozbawić samodzielności osoby poruszające się na wózkach. Innym utrudnieniem jest częsty brak pętli indukcyjnej. To prawda, że jej montaż jest wymagający albo może być wręcz niemożliwy w zabytkowych instytucjach bez konieczności przeprowadzenia generalnego remontu. Możliwe jest jednak zamontowanie pętli w części sali, co nie wymaga już tak dużej ingerencji, a może być realnym wsparciem dla osób głuchych i słabosłyszących. Wartym odnotowania jest też pojawiająca się raz po raz informacja o konieczności zgłoszenia przed danym wydarzeniem tego, że danego wieczoru osoba ze szczególnymi potrzebami będzie obecna w filharmonii. Czy to nie przykład pozornego dostosowania, dającego iluzję inkluzywności?
Inna kwestia domagająca się zmiany to toalety. Czy widok ciągnącej się bez końca kolejki do damskiej toalety jest wam obcy? Mnie zdecydowanie nie. Sama nieraz stojąc w takiej kolejce, zastanawiałam się, w czym tkwi problem. I już wiem. W rozporządzeniu w sprawie warunków technicznych znajduje się informacja, że w toaletach ogólnodostępnych powinna przypadać „co najmniej jedna miska ustępowa i jeden pisuar na 30 mężczyzn oraz jedna miska ustępowa na 20 kobiet”. Z prostej matematyki wynika, że przy projektowaniu toalety dla np. 240 mężczyzn i 240 kobiet, mężczyźni otrzymują 16 a kobiety 12 „punktów toaletowych”. Dodajmy do tego, że kobiety statystycznie dłużej i częściej korzystają z toalety: ciąża, miesiączka, mniejsza od mężczyzn pojemność pęcherza, a także i fakt, że to wciąż kobiety częściej sprawują opiekę nad dziećmi czy osobami starszymi, pomagając im skorzystać z toalety. Zatem choć przepisy na takie projektowanie zezwalają, to odrobina wyobraźni pozwoliłaby stwierdzić, że prawna opcja minimum nie jest rozwiązaniem optymalnym i niedyskryminującym.
I ostatnia niedogodność, co do której postulat zmian należy bardziej do myślenia życzeniowego niż propozycji możliwych i koniecznych do wprowadzenia (w przeciwieństwie do dwóch wskazanych powyżej), to wąskie przejścia pomiędzy rzędami foteli na sali koncertowej. Rzecz trudna do zmiany, bo wymagająca generalnego remontu, ale wyjątkowo uciążliwa dla ludzi już średniego wzrostu. I znowu – niedogodność typowa dla starych, zabytkowych budynków (choć zaobserwowana również w nowych i cenionych projektach).
Chciałoby się powiedzieć: coś za coś – przepiękne otoczenie i wyjątkowa architektura kosztem komfortu. Ale czy nie da się tego połączyć?
Na koniec można się zastanowić, czy punktowanie braków i niewygód budynków filharmonii to tylko czcze dywagacje autorki, czy jest w tym może jakiś sens i nadzieja na poprawę? Sama dużo nad tym myślałam i mam odpowiedź: na pewno jest światło. Światło rzucone tam, gdzie może nie zawsze chcemy, żeby padało, ale rzucone po to, by coś istotnego zauważyć. Może więc nie dziś i nie jutro, ale w odpowiednim momencie to światło pomoże przynieść zmianę, która przekształci dom muzyki w miejsce, w którym każdy będzie mógł poczuć się dobrze. Innym światłem pozostaje, że melomanów nie zrażają małe niedociągnięcia, a nawet duże niedogodności. I to ono sprawia, że wciąż chętnie lgniemy do żywej muzyki w filharmonii. Mimo schodów.