dr hab. inż. arch. Katarzyna Ujma-Wąsowicz / fot. dr Jakub Czarnecki

wywiady

Od projektowania uniwersalnego do kognitywistyki muzycznej. Wywiad z dr hab. inż. arch. Katarzyną Ujmą-Wąsowicz

OD REDAKCJI: W 331. wydaniu czasopisma MEAKULTURA.pl publikujemy rozmowę Marleny Wieczorek z dr hab. inż. arch. Katarzyną Ujmą-Wąsowicz na temat projektowania budynków przeznaczonych do działań muzycznych, estetyki miast i dostępności, również tej związanej z komfortem akustycznym.

Katarzyna Ujma-Wąsowicz – architektka i urbanistka, dr hab. inż. arch., profesorka Politechniki Śląskiej. Członkini Polskiej Rady Architektury przy SARP, Towarzystwa Urbanistów Polskich, Polskiego Towarzystwa Ergonomicznego, a także Rady Dostępności przy MFiPR, Zespołu doradczego ds. Polityki Architektonicznej Państwa przy MRiT oraz Radna w Radzie Miasta Gliwice. Przez całą swoją działalność akademicką wyznaje zasadę, że planowanie przestrzenne i projektowanie urbanistyczne powinno się zaczynać od małej skali, od potrzeb użytkownika. Temu poświęciła swoją pracę badawczą, ukierunkowaną na ergonomię i projektowanie uniwersalne we wnętrzach urbanistycznych i architektonicznych. Inne prace badawcze i profesjonalne, które prowadzi, odnoszą się do poszukiwania optymalnych, nowoczesnych form edukacji studentów architektury oraz planowania miejsc sportu i rekreacji w mieście. Posiada międzynarodowe i krajowe doświadczenia: wydanych zostało ponad sto jej publikacji w tym trzy książki; prowadziła kilkanaście sesji naukowych w Polsce i za granicą, bezpośrednio prezentowała efekty prowadzonych badań na konferencjach w USA, Chinach, Grecji, Portugalii, Niemczech, Korei Południowej, Chorwacji, Japonii i w Polsce.

_____

Marlena Wieczorek: Kiedy jako naukowczyni i ekspertka z branży słyszysz hasło „muzyka i architektura”, jakie masz pierwsze skojarzenia?

Katarzyna Ujma-Wąsowicz: Harmonia, ład przestrzenny, przyjemność w oglądaniu obiektu z zewnątrz i w środku. To spojrzenie jest oczywiście spójne z akademickim przekazem. A bardziej od serca? Tu skojarzenia oscylują wokół znanych mi osobiście, akurat działających na Górnym Śląsku autorów „domów muzyki” – dra inż. arch. Tomasza Koniora z Konior Studio czy Aleksandra Bednarskiego i Mariusza Komrausa, prowadzących pracownię SLAS architekci.

Generalnie lubię obserwować i analizować obiekty poświęcone sztuce, w tym oczywiście muzyce, gdzie jedne są emanacją dynamiczności, a inne prośbą o wyciszenie. Mnie jest bliższa ta druga idea.

Pamiętam, gdy na pierwszym roku studiów architektonicznych w Gliwicach mieliśmy zajęcia z malarstwa i jednym z zadań było odzwierciedlenie na planszy z brystolu osobistej parafrazy Czterech pór roku Antonio Vivaldiego. Mogliśmy się odnieść do wszystkich koncertów razem lub wybrać tylko jeden. Zdecydowałam się wówczas na Wiosnę (może dlatego, żeby szybciej zacząć [śmiech]), ale do dzisiaj bliski jest mi także koncert Zima. Nie przypominam sobie niestety, jaki wówczas stworzyłam obraz. Dzisiaj bym go namalowała w jasnych, biało-słonecznych barwach, z graficzną parafrazą rodzącego się życia.

M.W.: Patrząc historycznie na budynki przeznaczone do działań muzycznych, jakie widzisz najistotniejsze współczesne „korzyści” zarówno w ich funkcjonalności, jak i w warstwie wizualnej?

K.U.W.: Oczywistym jest, że w czasie zmieniają się trendy odnoszące się do kształtowania przestrzeni urbanistycznych i architektury. Nie omija to także obiektów poświęconych muzyce. Współcześnie (na całym świecie) odnajdujemy cały wachlarz unikalnych, wręcz ikonicznych form tychże budynków, począwszy od Opery w Sydney, poprzez Walt Disney Concert Hall w Los Angeles, po chiński Harbin Grand Theatre w metropolii Harbin. Inne obiekty zachowują bardziej tradycyjną (prostokreślną) formę i, szczerze mówiąc, to mi się bardziej podoba. W Polsce to np. siedziba Narodowej Orkiestry Symfonicznej Polskiego Radia (NOSPR) w Katowicach, Filharmonia im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie, Państwowa Szkoła Muzyczna I i II stopnia w Jastrzębiu-Zdroju czy Europejskie Centrum Muzyki Krzysztofa Pendereckiego w Lusławicach  – wszystko zależy od kontekstu otoczenia i tradycji kształtowania urbanistyki miasta. Oczywiście rozumiem, gdy komuś się zaproponowana architektura nie podoba, ja także mam swoje oczekiwania. Jednak w przypadku obiektu poświęconego muzyce (mogłabym to porównać do człowieka) ważniejsze jest jego wnętrze, tu: szczególnie sali koncertowej, w tym nastrojowa jej aranżacja i zapewnienie akustyki dającej pełne brzmienie głosu wokalistów i instrumentów w każdym miejscu.

Reasumując – to, co we wszystkich realizacjach jest spójne, to inscenizacja wnętrz, podporządkowanie jej przede wszystkim dążeniu do osiągnięcia najlepszej akustyki, a w drugiej kolejności przyjaznej dla delektowania się muzyką wizualnej estetyki. Żeby to samemu ocenić, niezbędnym jest osobiste uczestnictwo w koncertach.

M.W.: A mamy współcześnie jakiś „regres” w funkcjonalności budynków przeznaczonych do działań muzycznych?

K.U.W.: Ja go nie widzę. Wręcz przeciwnie. Takich obiektów niewiele powstaje i… w mojej opinii już dzisiaj, a tym bardziej jutro projektowanie ich będzie charakteryzować się interdyscyplinarnością. Innymi słowy nad budynkiem pracować będzie nie tylko architekt, konstruktor i instalator. Dzisiaj swoją niebagatelną rolę odgrywa projektant akustyki, a jutro będzie kognitywista muzyki! Zatem nie każdy architekt czy pracownia architektoniczna będzie mieć odwagę, by podejmować ten temat. Odpowiedzialne łączenie „muzyki i architektury” wymaga wiedzy i szczególnych kompetencji.

Dwoje moich dyplomantów (Jakub Swoboda i Agnieszka Piórkowska) podjęło się utworzenia koncepcji architektonicznych: Filharmonii im. Wojciecha Kilara w Bytomiu oraz Teatru Tańca i Ruchu, także w tym mieście. Z pewnym żalem to mówię, ale to idee mające odzwierciedlenie tylko na papierze – może się forma obiektu podobać lub nie, ale kluczowym elementem rozwiązania jest jego funkcjonalność, którą de facto wiarygodnie sprawdzić zdołamy dopiero po jego wybudowaniu. Chyba każdy się z tym zgodzi?

M.W.: Działasz w Radzie Miasta Gliwice – czy rozwój zabudowy może mieć wpływ na to, czy młodzi ludzie pozostaną albo przyjadą mieszkać do tego miasta? Jakich, według Ciebie, brakuje miejsc związanych z kulturą i czy lokować się je powinno głównie w centrum miasta?

K.U.W.: Na to pytanie nie ma jedynej słusznej odpowiedzi. Uwarunkowań decydujących o tym, dlaczego ludzie chcą się związać z danym miastem jest przecież bardzo wiele: praca, rodzina, swoje (dostępne finansowo) lokum mieszkaniowe, organizacja komunikacji publicznej oraz indywidualnej, tereny zielone, sportowe, rekreacyjne i – last but not least – oferta kulturalna.

Obiekty związane z kulturą z reguły mają charakter centrotwórczy. Nawet jeśli powstają z dala od śródmieścia, a – mówiąc kolokwialnie – są lubiane, tj. przyciągają ludzi poprzez budowanie relacji, intrygowanie czy oferowanie unikalnych wartości, z czasem stają się ważnym miejscem dla wielu mieszkańców i jednym z powodów, dla którego chcą tu nadal pozostać.

Pytasz też, jakich miejsc związanych z kulturą w Gliwicach brakuje. Szczerze? Moje potrzeby w tym zakresie są zaspokojone. Z drugiej strony oferta wysokiej kultury w innych miastach naszej Metropolii GZM jest na wyciągnięcie ręki. Mieszkam tu już ponad pół wieku, od urodzenia. Nie ukrywam, że to jest moje miejsce na ziemi. Nie zmienia to faktu, że Gliwiczanie mają wiele postulatów poszerzających kulturalną ofertę naszego miasta. Na przykład słyszę i także widzę, że brakuje miejsc łączących kulturę z życiem nocnym i nowoczesnymi trendami, które wykraczałyby poza klasyczną ofertę muzealną czy teatralną. Ponadto sama przy opracowywaniu Strategii Rozwoju Miasta Gliwice do 2040 roku postulowałam, by zdecentralizować usługi związane z aktywnością lokalnych społeczeństw osiedli i dzielnic, w tym działalność kulturalną, pozwalając na bardziej zachęcający i łatwiejszy do niej dostęp.

M.W.: Gliwice swego czasu postawiły na wybudowanie kontrowersyjnej PreZero Arena Gliwice, która nadal przez niektórych uważana jest za inwestycję z grupy “zastaw się, a postaw się”. Obiekt położony w pobliżu innych dużych miejsc o podobnym przeznaczeniu, nie pokazujący specyfiki regionu, a raczej wpisujący się w komercjalizację przestrzeni, do tego eliminujący sporo środków budżetowych, które można by było przeznaczyć np. na rewitalizację już istniejącego wyróżnika miasta (byle nie pod lofty deweloperskie [śmiech]). Jakie jest Twoje zdanie?

K.U.W.: To dla mnie bardzo trudny temat. Najogólniej mówiąc, nigdy nie byłam zwolenniczką PreZero Arena Gliwice (kiedyś zwanej Podium). Ale dzisiaj obiekt ten jest naszym dziedzictwem, choć uważam, że trudnym – obiekt był bardzo drogi w budowie, a dzisiaj w utrzymaniu, powstawał też w skomplikowanych okolicznościach… Wśród mieszkańców PZ Arena odbierana jest z mieszanymi uczuciami, z kolei entuzjastycznie odnoszą się do niej przyjezdni, ze względu na obecną ofertę programową, w tym koncerty, wysokiej rangi wydarzenia sportowe, ciekawe propozycje dla dzieci. Mam jednak takie przemyślenia: skoro hala musiała już powstać, to dlaczego nie było na jej koncepcję rozpisanego konkursu architektonicznego – mogła faktycznie, przy wszystkich towarzyszących jej istnieniu mankamentach, stać się ikoną naszego miasta. A tak jest to dobry, ale tylko dobry, a nie wybitny obiekt.

M.W.: Mam znajomych architektów, którzy ubolewają nad tym, że są „wykorzystywani” przez deweloperów do projektów skupionych na wątkach ekonomizacyjnych. Czy w dzisiejszych czasach bycie architektem jest zajęciem twórczym, w którym wizjoner może się rozwinąć, czy raczej jest to świat utylitarnych potrzeb?

K.U.W.: Rozumiem, że rozmawiamy tu o polskich realiach? Jeśli tak, to nie ukrywam, że jest to także bardzo trudne dla mnie pytanie, ale z innego powodu niż wcześniej, tu bowiem mające niestety podtekst polityczny, a tym niechętnie się posiłkuję. Nie da się na nie odpowiedzieć, bez nawiązania do nawet najbardziej uproszczonej naszej post PRL-owskiej historii. Po 1989 roku własność prywatna stała się kluczem do takich, a nie innych realizacji architektonicznych. Tak, zysk stał się wiodącym elementem, architekt stał się bardzo często wykonawcą oczekiwań inwestora/właściciela i… tak się dzieje w większości przypadków prywatnych realizacji. Światełkiem w tunelu są inwestycje miejskie, regionalne czy państwowe – tu coraz częściej, choć nie jest to regułą, organizowane są przez (głównie) Stowarzyszenie Architektów Polskich konkursy architektoniczne. W mojej opinii to najlepszy sposób poszukiwania optymalnych rozwiązań przestrzennych i docenienia naszej architektonicznej myśli edukacyjnej w Polsce i za granicą.

M.W.: Przyznam szczerze, że spacerując po Warszawie, często zadaję sobie pytanie – kto myśli o  estetyce w mieście i kontroluje tę strefę? Gdzie mamy kompetencję ekspertów, a gdzie „Wolnoć Tomku w swoim domku”? Na moim osiedlu nie myśli się kwartałami, każdy blok ma inne balkony, kolorystykę. Mam na budynku za to tablicę upamiętniająca architekta (bo był to projekt nagrodzony), a jednak warstwy styropianu, liczne modernizacje (zamiana betonowych balkonów na płyty) raczej niewiele mają wspólnego z pierwotną wizją… Co Ty o tym myślisz? Jak wygląda wątek zadbania o prawa autorskie do koncepcji, żeby nie została za chwilę wykoślawiona przez „januszów funduszy remontowych”? Czy warto wprowadzić w tym zakresie jakieś standardy?

K.U.W.: Wszyscy, którym zależy na pozytywnych zmianach (ja np. robię to poprzez edukowanie naszych studentów), muszą o tym mówić. Nasze przepisy się na szczęście pozytywnie zmieniają. Pytanie, czy mentalność, wiedza inwestorów i decydentów równolegle także się zmienia? Przykro mi to mówić, ale wątpię. Znowu wracamy do ekonomiki, tj. finansowych oszczędności i zysków. Od kiedy stałam się niezależnym projektantem, cały czas to widzę.

Przepisy są proste. Nie wolno wprowadzać zmian w obiekcie architektonicznym (szczególnie dotyczy to elewacji, którą wszyscy widzą, ale praktycznie cały obiekt jest objęty prawami autorskimi, także z takimi detalami jak mozaika) czy w przestrzeni urbanistycznej, według swojego widzimisię.

Autor obiektu jeśli uzna, że mu nie zależy, pewnie się na różne zmiany zgodzi, albo uda, że nie zauważa. Inną kategorią jest sytuacja, gdzie obiekt albo założenie urbanistyczne jest objęte ochroną konserwatorską – tu nieprzestrzeganie obostrzeń wiąże się z odpowiedzialnością. No i jest trzecia kategoria miejsc, nad którą trudno trzymać pieczę: obiekty i osiedla budowane w latach po II wojnie światowej, które (z wyjątkami) ani nie są objęte ochroną konserwatorską, ani nie ma możliwości określenia praw autorskich (oficjalnie projektowały biura). Reasumując – jeśli ktoś się nie upomni tj. projektant z imienia i nazwiska lub miejski/wojewódzki konserwator zabytków lub np. architekt miejski, to praktycznie jako esteci jesteśmy na straconej pozycji. Smutne…

M.W.: Okropne, rzeczywiście… A wracając do muzyki: kiedyś jeden deweloper poprosił mnie o koncepcję muzycznego osiedla. Wymyśliłam, wysłałam. Z jakiegoś powodu jednak wątki dźwięku, myślenia o muzyce jako o elemencie dodatkowym (np. budownictwa premium) nie są doceniane. Z czego to wynika?

K.U.W.: Może w tym przypadku inwestor po oszacowaniu kosztów uznał, że twoja koncepcja jest zbyt droga (fikuśne formy, zbyt dużo terenów rekreacyjnych, wysoka jakość materiałów)? Należy tu jednak uczciwie przyznać, że zdarzają się też tacy deweloperzy, którzy chcą coś naprawdę wartościowego, a czasem spektakularnego, po sobie pozostawić. Coś, co da im wiarę, że zostaną zapamiętani jako ci, którzy nadają miejscu nową, niepowtarzalną jakość. W Gliwicach mamy takie perełki. Życzę Ci, byś na kogoś takiego kiedyś trafiła.

M.W.: Dziękuję Ci serdecznie, też bym bardzo chciała… Jesteś ekspertką od dostępności – z mojej perspektywy niezwykle ważna jest tzw. dostępność psychiczna w znaczeniu: podłogi i panele w mieszkaniach, które stają się pudłem rezonansowym dla sąsiadów mieszkających poniżej, bardzo głośna muzyka w miejscach typu kawiarnie, męcząca muzyka w centrach handlowych, zła jej jakość, szum w szkołach, brak paneli wyciszających. Czy to jest ważny aspekt dla osób projektujących przestrzeń miejską czy osiedla? Jak się mają kwestie praktyki w tym zakresie?

K.U.W.: Tak, tu już wchodzimy w strefę realizacji wnętrz architektonicznych i urbanistycznych. To jest nie tylko ważny, ale dla niektórych nawet fascynujący temat! Czy się to komuś podoba czy nie, ludzie nie odbierają otoczenia w jednorodny sposób. Z racji moich naukowych zainteresowań zawsze widzę użytkownika przestrzeni urbanistycznej/architektonicznej jako tę najbardziej wrażliwą jednostkę. Wszystkie społeczeństwa charakteryzują się neuroróżnorodnością. Uważam (to moje ponad 30-letnie badania i przemyślenia), że nie wolno nam, architektom proponować rozwiązań będących tzw. medianą. Tu się kłania idea projektowania uniwersalnego – kształtujemy, a przynajmniej powinniśmy, przestrzeń dla osób (przepraszam za sformułowanie) najsłabszych, dla tych z najbardziej skrajnymi potrzebami. Jeśli dla nich będzie to funkcjonalne, to dla pozostałych niemal na pewno też. To już się dzieje, np. w centrach handlowych są godziny wyciszenia… to w nawiązaniu do muzyki! (śmiech).

M.W.: Jesteś wykładowczynią na Politechnice Śląskiej – czy wątki architektury i muzyki są często podejmowane przez studentów w swoich pracach? Jeśli tak, to jakie tematy, wnioski były dla Ciebie ciekawe lub odkrywcze?

K.U.W.: U nas na WA PŚ podejmowanie kwestii muzyki w architekturze jest wyłącznie fakultatywne. I jeśli już, to realizowane na dyplomach inżynierskich lub magisterskich. Wspomniałam o tym, że prowadziłam dyplomy w tej tematyce, co było następstwem pasji moich podopiecznych. Ciekawe z nimi rozmowy o muzyce zawsze mnie rozwijały, bo ja osobiście jestem większą fanką sportu (śmiech), ale czy coś było odkrywcze? Chyba nie.

My, architekci, jeśli mamy w sobie wciąż pasję, podchodzimy do każdego tematu z zaangażowaniem. Oczywiste, że łatwiej nam zrozumieć daną sferę (poza prozaicznymi życiowymi sekwencjami: dom, praca, zakupy), gdy choć trochę dany temat „czujemy”.

Reasumując, „wysoka” muzyka i architektura to temat i interdyscyplinarny, i w zasadzie elitarny. Nie dla każdego…

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć