Paweł Kubacka / fot. Paulina Kubacka – paula pstryka

wywiady

„Materiał musi bezwzględnie spełniać moje kryteria”. Wywiad z Pawłem Kubacką

OD REDAKCJI: W 334. numerze MEAKULTURA.pl publikujemy rozmowę Antoniny Wiatr z lutnikiem Pawłem Kubacką, który opowiada o swojej codziennej pracy, procesie budowania instrumentów smyczkowych i własnym spojrzeniu na rzemiosło lutnicze.

Paweł Kubacka – ur. w 1996 roku w Rabce-Zdroju, pochodzi Zubrzycy Dolnej. Początkowo lutnik samouk na podstawie dostępnej literatury fachowej, materiałów multimedialnych i konsultacji z lutnikami. W latach 2017–2022 studiował lutnictwo w Akademii Muzycznej w Poznaniu, m.in. pod kierunkiem Jana Mazurka i Honoraty Stalmierskiej. Uczestniczył w kursach lutniczych prowadzonych przez Iris Carr, Samuela Zygmuntowicza, Stephana von Baehra, Petera Beare. Praktykował również u Jana Bartosia w Paryżu i asystował przez 2 lata w pracowni Piotra Pielaszka. Od 2023 roku buduje skrzypce, altówki i wiolonczele (wg modeli A. Stradivariego i Guarneriego del Gesù) we własnej pracowni w Podwilku na Orawie. Członek ZPAL od 2021 roku. Uzyskał nagrody: w 2019 na konkursie im. W. Kamińskiego w Poznaniu; w 2022 na konkursach w Paryżu „Coup de coeur” za altówkę, w Anaheim certyfikat za walory lutnicze skrzypiec, w Mittenwaldzie medal brązowy za skrzypce; w 2023 w Mirecourt złoty medal za skrzypce i srebrny za altówkę; w 2024 na Triennale w Cremonie wyróżnienia honorowe za skrzypce i altówkę, złoty medal Simone Fernando Sacconiego, w Indianopolis certyfikat za walory lutnicze altówki, w Paryżu finalista konkursu w paryskiej filharmonii, laureat Stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego „Młoda Polska”; w 2025 na konkursie im. H. Wieniawskiego w Poznaniu I nagroda za skrzypce SONA, II nagroda za skrzypce LUNA, medal ZPAL za najwyżej ocenione walory lutnicze instrumentu LUNA, na konkursie im. V. Metelki w Pradze I nagroda – złoty medal, złoty medal za najlepiej wykonane skrzypce, medal za najlepszą główkę – nagroda Jaromíra Joo, nagroda za najlepsze wrażenie artystyczne, nagroda za najwyższe walory lutnicze, specjalna nagroda jury.

_____

Antonina Wiatr: Zacznijmy od podstaw – czy mógłby nam Pan zdradzić, jak wygląda typowy dzień w Pańskim atelier?

Paweł Kubacka: Jak wygląda moja codzienność? Moja pracownia znajduje się w domu na poddaszu, więc spędzam w niej bardzo dużo czasu. Zaczynam swój dzień około 8:30 i pracuję do późnych godzin wieczornych. Chyba muszę powiedzieć, że jestem pracoholikiem. Jeśli robi się to, co się kocha, to nie ma się poczucia wykonywanej pracy – nie czuję, że pracuję ;). W szczególności lubię pracować wieczorami, kiedy nie ma wielu bodźców zewnętrznych, mogę skupić się, włączyć dobrą muzykę i wczuć się w to, co robię. Nie mogę powiedzieć, że pracuję nieustannie przez kilkanaście godzin, bo oczywiście robię sobie przerwy i nie mogę pracować pod presją czasu. Każdy musi odnaleźć własny rytm pracy i dostosować go do swojego życia. Jeśli mój instrument jest już gotowy do gry, to spotykam się z muzykami, żeby go wypróbować i ocenić. Czasem też odwiedzają mnie muzycy celem poprawy brzmienia ich instrumentów. Mówiąc o codzienności w pracowni, nie sposób nie wspomnieć o mojej ulubionej kawie. To mój sprawdzony sposób na chwilę relaksu i szybkie naładowanie baterii.

A.W.: Wspomniał Pan, że podczas pracy słucha Pan muzyki. Jakiej?

P.K.: Słucham bardzo różnorodnej muzyki, wszystko zależy od nastroju. Czasami jest to klasyka, a czasami muzyka folkowa, z którą jestem związany od dziecka, bo sam gram na instrumencie. Wychowałem się na folku – od małego należałem do różnych zespołów regionalnych i zresztą do dziś gram w kapeli. Poza tym chętnie sięgam po jazz, R&B czy soul. Z kolei w porannych godzinach, tak na dobre rozbudzenie, lubię puścić sobie mocniejszy rock albo trochę hip-hopu.

A.W.: Lista Pańskich sukcesów na konkursach lutniczych jest naprawdę spektakularna. Czy proces przygotowania instrumentu na konkurs różni się od budowania skrzypiec na zamówienie?

P.K.: Nie, ten proces niczym się nie różni, poza jednym szczegółem – instrument wykonywany na konkurs musi zazwyczaj być anonimowy. To znaczy, że w trakcie tworzenia tego instrumentu nie sygnuję go, nie wkładam do środka karteczki z moim imieniem i nazwiskiem ani nie odbijam stempla na podstawku. Do każdego instrumentu, który wykonuję w mojej pracowni, podchodzę z dokładnie takim samym zaangażowaniem i sercem, poświęcam tyle samo czasu i skupienia. Instrumenty, które biorą udział w konkursie, są już zarezerwowane dla przyszłych klientów. Niektóre z nich są nabywane przez kolekcjonerów, ale większość trafia do muzyków, więc zarówno brzmienie, jak i aspekty lutnicze są dla mnie równie ważne.

A.W.: Czy w Pańskiej opinii inspiracja innym instrumentem może wpłynąć na budowę skrzypiec, czy zawsze stara się Pan trzymać jednego, sprawdzonego modelu?

P.K.: Mam wypracowane dwa modele skrzypiec i jeden altówkowy. Moje skrzypce oparte są na instrumentach Guarneriego „del Gesù” czy też Stradivariego z jego złotej epoki. Przez wiele lat wykonywałem instrumenty na różnych formach, ale wreszcie mogę powiedzieć, że jestem w pełni zadowolony zarówno z brzmienia, jak i z wyglądu. Moi klienci również chwalą wygodę gry i brzmienie, więc z tego powodu nie chcę już dokonywać wielu zmian w moich instrumentach. Jedyne modyfikacje, jakie wprowadzam do poszczególnych egzemplarzy, dotyczą stylu wykończenia – na przykład kształtowania narożników, żyłki, trochę innych wycięć efów czy też rzeźbienia główki. Wiadomo, że z czasem gusta się zmieniają, a ja wciąż analizuję stare mistrzowskie instrumenty, więc zobaczymy, co przyszłość przyniesie.

A.W.: Wszyscy znamy wielkie nazwiska włoskich lutników – a co z polską szkołą lutniczą? Jak w Pańskiej opinii wypada ona na tle innych krajów?

P.K.: Wcześniej mówiłem o instrumentach Stradivariego czy Guarneriego „del Gesù”, ale nie sposób pominąć naszych rodzimych twórców z rodziny Grobliczów i Dankwartów, którzy tworzyli w podobnym okresie. Jestem przekonany, że polska szkoła lutnicza ma powody do dumy, bo te instrumenty wyróżniają się niezwykle unikatową stylistyką. Do naszych czasów przetrwało najwięcej egzemplarzy autorstwa Grobliczów. Ich znakiem rozpoznawczym są główki rzeźbione na kształt lwa/smoka, które zastąpiły klasyczny, tradycyjny „ślimak”. Cieszę się, że coraz więcej lutników z całego świata dostrzega piękno i wyjątkowy charakter polskiej tradycji lutniczej.

A.W.: Wspominał Pan, że w Pańskim atelier powstaje około od czterech do pięciu instrumentów rocznie, czyli w przybliżeniu jeden na trzy miesiące. Co uważa Pan za najważniejszy etap tego procesu?

P.K.: Dla mnie absolutnym fundamentem jest wybór odpowiedniego kawałka drewna. Jeśli budujemy instrument z drewna gorszej jakości, to ostatecznie dźwięk tego instrumentu nie będzie zadowalający i tak bogaty w alikwoty. Materiał musi bezwzględnie spełniać moje kryteria. Szukam drewna lekkiego, idealnie rozciętego i o odpowiednim usłojeniu. Zależy mi na doskonałych właściwościach akustycznych, ale też na tym, by instrument przyciągał wzrok i po prostu zachwycał wizualnie. Kolejnym, niezwykle ważnym etapem jest kształtowanie sklepień i grubości płyt rezonansowych, bo to głównie one odpowiadają za brzmienie oraz barwę instrumentu. Poświęcam na to mnóstwo czasu, podchodząc do każdego kawałka drewna indywidualnie.

Drzewa rosnące obok siebie mogą być zupełnie inne. To trochę jak z ludźmi – możemy być do siebie bardzo podobni z wyglądu, ale wewnętrznie różnić się całkowicie.

Żeby poznać drewno, trzeba poczuć je pod palcami i pod ostrzem ręcznych narzędzi. Muszę sprawdzić, czy jest twarde i zbite, czy miękkie i gąbczaste. Dopiero ta wiedza pozwala mi precyzyjnie dobrać sklepienia, grubości oraz belkę basową. Równie ważnym etapem budowy instrumentu jest według mnie proces gruntowania. Chodzi o zabezpieczenie drewna przed wchłanianiem kolejnych warstw lakieru, ale też o maksymalne podkreślenie jego naturalnego piękna.

A.W.: W mediach społecznościowych dzielił się Pan efektami zeszłorocznej współpracy z włoską lutniczką Emmą Draghi Poggi. Czy może nam Pan opowiedzieć więcej o kulisach tego projektu oraz o samym instrumencie, który powstał?

P.K.: Z Emmą znamy się dobrych kilka lat i często widywaliśmy się na konkursach lutniczych. W zeszłym roku Emma zaproponowała, żebyśmy wykonali razem instrument. Na co dzień działam w pracowni sam, dlatego bardzo cenię sobie kontakt z innymi twórcami. Każdy lutnik ma swoją wizję na instrument, różne metody pracy oraz używa swoich własnych modeli. Chcieliśmy wymienić się doświadczeniami i wspólnie połączyć je w jednym instrumencie. Połowę tego instrumentu zrobiliśmy w Polsce w mojej pracowni w Podwilku, a aby wykonać drugą połowę, pojechałem do Emmy, do miasteczka obok Pizy, gdzie ukończyliśmy instrument. Ta współpraca była świetną przygodą i dała nam obojgu mnóstwo cennej wiedzy.

A.W.: Czy były w trakcie jakieś aspekty wspólnego tworzenia, w których trudno było znaleźć porozumienie?

P.K.: Jeśli chodzi o nas, różnice w podejściu nie były duże i muszę przyznać, że dobrze się dogadywaliśmy. Gdy dyskutowaliśmy nad konkretnym elementem, wspólnie decydowaliśmy, czyją techniką go wykonamy. Czasami wybieraliśmy rozwiązanie dobrze znane mnie, które Emma chciała bliżej poznać, a innym razem testowaliśmy jej sprawdzony sposób, który z kolei mnie wydawał się niezwykle interesujący.

A.W.: W ogólnym rozumieniu rzemiosło lutnicze opiera się w głównej mierze na samodzielnej pracy w cichym atelier, jednak domyślam się, że w całym procesie role odgrywają również inni. Z kim współpracuje lutnik?

P.K.: Na początku lutnik współpracuje ze sprzedawcą drewna. Jest to osoba, która importuje drewno z krajów, gdzie rośnie jawor i świerk rezonansowy. Jawor pozyskuje się głównie z terenów Rumunii, Ukrainy czy Bośni, natomiast najlepszy świerk rośnie we włoskich Alpach. Lutnik powinien najlepiej osobiście udać się do takiego dostawcy. Zazwyczaj są to ogromne hale wypełnione setkami kawałków drewna, z których trzeba wyselekcjonować te absolutnie najlepsze. Drugą kluczową postacią jest oczywiście muzyk.

Gdy instrument jest już gotowy, ważne jest spotkanie w sali koncertowej. To tam artysta może w pełni wypróbować instrument, ocenić jego brzmienie, nośność dźwięku oraz wygodę gry. Osobiście jest to dla mnie bardzo ważne i staram się spotykać z muzykami, gdy tylko ukończę nowy instrument – jestem bardzo ciekaw ich opinii, bo każdy ma inne preferencje i indywidualny gust.

A.W.: Na Pańskiej stronie internetowej można przyjrzeć się instrumentom, które wyszły z Pańskiego atelier – obok nagrodzonych licznymi tytułami skrzypiec i altówek można również znaleźć zapowiedź wiolonczeli. Czy może zdradzić Pan więcej szczegółów?

P.K.: Jak można zauważyć, na mojej stronie internetowej aktualnie widnieją tylko skrzypce i altówki. W mojej głowie cały czas krąży myśl o wykonaniu pierwszej wiolonczeli. Bardzo chciałbym się tego podjąć, jednak przy obecnym tempie pracy trudno wygospodarować na to przestrzeń – co jakiś czas pojawiają się nowe zamówienia. Budowa tak dużego instrumentu wymaga zarezerwowania około pięciu, sześciu miesięcy, co przy napiętym grafiku nie jest łatwe. Mam jednak ogromną nadzieję, że w niedalekiej przyszłości uda mi się ten plan zrealizować.

 

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć