Faktory górskie są widoczne w muzyce pod różnymi postaciami. Raz chodzi o sięganie do korzeni, tradycji i folkloru, kiedy indziej o uchwycenie cyklu natury, charakterystycznego ekosystemu i zarejestrowanie specyficznej atmosfery, wysokości, powietrza i otwartej przestrzeni. Artyści ożywiają dawne zwyczaje, sięgają po lokalne instrumenty, szukają typowych dla regionu brzmień, detali i nastrojów lub naśladują płynącą wodę i szumiącą florą aranżowanymi odgłosami wplatanymi w ambienty, cyfrowe kompozycje i przykłady muzyki środowiskowej. Tak powstają albumy, które działają jak dźwiękowe pocztówki prosto ze szlaku, brzmią jak ogromne pastwiska, jak wiatr, drzewa, mgła i błoto. Pokazują góry monumentalne i wspaniałe, a jednocześnie kapryśne lub owiane aurą tajemnicy i naznaczone osobistymi doświadczeniami.
Benedicte Maurseth – Mirra
Maurseth maluje przed nami chłodny, surowy pejzaż norweskiego Parku Narodowego Hardangervidda, wypełnionego mroźnym wiatrem i mgłą, z której wyłaniają się co rusz dzikie renifery. Wśród folkowego brzmienia ludowych skrzypiec Hardanger, czyli hardingfele (które brzmią jednocześnie rezonująco i dronowo oraz harmonijnie i subtelnie), snują się zwierzęta. Słuchamy ich nawoływań, kroków, wyczuwamy, jak wraz z rozwojem albumu zmienia się ich rytm, ściśle i trwale związany ze zmianą pór roku, którym podporządkowują swoją wędrówkę. Mirra to muzyka skał, rozległych wrzosowisk, moren, lodowatej wody, śniegu, zastygłego krajobrazu fiordów, poszarpanych szczytów i łagodnych płaskowyżów, które są domem dla dzikiej fauny. Oddaje tekstury i faktury wszystkiego, co otacza norweskie krainy, wpisuje się w nurt ekofilozofii i z ogromnym szacunkiem podchodzi do rodzimej natury, która chociaż na pierwszy rzut oka jałowa, skrywa w sobie inspirującą regularność i fascynujące kontinuum. Tytułowa mirra stanowi symbol tego rytmu jako słowo opisujące w dawnym dialekcie ruch reniferów, toczących w grupie kręgi, by się ogrzać i ochronić. Za sprawą kompozycji Maurseth znajdujemy się w samym środku tej rytualnej strefy, gdzie stadne zachowania zwierząt tworzą historię o wspólnotowości, pięknie oraz relacji z czasem i miejscem.
Richard Hronský – Pohreb
Pohreb pokazuje proces radzenia sobie ze stratą, osadzony w charakterystycznym krajobrazie, który służy Hronský’emu jako nośnik pamięci. Wyraźnie wybrzmiewa tu karpacka fujara, silnie związana ze słowacką tradycją pasterską. Za jej sprawą słowacka wioska pobrzmiewa tu nostalgicznie, niekiedy przeszywająco i zawiesiście. Wykorzystanie archaicznego instrumentu pogłębia nastrój samotności, kontemplacji i stawania twarzą w twarz z potęgą natury, jej przestworem i nieskończonością w kontrze do niestałości, przemijalności i skończoności życia. Świadczy to także o ciągłości tradycji, jej utrwalaniu, kultywowaniu, zapamiętywaniu i geograficznym zakotwiczeniu (poza wykorzystaniem tradycyjnego instrumentu album kończy ludowa pieśń obecna w kompozycji Kolovrat).
Nagrania terenowe (śpiew ptaków, dźwięki natury i przestrzeni) przenikają się z odgłosami domu (skrzypieniem drewna, szumem radia, modlitwami). Ludzkie pamiątki łączą się z emancypacyjną funkcją natury w atmosferze zawieszonych dźwięków fujary oraz szumiących ambientów i dronów. Wędrówka Hronský’ego jest introspektywna, intymna, wypełniona tęsknotą. Natura przypomina o cyklu życia, które kiedyś nieuchronnie się skończy, a głosy gór – o nierozerwalnym zespoleniu człowieka z rytmem, o jego sile, obrzędowości i tajemnicy. To uczucie raz budzi zachwyt, innym razem niepokój.
kIRk – Canes of Karabakh
Duduk to tradycyjny ormiański instrument charakteryzujący się specyficznym brzmieniem, jednocześnie przyjemnie głębokim i rozdzierająco melancholijnym. Równie specyficzne, jak podkreślają członkowie grupy kIRk, jest doświadczenie grania na nim, a także jego silny związek z tożsamością, otoczeniem i krajobrazem. Projekt Olgierda Dokalskiego, Stanisława Matysa i Pawła Bartnika to z jednej strony piękna przeprawa przez meandry lokalnej kultury, energię przyrody, ludzi i tradycji, a z drugiej głos niezgody na robienie z elementów tradycji kart przetargowych w światowych konfliktach. Wojna o Górski Karabach wpłynęła na dwukrotny wzrost cen stroików do duduka, a to właśnie z tego regionu pochodzi najlepsza trzcina, odpowiadająca za wyjątkowe brzmienie instrumentu. Na płycie Canes of Karabakh ormiańskie góry nie brzmią regionalnymi melodiami, głęboko zakorzenionym dziedzictwem i lokalnym bogactwem dźwięków. Artyści postanawiają uchwycić brzmienie instrumentu i miejsca, prześwietlając przy tym granice między inspiracją a ingerencją w folklor. Zastanawiają się nad dostępnością kultur i naruszeniem miejscowego genius loci. Canes of Karabakh to awantfolkowa, posttradycyjna propozycja zarchiwizowania kultury, która niekiedy okazuje się bardzo krucha, narażona na negatywne ruchy i profanacje. Przez umieszczenie dźwięków instrumentów dętych między nagraniami terenowymi i odgłosami głęboko zakorzenionymi w górskim krajobrazie, takimi jak beczenie owiec i gwizdy pasterza (słychać je w Sevan, the Wild Cane), muzyka staje się nie tylko żywym śladem, ale też zachętą do powrotu ku temu, co źródłowe, organiczne, naturalne i korzenne.
Hiroshi Yoshimura – Wet Land
Chociaż Yoshimura wiele spośród swoich kompozycji stworzył z myślą o pomieszczeniach i wewnętrznym sound designie, to brzmią one równie fantastycznie w otwartym terenie. To naturalna kolej rzeczy, bo te utwory w nurcie kankyō ongaku (muzyki środowiskowej) naśladują przyrodę, zanoszą ją do miejsc, które są jej odległe, by wywoływać wrażenia, jakie wywołują las, park, dzikie ścieżki, niebo, woda, by być jak odpoczynek i opatrunek.
Na „Wet Land” Yoshimura za pomocą syntezatorów i instrumentów klawiszowych tworzy kojące ambienty, które brzmią jak wilgotne powietrze o poranku, promienie słońca delikatnie przebijające się przez korony drzew i gałązki krzewów albo błyszczące na powierzchni wody refleksy („Singing Stream” albo „Dawn”), a innym razem są bardziej mgliste, gęste, rozmyte („Mist”). Chociaż utwory nie nawiązują bezpośrednio do gór, to wypełnione łagodnym, wodnym nurtem potoków, rzek i strumieni pejzaże dają poczucie wsłuchiwania się w ich dźwięki – spokojne, kojące, wręcz medytacyjne. Płyną, kapią, sączą się, mienią, parują, falują.
Te malarskie walory muzyki Yoshimury, wykorzystywanej wręcz jako dzieła site-specyfic, stapiają się z przestrzeniami miejskimi, by je wyciszyć, spowolnić i wypełnić oddechem; idealnie zespajają się także z samą naturą, która je zainspirowała, a przeniesiona do zurbanizowanych miejsc stała się oazą spokoju w pędzącym świecie.
Peiriant – Dychwelyd
Walijski duet Rose Linn-Pearl i Dana Linn-Pearl stworzył klimatyczną muzykę miejsca, w której osobiste historie idą w parze z konkretnymi krajobrazami. Artyści przemierzają górzyste tereny i mapują poszczególne stany i emocje. Obserwują, jak zmieniają się wraz ze zmianą okolicy – od sielskich pejzaży z dzieciństwa po zielonobrunatne okolice Black Mountains, wypełnione torfowiskami i płynącą wodą, łączące w sobie surowość i łagodność. Tytuł albumu Dychwelyd dosłownie oznacza powrót – powrót do domu, do natury, do dawnych instrumentów, które Peiriant wykorzystują w świeży, eksperymentalny sposób, łącząc skrzypce i gitarę z ciekawą strukturą złożoną z sampli, dronów i elektroniki. Dzięki temu utwory brzmią głęboko i rozlegle, oddając klimat otwartej przestrzeni i związanej z nią nostalgii i refleksji nad tożsamością. Utwory, takie jak Y Gors czy Toriad/Agoriad, mają w sobie jednocześnie narastające, przejmujące brzmienia i lekką, przyjemną folkowość, czasem wręcz frywolną i beztroską. To odbicie tego, czym dla zespołu są góry – wolności i zakotwiczenia, surowości i życia, dzikości i spokoju, domu, tradycji, wychowania, heartlandu.