Moje doświadczenie z kulturą góralską trwa od urodzenia do dzisiaj. Jestem mieszkanką Beskidów – a dokładnie pogranicza Koniakowa i Lalik. Pochodzę z Żywiecczyzny, ale od dziecka przyjaźniłam się z mieszkańcami Trójwsi Beskidzkiej. Jestem z zawodu muzykiem klasycznym. Od dziecka gram na fletach karpackich. Pierwsza muzyka, z którą się zetknęłam w dzieciństwie, to muzyka Beskidów. Jestem założycielką zespołu Królestwo Beskidu oraz muzykiem zawodowym pracującym jako flecistka etniczna oraz klasyczna.
Dla mnie kultura górali to wyjątkowa potęga muzyczno-kulturalna naszego kraju. Tak jak każdy z nas jest inny, tak samo wśród górali istnieją różni ludzie, którzy posiadają różne cechy charakteru. Tak samo mamy osobistości wielkich czynów, które stoją na straży tradycji i jej piękna, ludzi, którzy w sposób szlachetny i elegancki korzystają z kultury beskidzkiej, tworząc nowe jej kierunki, ale są i takie osoby, które, oczywiście, mając ku temu prawo, mistrzowsko profanują każdą frazę, melodykę, rytm i tradycję dla własnych profitów, sławy czy masowych odbiorców.
Dla mnie słowo „góral” było w latach wcześniejszych bardzo ważne, gdyż stanowiło moje jestestwo oraz dumę z miejsca, z którego pochodzę. Od pewnego czasu jednak lubię pisać i mówić, że jestem z Beskidu, gdyż w naszym kraju wciąż pokutuje termin, że „góral to tylko z Podhala”. Aby zatem podkreślić niezwykłą, głęboką i cudnie różnorodną kulturę muzyczną zarówno Żywiecczyzny, jak i Trójwsi Beskidzkiej, staram się nie używać terminów „góral”, „góralska muzyka”, tylko: „dzieje kultury beskidzkiej”, „muzyki z Beskidu” lub po prostu „muzyki gór”.
Czy kultura górali to cepelia? I tak, i nie. Tak – ponieważ modna ostatnio w naszym kraju folkowa ekspansja przyczyniła się do rozwoju wielu „pseudogóralskich” czy „pseudobeskidzkich” instytucji mody folkowej w miastach nizinnych, które mają mocny monopol na nasz kraj (podobnie kultura muzyczna czy rzemiosło „niby” z gór). Według mnie na „cepelię” najmocniej cierpi Podhale, gdzie kulturę tego regionu przekształca się i obniża do najniższej warstwy estetycznej – dość mocno zakrapianej alkoholem, w towarzystwie ociekającego tłuszczem grilla i wszędobylskiej muzyki disco polo, czytaj: „góral polo”. Nieuchronnie nasuwa się powiedzenie: „Nie lubię chamstwa i góralskiej muzyki”. Wydaje mi się, że powoli dotykam sedna tego przysłowia. Postaram się to uzasadnić.
Znam to zdanie od urodzenia. Moja mama powtarzała je za każdym razem, gdy słyszała o imprezach, które kończyły się zazwyczaj bijatyką pod wpływem alkoholu czy też walką o dziewczynę tudzież zazdrość o chłopaka i inne zabawne przez łzy historie. Alkoholizm jest bardzo smutnym postrachem wielu rodzin góralskich (i nie tylko góralskich oczywiście). Koszmar rodzin góralskich z moich rejonów to coś, co zawsze mnie szokowało. Spacerując po mojej miejscowości, nieraz słyszałam płacz bitych kobiet i dzieci. Wypowiedziane „chamstwo” nie dotyczy tylko upojonych „okowitą” mężczyzn, ale i ludzi, którzy ich „kryli”, bo „przecie Daruś taki bidny – nie miesoj siy jesce ci siy łoberwiy”, „Dej spokój – nika nie dzwoń – przecie ino Jonek tam zarabio – kto te dzieci wyzywi jak podzie siedzieć”.
Piszcząc to, przeżywam to bardzo. Jako kobieta – tym bardziej. Dziękuję Bogu, że wychowałam się w góralskiej rodzinie, ale nigdy nie doświadczyłam w niej takich sytuacji. Mój dziadek jako dyrektor miejscowej szkoły podstawowej musiał borykać się z sytuacjami rodzin dotkniętych alkoholizmem i – co za tym idzie – rodzin biednych, nie tylko w związku z deficytem finansowym, ale też psychologicznym. Dziadek i babcia starali się pomagać takim ludziom, ale w moim mniemaniu była to walka z wiatrakami, bo alkoholicy nie rozumieją, co to znaczy „walka z nałogiem” czy „terapia odwykowa”.
Może jeszcze słowo, dlaczego tak bywało, czy bywa… Być może dlatego, że miejscowości najdalej wysunięte na południe nie miały zbyt wiele do zaoferowania w kontekście edukacji czy rozwoju. Miasta z większym wyborem instytucji kulturalnych i edukacyjnych znajdowały się kilkadziesiąt kilometrów od danej miejscowości, np. moje Laliki leżą 25 kilometrów od Żywca. Mimo wszystko odległość czy brak edukacji nigdy nie może być usprawiedliwieniem dla krzywd, zranień i koszmarów rodzinnych. Gdyby tak było, każda rodzina góralska nękałaby się z taką historią, a na szczęcie tak nie jest. Znam wiele wspaniałych rodzin, gdzie tradycja i kultura beskidzka prowadzona jest w sposób zdrowy dla rodzinnego otoczenia.
Kolejne kwestie chamstwa to według mnie karczmiane końcówki imprez, a konkretnie muzykanci, którzy finalnie kończą swoje „popisy” pod karczmianym stolikiem, tracąc przytomność. Jest to oczywiście osobistą sprawą każdego człowieka, ale takie sytuacje niestety mają miejsce nagminnie do dzisiaj u dzieciaków w wieku 15–18 lat. Obserwatorzy, którzy są klientami beskidzkich karczm, czasem są świadkami takich widowisk, ale na szczęcie nie jest to częstą normą. Druga rzecz, która pojawia się w szeroko rozumianym przeze mnie „cepeliowym” chamstwie, to brak zrozumienia dla odmiennych sposobów życia. Brak zrozumienia dla wyznań innych niż katolickie. Oczywiście, w jednej miejscowości poziom tolerancji jest większy, w innej mniejszy. Zauważyłam, że zależy to od górali. Młodsze pokolenie jest już dużo bardziej otwarte na tzw. inny styl życia niż taki, w którym dorastało. Jakieś 20 lat temu wszelkie odstępstwa od normy były niedopuszczalne, wręcz kończyły się wytykaniem palcami czy przymusowym opuszczeniem wsi. Zauważyłam, że najbardziej otwarci są górale śląscy. Może dlatego, że w tym rejonie żyje spora społeczność protestancka, co jednak pozwoliło góralom zauważyć, iż religia katolicka nie jest jedyną religią tego świata.
Muzyka Beskidów żyje w moim sercu i jest jednym z najukochańszych kierunków melodycznych czy frazowych. Biały śpiew górali czy niezwykłe przyśpiewki pasterskie to magia i symbol tych przepięknych gór.
Muzyka zawsze łagodzi obyczaje i, na szczęście, pozwala zdystansować się odrobinę od naszych przywar, z którymi czasami trzeba powalczyć, aby żyło się lepiej w naszej globalnej wiosce. Charakter górali kształtuje muzyka, która towarzyszyła nam kiedyś po każdej pracy w polu, na halach czy w domach. Muzyka unikatowa i przepiękna w swej prostocie. Jest na tyle rozpoznawalna, że nie trzeba mieć dużej wiedzy, aby rozpoznać śpiewających czy grających górali. Podobnie sprawy się mają w kontekście tańców beskidzkich i podhalańskich. Krystaliczna, tradycyjna i pięknie podana „nowa” muzyka Beskidu to uczta dla mego ucha. W górach oczywiście jest wielu artystów i niezwykle utalentowanych artystycznie osób, ale to jest tak oczywiste, że nie będę się o tym rozpisywać.
To jest nasza wielka siła. Z miłości do muzyki Beskidu powstał mój zespół Królestwo Beskidu, gdzie tworzę autorską muzykę opartą na skalach wałaskich – ale już nie mnie oceniać, czy w kontekście czerpania ze źródeł przekraczamy granicę przyzwoitości, czy też nie. Staramy się tworzyć piękną muzykę i czerpiemy z tego tytułu wielką radość. Jak ktoś mówi „góralska muzyka”, „muzyka beskidzka”, moimi pierwszymi skojarzeniami są np.: Józef Broda, Monika Wałach, Czesław Węglarz i mnóstwo innych wspaniałych muzykantów czy twórców. Należy szukać w naszej kulturze tego, co oryginalne i prawdziwe, nie spoglądając na produkty uboczne, które są ulotne, płytkie i egoistycznie nastawione na komercję. Jako mieszkańcy gór beskidzkich przeżyliśmy wiele trudnych lat i mimo to odradzamy się na nowo, co na pewno będzie skutkowało dobrymi owocami na przyszłe lata. Góralska kultura została „wyświechtana” na wszystkie możliwe sposoby profanacją gwary, błędami w dobieraniu strojów, muzyki regionu czy komercjalizacji i upłycaniu jej przez wszelkie media masowego przekazu.
Uważam, że wszystkie powyżej opisane aspekty, które są tylko wierzchołkiem góralskiej „góry lodowej”, tworzą pewien surowy charakter góralskości: surowy klimat, trudne górskie warunki (wychowałam się w miejscowości, która jest małą, ale piękną osadą wśród beskidzkich groni, obecnie mieszkam na wysokości 830 m n.p.m., co jednak czasem jest próbą charakteru), brak dostępu do instytucji kultury, walka o wykształcenie, walka o chleb i możliwość egzystencji kulturalnej – to ważne czynniki, które tworzą nasz charakter. Jedni potrafią sobie z tym radzić i pokonują trudności, inni godzą się na „jakieś” życie i walkę o każdą złotówkę, co czasem skłania ich do upadków, a jeszcze inni mają nieco więcej szczęścia, ponieważ pochodzą z bogatszych rodzin, czy posiadają ustabilizowane materialnie rodziny poza granicami kraju, gdzie mogą wyjechać i podreperować swój stan majątkowy. Wszystko to jest mocnym wyznacznikiem naszego charakteru.
Góralskość to różnorodność i w wielu przypadkach ogromne zamiłowanie do niezależności i wolności. To jedynie moje subiektywne zdanie na temat, o którym mogłabym rozmawiać czy rozpisywać się godzinami.
_____
OD REDAKCJI: Powyższy artykuł stanowi przedruk tekstu Katarzyny Gacek-Dudy, który ukazał się w artykule zbiorowym: K. Trebunia-Tutka, A. Malacina-Karpiel, J. Cząstka-Kłapyta, K. Gacek-Duda, Kultura góralska, czyli jaka?, „Pismo Folkowe” 2019, nr 144 (5), s. 4–6.