Jakub Drożdż / fot. archiwum własne

wywiady

Populizm lubi muzykę. O polityce, emocjach i instrumentalizacji kultury. Rozmowa z Jakubem Drożdżem

OD REDAKCJI: Populizm kulturowy – czym jest, jak wpływa na świat sztuki i jej odbiorców? Marlena Wieczorek rozmawia z Jakubem Drożdżem m.in. o: „elitach” i „ludzie”, różnicy między sektorem kreatywnym a kulturą i sztuką, funkcjonowaniu i budowaniu kapitału przez organizacje pozarządowe, a także wpływie polskiej polityki na świat kultury.

Jakub Drożdż – doktorant na Uniwersytecie Warszawskim, naukowo zajmujący się tematyką populizmu. Zawodowo związany m.in. z dyplomacją, sektorem pozarządowym i kulturą. Współpracuje z fundacjami JAZZ PO POLSKU i Instytutem Dyplomacji Gospodarczej. Jest członkiem zarządu Inkubatora Umowy Społecznej, współautorem książki Umówmy się na Polskę (Znak, 2023) oraz jej anglojęzycznej wersji Let’s Agree on Poland (Oxford University Press, 2025).
_____

Marlena Wieczorek: W swoich badaniach zajmuje się Pan tym, jak populizm wpływa na instytucje i jak powstają nowe kontrelity. Czy widzi Pan podobny mechanizm w kulturze? Czy populizm kulturowy jest bardziej sposobem, w jaki politycy mówią o kulturze i uczestnictwie w niej, czy bardziej tym, jak wykorzystują kulturę do budowania podziałów społecznych?

Jakub Drożdż: Kultura, zdaniem niektórych naukowców, jest wręcz jednym z pierwszych obszarów, w których populiści chcą dokonać zmian z uwagi na właśnie jej elitarny charakter. W związku z tym jest to naturalnie jedno z pól krytyki ze względu na skrajnie antyelitarny, antyestablishmentowy charakter populizmu. Kultura w optyce populistów jest zawładnięta przez złe elity, psujące kulturę, nie wyrażając „prawdziwych” wartości przypisywanych zwykłym ludziom.

Populiści jednocześnie nie są antykulturalni, co zdaje się być powszechnym przeczuciem. Wręcz przeciwnie, dostrzegają ogromną rolę, jaką kultura odgrywa w życiu społecznym, jak kształtuje postawy i wartości obywateli. Prowadząc więc odpowiednią politykę kulturalną, populiści mogą kształtować nowe wartości, nowe wręcz tożsamości, kierując je w stronę „ludu”, do którego się odwołują. Chcą w ten sposób – retorycznie lub z pełnym przekonaniem – zwiększyć reprezentację, obecność „ludu” w kulturze. Proszę zauważyć, że najczęściej działaniom populistów u władzy towarzyszy retoryka wykluczenia części społeczeństwa z kultury, dostępu i reprezentacji w niej pod rządami elit. Jednym z narzędzi, sposobów, które wykorzystują w celu zmian w obszarze kultury, jest mechanizm budowy populistycznej kontrelity, tj. takiej elity, której wartości są zgodne z tymi, które wyznaje reprezentowany przez populistów „lud”. W założeniu dzięki takiej kontrelicie populistyczne projekty kulturowe mają przetrwać zmiany polityczne. Ten właśnie fenomen analizuję w swoich badaniach.

W czasach rządów Prawa i Sprawiedliwości w latach 2015–2023 mieliśmy do czynienia właśnie z projektem budowy nowej elity, szczególnie w obszarze kultury. Badacze Piotr Kulas i Paweł Śpiewak w jednym ze swoich artykułów analizowali proces budowy kontrelity w polskich instytucjach kultury za czasów rządów Prawa i Sprawiedliwości 2015–2023 poprzez politykę kadrową, finansową i instytucjonalną prowadzoną przez wicepremiera i ministra kultury Piotra Glińskiego. Tak samo Ben Stanley badał ten proces w obszarze społeczeństwa obywatelskiego z uwzględnieniem roli nowych instytucji, jak Narodowy Instytut Wolności. Uważam, że minister Gliński pośród wszystkich osób z PiS-u był najbliżej sukcesu w tym projekcie – obszar kultury był niezwykle ważny dla rządu Zjednoczonej Prawicy, skierowano do niego ogromne fundusze, stworzono nowe instytucje kultury, zlikwidowano szereg już istniejących. Dlatego też po przejęciu władzy przez obecną koalicję rządzącą nowy minister kultury, Bartłomiej Sienkiewicz, zabrał się szybko za kadrową „miotłę”.

M.W.: Czyli zauważa Pan komunikację, w której jedni – artyści, gatunki i instytucje – są przedstawiani jako „elity”, a inni jako autentyczny głos zwykłych ludzi?

J.D.: Obszar kultury jest wręcz jednym z modelowych obszarów, w ramach którego można kształtować podział na moralnie dobry „lud” i zepsute elity. Głównym aspektem, dzielącym lud i elity, jest bowiem właśnie moralność. W efekcie część artystów, gatunków czy instytucji może być uznana za moralnie słuszną, a inne nie. Jedni są bardziej wspierani przez rządzących populistów, są „swoi”, inni – pozbawiani wsparcia. Decydują zaś o tym populiści.

Dodatkowo dochodzi tutaj chęć zwiększenia autentyczności przez populistów – utrzymania wizerunku przywiązania do zwykłych ludzi i ich gustów, w tym przypadku kulturalnych. Najgorsze, co może się stać z perspektywy populistów, to jej utrata, oprócz oczywiście utraty zdobytej władzy. Populiści obawiają się, że w trakcie sprawowania władzy staną się tym, z czym walczą, czyli elitami. W związku z tym kreują nowe konflikty z „elitami”, ale też starają się zachować relacje z „ludem”. Proszę zobaczyć, że jedną z przyczyn klęski wieloletniego premiera Węgier, Viktora Orbána, był populizm, który skumulował jego konkurent Peter Magyar. Ludzie przestali traktować Orbána jako ludowego trybuna, a właśnie członka skorumpowanej elity.

M.W.: Załóżmy, że jutro ma Pan zaprojektować politykę kulturalną odporną na populizm. Jakie są trzy mechanizmy, które trzeba wprowadzić?

J.D.: Przekornie powiem, że odrobina populizmu zawsze się przyda. Jako naukowiec nie postrzegam populizmu jako zjawiska do cna złego, ale jako pewną, przede wszystkim emocjonalną reakcję na zamknięcie elit. Jest to pewnego rodzaju zjawisko, fenomen polityczny. Z kolei jako osoba aktywna społecznie uważam, że polityka kulturalna nie może wyrażać jedynie głosu elit, ale musi to być różnorodny głos całego przekroju społeczeństwa, w tym także „ludu”. Musimy się zgodzić, że jesteśmy różni, dlatego też nie zaprojektowałbym polityki kulturalnej „odpornej na populizm” jako taki, ale taką, która by te emocje, tę różnorodność, ten populizm kanalizowała. Opowiadałem o propozycji, którą przedstawiliśmy w książce, a która, oczywiście w mojej opinii, doskonale odpowiada na konflikt lud–elity. Decentralizacja kultury, zwiększenie transparentności organów władzy publicznej i stworzenie narzędzi na rzecz wzmocnienia decyzyjności obywateli. To postulaty, pod którymi bym się podpisał.

M.W.: Z jednej strony w wywiadzie Populizm w Atomowej Dyplomacji mówi Pan, że Donald Tusk nie jest populistyczny, nie sprzeciwia się elitom. Z drugiej strony, rozmawiając z osobami z mojego sektora kultury, często słyszę: „Tuskowi nie zależy na kulturze, prędzej na piłce nożnej, nie pojawia się na ważnych wydarzeniach artystycznych, co np. na Zachodzie jest normą w przypadku osób na najwyższych szczeblach państwa, «oddaje» resort kultury koalicjantowi, który jednak prowadzi narrację bardziej populistyczną”. Jak Pan by to skomentował?

J.D.: Istotnie, nie postrzegam premiera Tuska jako populisty. To, że ktoś odwołuje się do ludowości albo jest blisko obywateli, nie oznacza automatycznie, że jest populistą. Populizm w ujęciu naukowym, a nie powszechnym, to podział na złe elity – dobry lud. Z tego podziału wynikają dwie kwestie: antyelitaryzm – wrogość wobec elit, oraz antypluralizm – uznanie, że populiści są jedynymi, którzy wyrażają wolę ludu. Premier Tusk, z tego, co mi się wydaje, chociaż często nawiązuje do „zwykłych Polek i Polaków”, to raczej nie uznaje się za ich jedynego reprezentanta politycznego, a na pewno już nie jest antyelitarny.

Generalnie zgadzam się, że Ministerstwo Kultury i sam dział administracji kultury pozostają niejako na uboczu rządowych targów i zainteresowań polityków. A szkoda, bo to dobra droga do kreowania miękkiej siły (ang. soft power) za granicą poprzez oddziaływanie kulturalne. Mamy dziesiątki dobrych inicjatyw kulturalnych, które zyskały renomę wśród zagranicznych odbiorców. Ze swojej działki wspomnę tu chociażby o inicjatywie JAZZ PO POLSKU, w którą jestem zaangażowany od lat, a w ramach której zorganizowano już kilkaset koncertów na całym świecie.

Myślę też, że niektórzy politycy nie zdają sobie sprawy, ile mogą zyskać politycznego poparcia dzięki polityce kulturalnej. Mam wrażenie, że paradoksalnie wspomniany PiS to najbardziej rozumiał, ale jako element długofalowej zmiany całości państwa.

Nie jestem też przekonany, że obecne kierownictwo MKiDN-u prowadzi populistyczną politykę. Ostatnio ujawnione badania dotyczące poparcia dla projektu zabezpieczenia zawodu artysty ujawniły, że ministerstwo idzie wbrew dużej części opinii społecznej. Artyści są raczej w tym ujęciu postrzegani jako część elit, a sam projekt je wspiera, chociaż niewątpliwie nie można wrzucać wszystkich do jednego wora.

M.W.: Populistyczne wydaje się nawet podejście do prowadzenia mediów społecznościowych (ale to już na inną rozmowę), natomiast w przypadku artystów jest pewnie problem ze zrozumieniem, o jakiej grupie mówimy, kim właściwie są ci ludzie… Dawno, dawno temu mieliśmy Ministerstwo Sztuki i Kultury, dzisiaj słowo „sztuka” wypadło z nazwy i coraz częściej mówimy o sektorach kreatywnych, przemyśle kultury, ekonomicznej wartości muzyki, designu, filmu, gier czy nowych mediów. Czy MKiDN powinno aktywnie wchodzić w ten obszar i traktować kulturę również jako sektor gospodarki? Czy może jednak te sfery są sferami Ministerstwa Rozwoju, pracy etc. Z kolei Ministerstwo Rozwoju niezbyt „opiekuje się” kulturą… Pytam o to, ponieważ z perspektywy mojej i działań naszego think tanku widzę ryzyko w patrzeniu na kulturę przede wszystkim przez pryzmat jej potencjału ekonomicznego, bo marginalizuje się dość szybko te dziedziny, które nie są dochodowe, ale są społecznie i kulturowo (że nie powiem artystycznie) niezwykle ważne… Myśli się o „tu i teraz”, a nie o tym, ilu ponadczasowych Chopinów „zgubimy” po drodze.

J.D.: Rzeczywiście, trwa ekonomizacja coraz większej ilości obszarów życia, kultura nie jest tu wyjątkiem. Myślę, że MKiDN już zaczęło traktować sektory kreatywne jako część gospodarki. Utworzono np. Centrum Rozwoju Przemysłów Kreatywnych, obecnie Instytut Przemysłów Kreatywnych. Ministerstwa odpowiedzialne za gospodarkę i fundusze wspierają też sektory kreatywne, np. poprzez Polską Agencję Rozwoju Przedsiębiorczości. Natomiast kultury, podobnie jak nauki, nie można sprowadzić wyłącznie do ekonomicznych aspektów. Są one oczywiście potrzebne w dzisiejszym świecie, ale to nie one odgrywają największą rolę.

Sektory kreatywne to też swego rodzaju nowomowa. Wrzucenie muzyki czy tańca do tej samej grupy co gry wideo czy design mija się z celem. Nie wątpię, że gry wideo mają walory artystyczne, ale w generalnym ujęciu są one raczej przedsięwzięciami komercyjnymi. W mojej opinii sektory kreatywne a kultura i sztuka to diametralnie inne sprawy, które należy rozdzielić właśnie ze względu na charakter. Nie twierdzę, że nie należy ich wspierać, ale nie należy ich łączyć. Są też lepsze do „rozliczenia” z perspektywy grantodawców, bo wiemy, jaki jest produkt finalny, że jest policzalny, łatwiej można stworzyć ścieżkę rozwoju, biznesplan. Z pozostałymi „grupami” w ramach sektorów kreatywnych jest już trudniej.

Niemniej nie uważam, że nowe sektory kreatywne powinny ostatecznie wejść do portfolio ministra gospodarki. To nadal jest przestrzeń ministra kultury, którego priorytetem nie powinna być sama wartość ekonomiczna, ale przede wszystkim wartość artystyczna danego przedsięwzięcia.

M.W.: Duże pieniądze w kulturze to też Dni Miast (pisał o tym Jarosław Wasik w Muzyce dla myślących). Mamy biesiadę za publiczne pieniądze, często przeinwestowaną budżetowo. Gdzie w tej muzycznej tradycji jest element podnoszenia kompetencji kulturowych? Właściwie większość tego typu imprez ma działać PR-owo na rzecz np. prezydentów miast. Czy można odmienić ten trend i dopuścić osoby kompetentne do kształtowania polityki kulturalnej regionów bez słowa „wskaźnik ilościowy” na czele? A może już nie warto, bo to po prostu ogromny potencjał polityczny i PR i ten teren został zupełnie zawłaszczony?

J.D.: Nie odkryję Ameryki w stwierdzeniu, że tam, gdzie są pieniądze publiczne, tam zawsze wykorzystywane będą do promocji i PR-u określonych polityków, a także do obsadzania politycznymi nominatami. Z kolei w cieniu hucznych, ale jednak stosunkowo nieczęstych masowych imprez samorządowych działają sprawne ośrodki i centra kultury, do których jako mieszkańcy mamy dostęp na co dzień. Już dzisiaj w dużej mierze to samorządy prowadzą niezwykle aktywną politykę kulturalną dostosowaną do lokalnych wrażliwości i tożsamości i z kompetentnymi osobami w ich strukturach. Myślę, że dla takich instytucji wskaźniki ilościowe mogą mieć mniejsze znaczenie, jako że działają w perspektywie długofalowej jak każde ciała publiczne.

M.W.: Mam wiele zgłoszeń od NGO-sów, z których wynika, że dyrektorzy lokalnych centrów kultury są „namaszczani” np. przez prezydentów, że są to sceny polityczne, że nie zatrudnia się fachowców, którzy mają wolną rękę i dalekosiężne wizje, tylko znowu jakiś kolega wiceprezydenta ma stworzyć tubę PR-ową dla obecnego dygnitarza. Jak ten sektor „odpolitycznić”?

J.D.: Niestety, generalnie nie unikniemy kolesiostwa, ale możemy zachęcić, by zatrudniane były osoby kompetentne, bo inaczej samorząd straci. Osobiście też jestem zwolennikiem decentralizacji kultury, tj. przeniesienia większej części tej sfery do zarządzania przez samorządy. W ten sposób kultura mogłaby być bliżej ludzi, uwzględniając wrażliwości i lokalną specyfikę. Obywatelom byłoby też bliżej dotrzeć do ucha decydentów. Wraz z koleżankami i kolegami współautorami te propozycje przedstawiliśmy w bestsellerowej książce Umówmy się na Polskę, wydanej nakładem Znaku.

Obecnie w sferze kultury mamy zasadę „zwycięzca bierze wszystko” i totalne przemeblowanie obszaru po wygranych/przegranych wyborach. Przeniesienie zarządzania kulturą do samorządów pozwoliłoby uniknąć wielu konfliktów o kulturę, jak np. o Muzeum II Wojny Światowej czy Europejskie Centrum Solidarności.

Za przeniesieniem kompetencji musi też iść wzmocnienie odpowiedzialności wobec obywateli i rozliczalności władz. W naszej propozycji decentralizacji argumentujemy chociażby na rzecz rozwiązania, jakim są rankingi samorządowych usług publicznych. Proponujemy, by mieszkaniec mógł ocenić jakość usług publicznych oraz swoje doświadczenia z administracją samorządową. Jeżeli po scaleniu wyników ze wszystkich obszarów i wszystkich samorządów podlegających ocenie pozycja jakiegoś samorządu obniży się o konkretną liczbę miejsc, wtedy władze takiej jednostki samorządu terytorialnego nie będą mogły ubiegać się o reelekcję.

M.W.: Pytanie jest jednak o to, czy w takim obszarze jak podnoszenie kompetencji kulturowych ma głosować „lud”? Z naszych doświadczeń w rankingach wynika, że jednak wygra biesiada – w negatywnym tego słowa znaczeniu. Pociągnę wątek w stronę „Skolimową” i Prezydenta – gdzie kończy się uzasadniona troska o jakość przestrzeni publicznej i ochronę dzieci, a zaczyna argumentacja: „Ludzie tego słuchają, więc to jest ich kultura”? Czy to jest demokratyczne, czy jednak populistyczne? Bo z jednej strony można powiedzieć: „Bronimy dzieci i normalnych ludzi przed demoralizacją”, a z drugiej: „Elity chcą cenzurować kulturę młodych”.

J.D.: Artyści nie są jakimiś apolitycznymi osobami, mają swoje poglądy i przekonania, które wyrażają tak publicznie, jak w swojej twórczości. Wielu artystów z gatunku muzyki popularnej wykorzystuje swoje piosenki do promocji określonych wartości, które określilibyśmy jako liberalne czy też progresywne. Ostatnio politycy z prawej strony chwalili z kolei rapera Eldo.

Co do samego Skolima – trudno mi powiedzieć, czy to najlepszy wybór na prawicową czy też konserwatywną imprezę polityczną. To, że ktoś ma określoną twórczość, nie oznacza od razu, że jest wzorem do naśladowania. Osobiście wybrałbym raczej innych artystów na te okazje. Raczej też byśmy się zdziwili, gdyby na Campus Polska pojawiła się osoba w stylu np. Fagaty i byłoby to szeroko komentowane. Chociaż sam Campus miał już swoje wpadki muzyczne. Trafnie ujął to też dr Paweł Kotla, oceniając, że wydarzenie w Juracie to niewykorzystana szansa na pokazanie młodzieży czegoś niekoniecznie z ich „podwórka”.

M.W.: Ja sama obecnie praktycznie nie biorę udziału w konsultacjach społecznych. Po pierwsze, dlatego że uważam, że na pewnym etapie rozwoju zawodowego wiedza ekspercka powinna być opłacana (a mam poczucie, że część przypadkowych osób u władzy po prostu chce darmowych doradców, którzy „zatuszują” braki kompetencyjne), a po drugie, dlatego że dochodzimy w tej naszej demokracji do sytuacji, w której konsultacje są jakimś listkiem figowym dla bierności i lęku przed odważną decyzyjnością, właściwie zmierzają one w stronę referendum, a więc nierzadko „średniactwa”. Jak można wzmocnić niezależność głosu mądrych ludzi, nie rezygnując z prawa do wysłuchania „głosu ludu”?

J.D.: Rzeczywiście, sam dostrzegam, że konsultacje, proces udziału strony społecznej w tworzeniu polityk publicznych, są często robione niejako „na pokaz”, byle wpisać do Excela, że się odbyły, i się tym później chwalić, podczas gdy i tak przyjmie się z góry zakładane rozwiązania. W rezultacie strona społeczna nierzadko ma poczucie ogromnego rozczarowania i zniechęcenia. Myślę, że coraz więcej organizacje pozarządowe, a w szczególności think tanki, muszą myśleć o aktywnym lobbingu, uczyć się go i nie wstydzić wykorzystywać jego narzędzi. Wiem, że w Polsce to słowo źle się kojarzy, możemy zatem używać ładnego polskiego słowa „rzecznictwo”. Sprawna aktywność rzecznicza poprzez serię spotkań z decydentami, raporty, udział w ciałach parlamentarnych – to jest droga do wzmocnienia głosu obywateli. A więc niejako profesjonalizacja.

M.W.: Kiedy polityk wybiera konkretną piosenkę na wiec, konwencję czy kampanię, co właściwie komunikuje? Czy spotkał się Pan z politykami, którzy na wiecach sięgali do muzyki tzw. poważnej? (śmiech) I czy wybór „muzyki dla zwykłych ludzi” jest już elementem populistycznego myślenia?

J.D.: Jest to bardzo ciekawa obserwacja. Myślę, że na pewno wybór konkretnego gatunku muzycznego, a nawet artysty i piosenki, to pewnego rodzaju deklaracja, sposób pokazania, że dana opcja polityczna jest bliżej któregoś typu słuchaczy.

Uważam, że muzyka jest też często wyrazem, deklaracją polityczną. Proszę zobaczyć chociażby, jaką popularność zrobił bardzo kontrowersyjny utwór pt. Auslander Raus w Niemczech i jak wykorzystywały go siły prawicowe i populistyczne. Innym przykładem jest popularny w latach 2020–2023 utwór o również dość kontrowersyjnym tytule (na pewno wszyscy wiemy, o jaki utwór chodzi), wykorzystywany licznie przed wyborami w 2023 roku. Sam chętnie zobaczyłbym badanie, w którym dokonanoby analizy tego, z jakich gatunków muzycznych i artystów korzystają partie polityczne, w szczególności populistyczne, podczas swoich wydarzeń i w ramach swoich działań.

Natomiast muzyka poważna, w moim odczuciu, raczej nie pasuje zbytnio do eventów politycznych. Nie zdziwiłbym się jednak, gdyby wykorzystywano podczas nich muzykę epicka, filmową, w stylu twórczości Two Steps from Hell. Prezydent Warszawy Rafał Trzaskowski jako syn jazzmana często korzysta z muzyki jazzowej. Ostatnimi czasy na współtworzonym przez niego Campus Polska często goszczą młode, polskie zespoły jazzowe.

M.W.: Działa Pan w organizacjach pozarządowych i współtworzy projekty, które próbowały szukać rozwiązania ponad polaryzacją polityczną. Czy uważa Pan, że NGO-sy mogą być w kulturze właśnie taką trzecią siłą pomiędzy państwem a rynkiem?

J.D.: Nie bez powodu sektor pozarządowy jest nazywany trzecim sektorem. Jednocześnie, przynajmniej w Polsce, sektor ten jest na pewno najsłabszym z całej trójki – i niestety długo takim pozostanie. Liczne raporty – w tym ostatni Ministerstwa Kultury – zwracają uwagę na to, że NGO-sy opierają się głównie na kapitale ludzkim – pracy swoich członków, zazwyczaj pro publico bono. Mało które organizacje pozarządowe mają stabilne, długotrwałe źródła finansowania czy to z fundraisingu, czy z działalności gospodarczej, czy też sponsoringu. Grantoza, poleganie głównie na dofinansowaniach z sektora publicznego, jest elementem, który prędko nie zniknie z trzeciego sektora.

M.W.: Z mojej perspektywy potencjał intelektualny Fundacji MEAKULTURA absolutnie nie jest wykorzystywany przez państwo, według mnie to „kara” za niezależność. Działamy 15 lat, więc widzimy, że z każdą nową ekipą rządzących pojawia się i rzesza nowych dyrektorów czy pracowników i że większość z nich lubi działać „wsobnie”. Mam poczucie, że państwu NGO-sy przeszkadzają. Toleruje się tych od wykonywania incydentalnych zadań za dużo mniejsze stawki, natomiast nie ma przestrzeni w myśleniu, że mogą być takie formacje pozarządowe, które trzeba wzmocnić systemowo, bo są realnymi ciałami eksperckimi i partnerami, którzy mają prawo również krytykować państwo i proponować własną politykę kulturalną. Jaką rolę widzi Pan w takich ogólnopolskich formacjach eksperckich i w jaki sposób można zabezpieczyć ich niezależność?

J.D.: Moja obserwacja jest taka, że, zgodnie z typologią relacji państwo–NGO autorstwa Coopera i Hockinga [Governments, Non-governmental Organisations and the Re-calibration of Diplomacy – przyp. red.] w Polsce NGO-sy pełnią funkcję wykonawcy (ang. agent). Są raczej zleceniobiorcami niż inicjatorami projektów, z uwagi na chociażby dyscyplinę finansów publicznych. Zmagać się muszą także z dość kuriozalnymi wymaganiami, jak np. wysokie wkłady własne.

Działania zmierzające do osiągnięcia pełnej niezależności podejmują także uczelnie wyższe. Głośno mówi o tym rektor UW Alojzy Nowak, którego celem jest zbudowanie kapitału żelaznego, umożliwiającego osiągnięcie finansowej niezależności. W obszarze NGO Narodowy Instytut Wolności miał ofertę dla think tanków, a także w kwestii budowania kapitałów żelaznych.

Natomiast nie zmienia to mojej opinii o potrzebie profesjonalizacji sektora i większej działalności rzeczniczej. Im więcej udziału organizacji społecznych w tworzeniu polityki publicznych, tym lepiej.

M.W.: UW szuka finansowej niezależności, my działamy rzeczniczo, ale w ramach działań pro bono – jeśli chcemy działać silnie opiniotwórczo, to musimy być niezależni, a jeśli zaczniemy pracować w ministerstwach czy prosić o granty z ministerstwa, to trudno mówić o swobodzie zawodowej i intelektualnej. Nawet na niższym poziomie działań organizacje boją się przeciwstawiać, „bo będą na czarnej liście i nigdy już nie dostaną dotacji”. Jak z poziomu NGO-sa eksperckiego, i to z sektora kultury, który uważany jest za domenę państwa, stworzyć taki kapitał żelazny? Jak wiemy, pomysł nie wytrzymał próby czasu, ale nadal są to pieniądze i instytucja państwowa od formacji niepaństwowych.

J.D.: Nie ma tu prostej odpowiedzi, podręcznika „Jak stworzyć niezależny think tank”, bo tego typu organizacje mają zawsze swoją agendę do realizacji, która może nie odpowiadać rządzącym. Widać to było chociażby na głośnym przykładzie Nowej Konfederacji. Stworzenie sprawnego, efektywnego i funkcjonującego w perspektywie kilkunastu, kilkudziesięciu lat think tanku, organizacji rzeczniczej, to nie lada wyzwanie i trzeba od razu to sobie powiedzieć. Według klasycznego podejścia Weavera think tank pełni jedną z trzech ról: uczelnia bez studentów, instytucja badawcza na zlecenie oraz właśnie rzecznictwo. Czwarty model to z kolei think tanki partyjne. Generalnie więc, to organizacje, które stanowią według szeregu naukowców swego rodzaju „elitę” wśród organizacji pozarządowych, dlatego więcej się od takiej organizacji wymaga, bo i jej zadanie czy rola są inne.

Już w momencie identyfikacji potrzeby rzecznictwa na rzecz jakiejś kwestii i decyzji o powstaniu potrzebny jest więc duży kapitał zarówno ludzki, finansowy, jak i relacyjny. Uważam, że niezależność musi być budowana od razu, w momencie założenia think tanku, poprzez zgromadzenie wspomnianego kapitału na starcie, tak by zapewnić możliwości działania organizacji, a dalej poprzez dywersyfikację źródeł finansowania. Należy czerpać ze źródeł publicznych, współpracować z biznesem, stale poszukiwać możliwości finansowych, ale też dbać o widoczność w przestrzeni publicznej. Myślę, że w miarę dalszego rozwoju kapitału finansowego o polskim rodowodzie wzrośnie liczba przedsiębiorców, którzy staną się mecenasami think tanków oraz innych organizacji pozarządowych. To jest bariera, która sprawia, że państwo jest głównym mecenasem i źródłem utrzymania organizacji pozarządowych.

M.W.: Obecnie powstają inicjatywy państwowe zmierzające do aktywizacji tematu mecenatu kultury. W naszym środowisku jest jednak obawa, że to jest po prostu szukanie sposobu na odciążenie budżetu państwa i przekierowanie kolejnych funduszy do instytucji i samorządów przy jeszcze większym wypieraniu z sektora NGO, a więc ludzi kultury, którym zabiera się przestrzeń zawodową. Z chęcią porozmawiam o tym w przyszłości, a tymczasem bardzo dziękuję za niepopulistyczną rozmowę.

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć