Wracam z Cannes z poczuciem bardzo dużego dysonansu wobec trwającej w Polsce dyskusji o reformie wsparcia artystów, dopłatach do składek i systemowym finansowaniu twórców. Im dłużej obserwuję środowisko kultury – zarówno lokalnie, jak i międzynarodowo – tym mocniej mam poczucie, że w tej debacie miesza się kilka zupełnie różnych problemów. Czym innym jest twórca wybitny, który realnie współtworzy kapitał kulturowy państwa, ale nie jest w stanie utrzymać się wyłącznie z twórczości, a czym innym osoba, która po prostu funkcjonuje w środowisku artystycznym, ale jej dorobek nie ma większego znaczenia ani trwałości.
Patrzę na propozycje Ministerstwa Kultury dotyczące dopłat do składek ZUS i honorariów dla artystów i mam coraz mocniejszą refleksję, że sam pomysł wsparcia nie jest jeszcze rozwiązaniem problemu. Przewrotnie postuluję, że być może warto byłoby wspierać przede wszystkim tych, którzy naprawdę tworzą wartość tutaj, w Polsce. Twórców wybitnych, którzy chcą żyć i pracować w tym kraju, którzy rozsławiają nas na świecie nie dlatego, że napisali na Instagramie, że są sławni albo zrobili sobie zdjęcie na festiwalu, tylko dlatego, że rzeczywiście tworzą rzeczy dobre, konieczne i ponadczasowe. To, że tworzą jako Polacy, często jest ich świadomym wyborem. Nie odcinają się od lokalnych kodów kulturowych, tylko w nich pracują i je wzmacniają. Nawet jeśli ten kod jest trudny, lokalny, nieoczywisty, potrafią przełożyć go na język uniwersalny, zachowując nastrój, ciężar i charakter.
Mam też coraz większe przekonanie, że polska debata o kulturze zaczyna mylić widzialność z wartością. Rozpoznawalność medialna, obecność na wydarzeniach, autoprezentacja czy sprawność w poruszaniu się po systemie grantowym coraz częściej zastępują rozmowę o jakości dzieła, warsztacie, wpływie kulturowym i długofalowym znaczeniu twórczości.
Kultura nie rozwija się od samego faktu, że ktoś deklaruje się jako artysta. Rozwija się wtedy, kiedy pojawiają się osoby, które potrafią nadać doświadczeniu formę, język i znaczenie. Dlatego wsparcie publiczne nie powinno być prostym zasiłkiem od nieregularnych dochodów, ale narzędziem ochrony dorobku, którego znaczenie wykracza ponad prywatną karierę jednej osoby. W przeciwnym razie stworzymy kolejny system, w którym najbardziej sprawni będą nie najwybitniejsi twórcy, tylko najlepsi w obsłudze formularzy, komisji, autoprezentacji i środowiskowych układów.
Tu zaczyna się kolejny problem. Jeśli zatrudnimy urzędników do orzekania, kto jest artystą wybitnym, to problemu nie rozwiążemy, tylko przesuniemy go głębiej w system. Sam fakt bycia urzędnikiem nie czyni nikogo specjalistą od hierarchii wartości w kulturze.
Powoływanie się dziś na argument, że „wielcy artyści często byli niedocenieni za życia, jak np. van Gogh”, również coraz częściej brzmi jak intelektualny skrót i historyczne uproszczenie. To nie jest dowód na to, że państwo powinno bezrefleksyjnie finansować każdego, kto deklaruje się jako artysta.
Historia kultury pokazuje przecież także coś dokładnie odwrotnego: wielki, świadomy mecenat kierowany do twórców uznanych już za życia. Renesans nie powstał z biedy artystów, ale również dzięki elitom politycznym i finansowym, które potrafiły rozpoznać talent i finansować go ponad przeciętność. Medyceusze budowali potęgę Florencji poprzez sztukę, papieże zamawiali dzieła u Michała Anioła i Rafaela, a dwory włoskich książąt traktowały kulturę jako element budowania znaczenia cywilizacyjnego, a nie wyłącznie socjalnego wsparcia dla środowiska artystycznego. To pokazuje, że problemem nie jest samo finansowanie sztuki, ale jakość wyboru kogo, za co i według jakiej hierarchii państwo decyduje się chronić.
Dziś bardzo często myli się widzialność z wartością. Ktoś może być obecny medialnie, sfotografowany, zaproszony, dobrze opowiadający o sobie, a jednocześnie nie tworzyć niczego, co realnie zostanie w kulturze. Tymczasem prawdziwy dorobek nie zawsze jest najgłośniejszy w momencie powstawania.
Wsparcie dla artystów nie może być rekompensatą za sam fakt bycia w trudnej sytuacji – jest to problem ważny społecznie, ale nie może być jedynym kryterium polityki kulturalnej. Państwo, jeśli już wydaje publiczne pieniądze, powinno pytać nie tylko: „Komu jest ciężko?”, ale także: „Co ta osoba wnosi do wspólnego zasobu kultury?”.
Nie chodzi o to, żeby państwo „utrzymywało artystów”. Chodzi o to, żeby nie traciło tych, którzy realnie poszerzają język, wyobraźnię i znaczenie polskiej kultury. Największym błędem byłoby bowiem stworzenie systemu, który pod hasłem pomocy artystom utrwali przeciętność, a nie ochroni wybitności.
_____
OD REDAKCJI: Powyższy artykuł pierwotnie ukazał się na profilu autorki w serwisie LinkedIn, 28.05.2026.

