Mglisty poranek w lesie iglastym. Rześki świt nad górskim potokiem. Chowające się słońce za morskim horyzontem. Stopiony w poświacie własnego blasku pełni księżyc nad miastem. Rozsypane w pozornym nieładzie na niskim niebie gwiazdy ponad wiejskimi łanami zbóż. Wszystko to, a nawet więcej wydarzyło się jednego wieczoru 5 marca bieżącego roku w wypełnionej niemal po brzegi sali koncertowej katowickiego NOSPR-u. Niespełna 1800 muzycznych krajobrazów i dźwiękowych pamiętników wybrzmiało w umysłach i sercach słuchaczy. Max Richter (instrumenty klawiszowe i elektroniczne) wraz z zespołem (2 skrzypiec, altówka, 2 wiolonczele) wystąpił podczas jedynego w Polsce koncertu na tegorocznej trasie „In a Landsacpe & The Blue Notebooks”.
Artysta krótkim słowem wprowadził zebranych w obie części wydarzenia, prezentując koncepcje dwóch albumów, na których opiera się tour. In a Landscape (2024) oraz The Blue Notebooks (2004) dzieli 20 lat, łączy jednak głęboka refleksja nad światem – zarówno tym najbliższym codzienności człowieka, jak i tym bardziej odległym, na który „szara” jednostka wydaje się nie mieć większego wpływu. Często mimo wszelkich założeń twórców – kompozytorów, poetów, malarzy, rzeźbiarzy, grafików – ostatecznie odbiorca i tak filtruje dzieło przez własne, szeroko pojęte, intymne „ja”. U słuchaczy czwartkowego koncertu dało się dojrzeć m.in. zachwyt, wzruszenie, przejęcie, zamyślenie.
W twórczości Maxa Richtera klasyka i elektronika to jedno. Wszystko przenika się tak spójnie i umiejętnie, bez jakkolwiek słyszalnych „odcięć” brzmieniowych, jakby w taki właśnie sposób muzyka klasyczna istniała od zawsze. W pierwszej części koncertu wybrzmiały melodie albumu wydanego przed dwoma laty.
Gdyby posłużyć się słowami przypisywanymi m.in. Williamowi Shakespeare’owi – „Ziemia ma muzykę dla tych, którzy słuchają” – to Max Richter z pewnością jest jednym z najwierniejszych słuchaczy natury, co wyraźnie widać w jego twórczości. W krótkim prologu do wieczoru wyznał, że kompozycje zawarte na albumie to połączenie przeciwstawnych sobie biegunów, takich jak: instrumenty akustyczne i instrumenty elektroniczne, świat przyrody i świat człowieka, to, co na zewnątrz, i to, co wewnątrz. To krajobrazy zarówno nas samych, jak i otoczenia, w którym trwamy i doświadczamy.
„Pełnoprawne” kompozycje przeplatają krótkie, kilkudziesięciosekundowe muzyczne sceny z życia codziennego, w których słyszymy m.in.: śpiewy ptaków, głosy niewyraźnych rozmów, dźwięki kroków czy fragmenty miejskiej audiosfery. Artyście z pewnością sprzyjają okoliczności, w jakich kompozycje powstają – położone w Oxfordshire Studio Richter Mahr w to swoisty twórczy azyl otoczony ponad 12 hektarami lasu. Jeśli muzyka rzeczywiście mówi prawdę o człowieku, to brytyjski kompozytor ucieleśnia pokój, dobro i harmonię.
Dokładnie z takim pacyfistycznym (choć pełnym żalu) przesłaniem Richter przychodzi w „niebieskim” albumie. Po przerwie popłynęły melodie skomponowane w 2003 roku, odwołujące się do pierwszego etapu wojny w Iraku. Dziś, w kontekście obecnej sytuacji na Bliskim Wschodzie, powrót do płyty The Blue Notebooks jest fundamentalnie uzasadniony, a materiał na nowo staje się aktualny. Muzyka ta narodziła się na skutek masowych protestów przeciwko wojnie, w których Richter również uczestniczył. Kompozytor nakreślił słuchaczom kontekst, uzasadniając, że utwory stanowią medytację, refleksję nad kompletną bezsensownością wojny i przemocy. Muzyce w albumie towarzyszy twórczość dwóch znamienitych autorów: teksty Franza Kafki i poezja Czesława Miłosza. Wybrane fragmenty odczytane głosem lektorki stanowiły dodatkowe, pozamuzyczne wyznanie. To niezwykłe, jak bardzo treści powstałe dekady temu znajdują odzwierciedlenie w czasie na pozór zupełnie innym.
Jeszcze zanim wybrzmiały pierwsze dźwięki, już wizualnie słuchacz znalazł się w innym świecie. Najprostsza z możliwych, najbardziej minimalistyczna scena w scenie utworzyła symboliczną (zaryzykuję nawet określenie – metafizyczną) przestrzeń, w której znaleźli się zarówno wykonawcy, jak i odbiorcy. Wydzielony na estradzie niewielki, świetlisty prostokąt otwierał się wyłącznie przed publicznością – wydawało się, jakby muzyka otrzymała polecenie ograniczonego pola przemieszczania się. Tylko wykonawcy i publiczność. Żaden dźwięk, żadne płynące w melodii przesłanie nie powinny trafić nigdzie indziej, jak bezpośrednio do każdego słuchacza.
Max Richter i zespół mieli w sobie czystą prawdę, dojmującą wrażliwość i coraz rzadziej spotykaną autentyczność. Muzyka była daleka od popularnego small talku czy próżnego bełkotu, do jakiego można porównać wiele współczesnych, muzyczno-podobnych wytworów. Była klarownym wyznaniem i czułą refleksją – zarówno samego Richtera i wykonawców, jak i odbiorców, którzy „tylko” słuchali. Transcendencja? Metafizyka? Wie tylko ten, kto uczestniczył w tym szkatułkowym, ewidentnie wyselekcjonowanym jednostkowo doświadczeniu.
Owo doświadczenie, jakkolwiek ponadrzeczywiste, sprowadzały na ziemię ciągłe… brawa. Tego wieczoru w Katowicach podczas pierwszej części koncertu wdzięczna publiczność nagradzała każdą kompozycję oklaskami. Mimo wyraźnej postawy artystów, jak chociażby brak ukłonów między utworami i bezkontaktowe z publiką przejścia do kolejnych kompozycji, słuchacze wytrwale klaskali po każdym zakończeniu. Co prawda przez należyty, lecz zbyt częsty aplauz, samej muzyce brakowało nieco powietrza. Po powrocie na scenę wykonawcy ewidentnie chcieli zapobiec powtórce sprzed przerwy, wskutek czego bardzo szybko rozpoczynali każdy następny utwór. „Poganiane” melodie aż prosiły się o nieco oddechu. Po znakomitym finale zabrakło również ciszy, w której nie tylko gęste brzmienie odnalazłoby swoją przestrzeń, ale również mogło dopełnić się to nie do końca możliwe do nazwania kulminacyjne poczucie spełnienia, jakie w człowieku wywołuje prawdziwa sztuka przez wielkie „S”. Żywo zachwycona publiczność momentalnie wybuchła gromkimi brawami i owacjami na stojąco. W moim odczuciu prezentacja materiału z każdego albumu miała charakter swoistego spektaklu bądź obrazu, pewnej intymnej opowieści, której nie należy przerywać aż do zamknięcia okładki. Niestety, nie do końca wszystko wybrzmiało tak, jak na to zasługiwało, i pozostało uczucie szczypty dziegciu…
Mimo wszystko czuję, że w wielu momentach tego muzycznego wydarzenia część uczestników rzeczywiście spotkała się w tym samym miejscu, które w melodiach zawarł Max Richter. Jednak doświadczenie tego wieczoru przyniosło coś więcej. Coś, co w dobie niekontrolowanej masy informacji, sztuczności, dezintegracji oraz irracjonalnej gonitwy ginie pod gruzami gniewu, zawiści, egoizmu i egocentryzmu: ukojenie. Proste, ciche, przyniesione w dźwiękach wytchnienia, które choć na chwilę pomaga zwolnić, delikatnie zmuszając do refleksji nad sobą i światem. Ukojenie, która spaja.