Rafał Wysocki / fot. archiwum własne

wywiady

Ciało nie kłamie. Rozmowa z Rafałem Wysockim

OD REDAKCJI: Rozmowa Kingi Richter-Sitko z fizjoterapeutą Rafałem Wysockim powstała podczas programu Mentoring Dziennikarski Fundacji MEAKULTURA w edycji 2024/2025. Zajęcia odbyły się w siedzibie partnera Fundacji MEAKULTURA – Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. Partnerem programu było Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

Rafał Wysocki – fizjoterapeuta i osteopata. W swojej pracy pomaga sportowcom i muzykom w powrocie do sprawności, zapobieganiu kontuzjom i zwiększeniu efektywności w pracy zawodowej, np. w pracy z instrumentem.
_____

Kinga Richter-Sitko: Jedną z Pana aktywności zawodowych jest praca z pacjentami muzykami. Czy możemy fizjoterapię muzyków nazwać specjalizacją?

Rafał Wysocki: Specjalizacje wyróżniamy z punktu widzenia struktur medycznych, czyli np. mięśniowo-szkieletowa, neurologiczna, ortopedyczna… Więc, odpowiadając na Pani pytanie, raczej nie. Możemy nazwać ją w ten sposób jedynie umownie. Jako fizjoterapeuci jesteśmy kształceni w sposób wszechstronny, tzn. w procesie edukacji mamy całe dziedziny poświęcone ortopedii, reumatologii, neurologii, traumatologii, a to, gdzie nas nasze życie pociągnie, to kwestia zainteresowań, doświadczenia. Jeżeli popatrzymy na sport, to możemy się specjalizować w każdej poszczególnej dyscyplinie, która rządzi się swoimi prawami. Skoczkowie będą mieli inne problemy i inne przygotowanie motoryczne niż np. maratończycy. Jeśli chodzi o muzyków, to instrumentaliści i wokaliści też stanowią dwie różne dyscypliny. Dodatkowo instrumentalistów możemy podzielić ze względu na poszczególne instrumenty – smyczkowe, dęte itd. – a wokalistów na tych klasycznych i rozrywkowych. Natomiast elementem, który wszystko to łączy, jest człowiek, jego fizjologia, anatomia. Reszta to kontekstowość zdarzeń, np. kontekst pracy ciała w danym środowisku. Dodam tylko, że leczenie instrumentalistów jest dziedziną stosunkowo nową, i to nie tylko w Polsce, ale na całym świecie.

K.R.S.: Czy w takim razie doświadczenia związane z muzyką lub wykształcenie w tym kierunku są konieczne, by skutecznie pracować z muzykami jako fizjoterapeuta?

R.W.: Nie jestem ani instrumentalistą, ani wokalistą i pewnie świat nie jest gotowy na to, żebym się tym zajął. (śmiech) Nie musimy mieć złamanej ręki, żeby rehabilitować pacjenta ze złamaną ręką. Empiryczne podejście nie jest konieczne do tego, żeby pomóc pacjentowi. Zdecydowanie ważniejsze jest krytyczne podejście oraz dedukcja – znalezienie przyczyny problemu, a następnie dobranie odpowiednich środków i metod pracy. Bez zaangażowania emocjonalnego możemy być też bardziej efektywni.

K.R.S.: Mówił Pan wcześniej, że praca z muzykami to dopiero raczkująca dziedzina. Jak Pan przewiduje jej przyszłość? Czy będzie stawała się coraz popularniejsza, bo jest duże zainteresowanie i – co by nie mówić – potrzeba rynku?

R.W.: Czy jest to dziedzina rozwojowa? Tak. Czy rynek tego potrzebuje? Pewnie tak. Czy instrumentaliści i wokaliści tego potrzebują i wiedzą o tym? Obawiam się, że nie do końca… Potrzebę mają, o tym jestem przekonany, ale często z nią nic nie robią. Czy zna Pani taką amerykańską historyjkę, w której pewien człowiek słyszy, jak po drugiej stronie ulicy pies strasznie skomli? Przechodzi więc i pyta właściciela tego psa siedzącego obok, dlaczego pies tak jęczy. Na co właściciel odpowiada, że pies skomli, bo siedzi na własnym ogonie. Przechodzień więc pyta, czy nie chce zatem z niego zejść? Na co właściciel odpowiada: „Prawdopodobnie nie boli go tak mocno”. Problem polega na tym, że podobna sytuacja jest ze środowiskiem muzyków: wszyscy jęczą, nikt z tym nic nie robi.

Wydaje mi się, że spośród różnych środowisk, z którymi pracuję (a pracuję z wieloma), środowisko muzyków jest najbardziej oporne do zmiany czegokolwiek. Niestety jako muzycy jesteście kształceni w środowisku, które jest… patologiczne, z tego względu, że was się uczy, żeby bolało, bo wszystkich przed wami też bolało. Niewiele jest takich grup wśród muzyków, które są entuzjastycznie nastawione do słuchania i wprowadzania zmian.

Takie pozytywne doświadczenie mam np. z Akademią Muzyczną we Wrocławiu, gdzie prowadziłem wykład dotyczący pracy dyrygentów z chórami dziecięcymi. Mój wykład z 45-minutowego przedłużył się do 120 minut, a ze 100 slajdów dotarliśmy może do szóstego. Było za to bardzo dużo praktyki i pytań, a pani prof. Małgorzata Podzielny, która mnie zaprosiła, wychodziła z założenia, że jako pedagodzy muszą wiedzieć więcej, żeby nie „uszkodzić” dzieci, z którymi na co dzień pracują.

K.R.S.: Czy zatem edukacja może być sposobem na „zaleczenie” tej sytuacji?

R.W.: Problem w tym, że to sam system jest wadliwy. Rozpoczynając edukację muzyczną w wieku 5–6 lat, wasze dzieciństwo jest zaburzone, bo musieliście ćwiczyć i grać. Dodatkowo to nauczyciel bierze na siebie obowiązek rozwoju, często się o tym zapomina. Instrumenty to kolejny duży problem – jeśli daje Pani dziecku od 5–6 roku życia skrzypce, to znaczy, że cały układ powięziowo-mięśniowo-kostny i nerwowy będzie się rozwijać wedle osi instrumentu. To nie jest fizjologiczne.

K.R.S.: Choć sama jestem zawodową instrumentalistką, to wielokrotnie zastanawiałam się nad skutkami związanymi z wczesnym rozpoczynaniem nauki gry na instrumencie. Z jednej strony ogromne korzyści: rozwój emocjonalny, estetyczny, rozwój kreatywności, lepsza koncentracja, zapamiętywanie… Jest tego naprawdę dużo. A z drugiej strony zmaganie się z często niedostosowanym do wzrostu dziecka instrumentem, z instrumentem za ciężkim, czy pozostawanie w nienaturalnej pozycji wymuszonej utrzymaniem instrumentu… Nasuwa się pytanie: czy to jest tego warte?

R.W.: Myślę, że tutaj trzeba zapytać własnego środowiska. Z punktu widzenia muzyki jako pewnej wartości nadrzędnej, jako nośnika kultury, emocji, doznań i refleksji z nią związanych, to jest ona niezmiernie ważna. Proszę też popatrzeć na higienę życia muzyków. Kiedyś słyszałem o tym, jak to Filharmonicy Wiedeńscy wybrali się na rowery. Po 15–20 minutach musiał przyjechać ambulans – jeden z muzyków miał podejrzenie zawału serca, więc wszyscy pozostali skręcili do najbliższego pubu, żeby się napić i zjeść. Trochę tak wygląda ten obraz.

Przygotowanie motoryczne i ogólnorozwojowe powinno występować równolegle do momentu rozpoczęcia nauki gry na instrumencie, powinno być urozmaicenie. Wy tego nie macie ze względu na to, że w tym sektorze nie ma pieniędzy. Proszę popatrzeć na sportowców, zwłaszcza piłkarzy, których pensje są astronomiczne. Tam całe sztaby pracują nad zdrowiem i kondycją każdego z graczy. Tu niestety wygląda to zupełnie inaczej.

K.R.S.: Czy do instrumentalistów grających na konkretnych instrumentach możemy przypisać najbardziej prawdopodobne wady postawy?

R.W.: Myślę, że jest to bardziej osobnicze z tego względu, że do każdego instrumentu potrafimy się zaadaptować indywidualnie. Zatem w grze na skrzypcach ułożenie klatki piersiowej może być w deflacji lub elewacji (nisko lub wysoko), jest też jednostronne podparcie na lewym ramieniu jako determinanta niezmienna. Dodatkowo kwestie, takie jak: Czy muzyk gra częściej na siedząco czy stojąco? Jak są ułożone nogi, kolana, miednica? Czy siedzi na całym krześle, czy na końcu krzesła? Jeżeli ktoś ma duży brzuch, to też będzie on determinantą, którą trzeba wziąć pod uwagę. Ja nazywam to na wykładach fenomenologią, czyli kontekstowością zdarzeń. Dlatego nawet w kontekście jednego instrumentu możemy mieć wiele wariacji i pewnie – jest jedna rzecz składowa, która jest niezmienna, i jest to instrument, ale pozostaje pytanie: Czy to muzyk „zawija” się wokół instrumentu, czy nakłada go na siebie?

K.R.S.: Rozpoczynając edukację w bardzo młodym wieku i kontynuując przez długie lata, obawiam się, że to nasze ciało dostosowuje się częściej do instrumentu.

R.W.: Niestety, ma Pani rację.

K.R.: Zróbmy studium przypadku. Weźmy zawodowego muzyka instrumentalistę, żyjącego higienicznie, uprawiającego sport, robiącego regularnie badania profilaktyczne, niepalącego, pijącego alkohol sporadycznie lub wcale. Czy w jego przypadku możliwe jest życie bez bólu i kontuzji wynikających z zawodu, czy wciąż ich pojawienie się jest tylko kwestią czasu?

R.W.: Z punktu widzenia doświadczenia życiowego raczej jest to kwestia czasu. Zawsze jest przypadkowość. To jest tak jak z zakładem Pascala. Zna Pani?

K.R.S.: Tak, znam.

R.W.: Nawet jeżeli Boga nie ma, a Pani wierzy, to nic Pani nie traci, prawda? Więc lepiej żyć higienicznie i korzystać ze zdrowia. Zwiększa sobie Pani w ten sposób szanse, żeby żyć dłużej w dobrym zdrowiu i w godności życia, bo to o to chodzi. Czy tak będzie na pewno? Tego nie wie nikt. To jak z przygotowaniem do egzaminu. Jeśli nauczy się Pani 70% materiału, to ma Pani większe szanse na zdanie niż ktoś, kto nauczył się w 30%. Ale też może mieć Pani pecha, a ktoś inny szczęście. Dlatego mamy takie przykłady, że ktoś palił całe życie, a nie ma żadnych zmian nowotworowych.

K.R.S.: Czy rola fizjoterapeuty jest kluczowa w dbaniu o kondycję swojego ciała?

R.W.: To zależy od świadomości danej osoby. Im pacjent jest bardziej świadomy swojego ciała i jego możliwości, tym bardziej do fizjoterapeuty czy osteopaty podchodzi jak do znaków, pewnych drogowskazów. My dążymy w pracy z pacjentem do tego, żeby poprawnie odczytywał sygnały i impulsy ze swojego ciała.

K.R.S.: Czyli nie tylko poprawa stanu fizycznego, ale przede wszystkim zmiana złych nawyków jest oczekiwanym rezultatem?

R.W.: Dla mnie pierwsze i najważniejsze jest zrozumienie problemu przez pacjenta. Jeśli przychodzi do mnie pacjent, mówiąc: „Proszę tylko coś z tym zrobić”, to ja nie będę z takim pacjentem pracować. Bez zrozumienia przez niego samego nawyków, tego, w jaki sposób pracuje, nie ma możliwości prowadzenia skutecznej terapii. Kluczowa jest profilaktyka, wprowadzenie ćwiczeń neurorozwojowych, ale oczywiście w dyscyplinie codziennej pracy. Zauważyłem też w swoim doświadczeniu, że to jednak wokaliści chętniej biorą udział w onlinowych zajęciach, które prowadzimy, niż instrumentaliści. Nie jestem w stanie wytłumaczyć tego fenomenu. Może to jest tak, jak w tej opowieści z psem…

K.R.S.: Proszę opowiedzieć więcej o projektach, które Pan realizował.

R.W.: Na samym początku była współpraca z Santander Orchestra podczas pierwszej edycji projektu w Lusławicach pod patronatem prof. Krzysztofa Pendereckiego, ale też częściowo w Warszawie czy w Katowicach, gdzie nagrywaliśmy dźwięki muzyków, tak żeby potem porównać efekty „przed” i „po” wspólnej warsztatowej pracy. We współpracy z Filharmonią Śląską wdrożyłem swój autorski model. Na początku badaliśmy postawy muzyków, żeby móc finalnie porównać badania początkowe i końcowe oraz wprowadzić elementy posturologii wraz z edukacją ruchową i ćwiczeniami, które wykonywane przez muzyków regularnie mogłyby im bardzo pomóc. Niestety ten projekt w filharmonii nie został zrealizowany do końca. Z kolei w NOSPR-ze to była oddolna inicjatywa muzyków i w taki oto sposób zorganizowaliśmy tam warsztaty neurorozwojowe, które potem przerodziły się w NDT Wysocki, czyli Terapię Neurorozwojową Wysocki, bo taką zyskała nazwę. Była ona implementowana najpierw na instrumentalistów, a potem przekształciła się w pracę głównie z wokalistami, tworząc Instytut Nowego Dźwięku, który wciąż się rozwija. Jeśli chodzi o instrumentalistów, to organizujemy warsztaty co 2–3 miesiące i zazwyczaj jest spore zainteresowanie.

K.R.S.: Czy poprawa brzmienia instrumentu też jest jednym z oczekiwanych rezultatów terapii? I czy pojawia się ta zmiana zawsze?

R.W.: Myślę, że zmiana brzmienia instrumentu to kwestia istotniejsza dla pacjentów niż dla mnie. Dla mnie jest to swego rodzaju narzędzie, żeby przekonać was – muzyków – że to jest czegoś warte. Jeżeli pacjent przychodzi z konkretnym urazem, to dla mnie równie ważne, co wyprowadzenie go z urazu, jest to, żeby zrozumiał jego patomechanikę i nie wrócił do mnie za jakiś czas z jeszcze gorszą kontuzją. Dlatego poświęcam swoim pacjentom czas na to, żeby wszystko wyjaśnić i pokazać. Jeśli pacjent chce zrozumieć, to mamy połowę sukcesu. Niestety, część muzyków odpada już na pierwszym etapie, bo jeśli nie widzą natychmiastowych efektów, to nie chcą zrozumieć patomechanizmu. Tym sposobem kontuzje będą cały czas powracać, a nikt tego nie chce.

K.R.S.: Koniec końców, to my zostajemy z naszym ciałem na co dzień, więc to nam powinno zależeć na trwałej poprawie.

R.W.: Tak. Generalnie to wasz, a nie mój problem.

kolorowe kulki na pięciolinii. obok nich napis Mentoring Dziennikarski

nad czarnymi liniami przebiega różowa fala, obok napis Fundacja MEAKULTURA

niebieski napis: zaiks sprzyjamy wyobraźni

kolorowy napis Schuman

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć