Na plaży próbuję nic nie robić. Jak zwykle podchodzę do tego zadaniowo.
Sprawdzam położenie słońca, układam ręcznik, oceniam temperaturę wody i odkładam telefon ekranem do dołu. Ten ostatni gest jest współczesnym odpowiednikiem wyrzeczenia się świata, choć ten nadal może wibrować. Po kilku minutach książka leży otwarta obok, a ja patrzę, jak fala nadchodzi i załamuje się, po czym woda cofa się po plaży. Następna wygląda podobnie, ale brzmi trochę inaczej. Patrzę i słucham. Staram się być uważny, choć właściwie nie mam nic do zrobienia. Fale przyciągają uwagę, ale na szczęście niczego ode mnie nie wymagają. Czy właśnie dlatego morze uspokaja? I co takie słuchanie ma wspólnego z muzyką?
Skąd bierze się szum morza?
Charakterystyczny szum przyboju powstaje podczas załamywania się fal. Fale wiatrowe powstają tam, gdzie wiatr przekazuje energię powierzchni wody. Mogą potem opuścić obszar, w którym powstały, i jako rozkołys przebyć setki, a nawet tysiące kilometrów. Na plażę dociera więc czasem ślad dalekiego sztormu, choć nad naszymi ręcznikami powietrze prawie się nie porusza.
Przy brzegu coraz większego znaczenia nabiera ukształtowanie dna. Na płyciźnie fala zwalnia, skraca się i staje bardziej stroma, aż w końcu się załamuje (ale to chyba nic złego w tym kontekście). Łagodnie opadające dno zwykle sprzyja stopniowemu pienieniu się grzbietu; przy większym nachyleniu załamanie może być bardziej gwałtowne. Na miejsce i sposób załamania wpływają także wysokość i kierunek nadchodzących fal, prądy oraz rodzaj brzegu.
Na szum fal słyszany przez nas z brzegu składają się przede wszystkim uderzenia wody, rozbryzgi i turbulencje; na plaży żwirowej dołącza do nich chrzęst przesuwanych kamyków. Załamująca się fala wciąga także powietrze pod wodę, gdzie drgające pęcherzyki stają się ważnym źródłem dźwięku rejestrowanego hydrofonem. Kształt dna wpływa na to, gdzie i jak fala się załamie, a dopiero sposób załamania współtworzy brzmienie przyboju. (Warto doczytać pracę Bolina i Åboma opisującą dźwięki Bałtyku: autorzy rejestrowali dźwięk rozchodzący się w powietrzu w pięciu miejscach na szwedzkim wybrzeżu, różniących się nachyleniem i rodzajem podłoża). Kolejne fale brzmią podobnie, ale nie identycznie. Po chwili rozpoznajemy znajomy przebieg, choć każde załamanie ma nieco inną siłę i barwę.
Powtarzalność to jeszcze nie puls
Najprostsza odpowiedź na pytanie o uspokajające działanie morza brzmi: fale są rytmiczne. Kłopot – przynajmniej dla filozofa – zaczyna się jednak już od pojęcia „rytm”. Może ono oznaczać porządek czasowy w samym zjawisku lub sposób, w jaki my (podmioty słuchające) ten porządek słyszymy. W najszerszym, fizycznym sensie przybój ma rytm, jeśli da się w nim rozpoznać powtarzalny i w pewnym stopniu przewidywalny wzór: narastanie szumu, załamanie fali, spływ wody po plaży i krótkie wyciszenie.
Puls natomiast nie jest po prostu szeregiem dźwięków pojawiających się w równych odstępach. To odczuwana regularność, którą potrafimy przez chwilę podtrzymywać – nawet między dźwiękami. Dzięki niej wiemy, kiedy klasnąć, zrobić krok czy wejść z kolejną nutą, ale również, że publiczność klaszcze nie tam, gdzie trzeba, choć w trosce o powodzenie koncertu zachowujemy tę wiedzę dla siebie.
Przybój może być dość regularny, zwłaszcza gdy do brzegu dociera uporządkowany rozkołys. Kilka kolejnych fal może wtedy nadejść w niemal równych odstępach. Taka lokalna regularność nie musi jednak trwać długo: fale nadchodzą grupami, różnią się wysokością, nakładają się na siebie i załamują w niejednakowy sposób. Słychać w nich porządek, lecz trudno odnaleźć (czy wytworzyć) trwały puls.
Różnicę między dostrzeganiem porządku czasowego a odczuwaniem pulsu dobrze pokazują badania nad innymi gatunkami. W eksperymentach Henkjana Honinga i współpracowników rezusy wykrywały rytmiczne grupowanie dźwięków. Nie było jednak przekonujących oznak, że wyczuwają regularny puls. Ronan – słynna uszanka kalifornijska (Zalophus californianus), vel lew morski – nauczyła się natomiast poruszać głową w takt (np. do Boogie Wonderland), a część prób pokazała, że potrafiła wykorzystać tę umiejętność także przy nowych tempach i fragmentach muzyki[1].
Ronan wykonywała wyuczone zadanie i dostawała za nie rybną nagrodę (pod tym względem być może przypominała raczej muzyka na próbie niż człowieka leżącego na ręczniku). Widać tu trzy odrębne zdolności: rozpoznanie i zakodowanie czasowej prawidłowości, odnalezienie pulsu i dostosowanie do niego ruchu. Samo stwierdzenie, że umysł, mózg lub ciało „synchronizuje się” z morzem, zacierałoby te różnice.
Muzyka organizuje czas na wielu poziomach. Nawet w utworze bez wyraźnego pulsu słuchacz odnajduje porządek dzięki frazom, powrotom oraz zmianom dynamiki, barwy i harmonii. Niewielkie przyspieszenia i opóźnienia nie muszą go niszczyć. Mogą brzmieć ekspresyjnie właśnie dlatego, że odnosimy je do oczekiwanego przebiegu. Przewidujemy nie tylko to, kiedy coś się wydarzy, ale również to, co może nastąpić: wejście tematu, rozwiązanie napięcia, powrót refrenu. Kompozytorzy i wykonawcy mogą spełnić te oczekiwania, opóźnić spodziewane rozwiązanie lub z wdziękiem nas zaskoczyć.
Uwaga bez zadania
Uwaga kojarzy się zwykle z wysiłkiem poznawczym. Uważamy, kiedy przechodzimy przez jezdnię, jedziemy rowerem, sprawdzamy tekst, odpowiadamy na wiadomość, czy pierwszy raz próbujemy rozczytać nuty utworu zadanego przez nauczyciela. W każdym z tych przypadków jest coś do zrobienia i można popełnić błąd: trzeba zauważyć samochód, znaleźć literówkę, udzielić odpowiedzi, zagrać.
Fale także przyciągają wzrok i słuch, ale przecież nie trzeba śledzić ich bez przerwy. Można przewidywać, kiedy nadejdzie następna, lecz pomyłka raczej nic nie kosztuje (o ile nie jesteśmy w wodzie). Nie trzeba zapamiętywać poprzedniej ani właściwie zareagować na kolejną. Nikt nie może raczej nas oskarżyć, że źle słuchaliśmy siódmej fali.
Można by nazwać ten stan uwagą bez zadania. Nie oznacza on braku aktywności umysłowej. Nadal śledzimy ruch, słyszymy zmiany natężenia szumu i przewidujemy załamanie fali – percypujemy. Nie musimy jednak podejmować działania, ani osiągnąć żadnego wyniku, który ktoś mógłby sprawdzić.
Oczywiście nie zawsze da się postrzegać morze w ten sposób. Ratownik obserwujący wodę ma zadanie, podobnie jak rodzic pilnujący dziecka lub ktoś, komu woda właśnie zabiera klapki. „Uwaga bez zadania” opisuje więc raczej naszą skontekstualizowaną relację z otoczeniem.
Podczas „swobodnego” słuchania muzyki często pojawia się podobny stan. Możemy podążać za melodią, wyczuwać puls albo czekać na powrót refrenu, choć nie musimy niczego nazywać ani później zdawać z tego egzaminu. Muzyk podczas koncertu, realizator dźwięku czy krytyk piszący recenzję słuchają inaczej: mają zadanie, czasem bardzo wymagające. Dla kogoś siedzącego w fotelu ta sama symfonia może po prostu wypełnić pół godziny uważnego odpoczynku.
Stephen Kaplan pisał o „łagodnej fascynacji”, z jaką obserwujemy niektóre zjawiska przyrodnicze. Takie zjawiska utrzymują uwagę, nie wymagając stałego wysiłku. Badania dostarczają jak dotąd umiarkowanie obiecujących dowodów na regenerujący wpływ przyrody. Metaanaliza 80 badań z 2025 roku wykazała niewielką poprawę niektórych zdolności poznawczych po kontakcie z przyrodą, w tym pamięci roboczej i kontroli uwagi. W syntezie badań nad naturalnymi pejzażami dźwiękowymi odgłosy wody wiązały się między innymi ze spadkiem stresu i irytacji. Liczba badań i różnice między nimi nie pozwalają jednak traktować morza jak sprawdzonej terapii (a już na pewno nie w szczycie sezonu).
Gdy myśli odpływają
Kilka lat temu na konferencji o tzw. mind-wandering (błądzenie – choć może raczej „szwendanie się” – myślami) mówiono, że wiąże się ono z muzyką i wyobraźnią. Angielski termin mind-wandering idealnie pasuje do morza, lecz nie oznacza po prostu swobodnej uwagi. O błądzeniu myślami mówimy zwykle wtedy, gdy przestajemy śledzić to, co dzieje się przed nami, i zaczynamy wspominać, planować czy wyobrażać sobie rozmowy lub sceny.
Muzyka może towarzyszyć takim wędrówkom. W eksperymentach Liili Taruffi i jej współpracowników badani zgłaszali większe nasilenie błądzenia myślami podczas słuchania muzyki smutnej niż wesołej, a ich myśli częściej dotyczyły ich samych. Nie wynika z tego jednak, że muzyka sama odrywa nas od otoczenia: badacze porównywali dwa rodzaje muzyki, a nie muzykę z ciszą.
W nowszym badaniu wzięło udział 701 słuchaczy; wykorzystano 356 fragmentów reprezentujących siedemnaście gatunków. Uczestnicy najczęściej myśleli o samej muzyce. Pojawiały się także wspomnienia, wyobrażone historie i obrazy; znacznie rzadziej – codzienne obowiązki lub przyszłe plany. Obrazy, wspomnienia i wymyślone sceny mogą zatem w dziwny sposób należeć do doświadczenia słuchania. Słuchanie nie polega przecież na nieprzerwanym pilnowaniu każdego dźwięku. Przez chwilę śledzimy linię basu, potem przypomina nam się dawna rozmowa; wejście głosu albo zmiana harmonii sprawia, że znów słuchamy uważniej. Na plaży jest podobnie: słyszymy narastający szum, myśl odpływa, a odgłos następnej fali znów przyciąga uwagę.
Nie ma chyba jeszcze badań, które potwierdzałyby powyższy mechanizm w odniesieniu do morskich fal. To na razie felietonowa hipoteza. Podpowiada ją jednak zwykłe doświadczenie: myśl może pobiec gdzie indziej; kolejna fala i tak za chwilę zwróci naszą uwagę ku brzegowi. Podczas lektury podobne odpłynięcie łatwo kończy się zgubieniem wątku; słuchanie przyboju nie wymaga odtworzenia tego, co przed chwilą umknęło.
Czego morze uczy o słuchaniu
Szum przyboju nie jest raczej utworem muzycznym, choć może stać się i stawał się przecież tworzywem sztuki dźwięku. Jego przebieg wynika z działania wiatru, wody i ukształtowania brzegu. Przybój pozwala jednak zauważyć bardziej podstawową cechę słuchania. Dźwięk rozwija się w czasie, a uwaga podąża za nim, zanim jeszcze cokolwiek nazwiemy lub zinterpretujemy. Słuchając muzyki, śledzimy puls i frazę, rozpoznajemy powroty i dajemy się zaskakiwać. Pojawiają się przy tym obrazy i wspomnienia; czasem myśli na chwilę odpływają. Słuchanie może więc łączyć uwagę z odpoczynkiem.
Telefon wibruje obok ręcznika. Fala załamuje się przy brzegu. Oba zdarzenia przyciągają uwagę. Na szczęście dziś na plaży tylko jedno wymaga odpowiedzi – hop, do wody!
Korzystając z okazji, autor życzy Czytelniczkom i Czytelnikom MEAKULTURY zasłużonego wypoczynku – w tej lub innej formie.
__________
[1] O istnieniu i umiejętnościach Ronan autor niniejszego felietonu dowiedział się od uczestniczek zajęć Wprowadzenie do kognitywistyki muzyki na Uniwersytecie Szczecińskim, za co serdecznie dziękuje.
Wybrana bibliografia:
- K. Bolin, M. Åbom, Air-borne Sound Generated by Sea Waves, „Journal of the Acoustical Society of America”, 127(5), 2010, s. 2771–2779 (dostęp: 14.08.2026).
- L.S. Burchardt, M. Hoeschele, H. Honing, E.W. Large, B. Merker, J. N. Schneider, What is Rhythm and How Can We Study It?, w: G.-A. Sauciuc i in. (red.), Nature Beats, Springer, 2026, s. 1–29 (dostęp: 14.08.2026).
- H.A. van der Walle, W. Wu, E.H. Margulis, K. Jakubowski, Thoughtscapes in Music: An Examination of Thought Types Occurring During Music Listening Across 17 Genres, „Psychology of Music”, 2025 (dostęp: 14.08.2026).

