W hierarchii historycznego lutnictwa nazwisko Bartolomeo Giuseppe „del Gesù” Guarneri otoczone jest estymą graniczącą z religijnym wręcz kultem. Podczas gdy instrumenty Antonia Stradivariego powszechnie uosabiają apoliński ideał krystalicznej czystości, symetrii i jasnego, śpiewnego tonu, dzieła Guarneriego reprezentują żywioł dionizyjski. To instrumenty o ciemnej, gęstej i drapieżnej barwie, które od wykonawcy domagają się pewnej dozy bezkompromisowości. Nic dziwnego, że to właśnie po nie sięgali najwięksi buntownicy i rewolucjoniści wiolinistyki, z Niccolò Paganinim i jego ukochaną „Il Cannone” na czele. Kiedy więc australijski skrzypek Patrick Roberts ogłosił premierę albumu zatytułowanego Del Gesù (Decca Australia, 17.04.2026), nagranego na oryginalnym, wycenianym na miliony dolarów instrumencie z 1730 roku, w środowisku ludzi związanych z kulturą wysoką mogła tlić się nadzieja na artystyczne wydarzenie sezonu. Zapowiedź „ponadczasowego hołdu” dla geniuszu z Cremony niosła obietnicę bliskiego obcowania z mistyczną wręcz materią dźwiękową. Niestety, ostateczny efekt przynosi bolesne rozczarowanie, a szlachetny zabytek osiemnastowiecznej sztuki lutniczej został tu sprowadzony do roli drogiego gadżetu marketingowego.
Patrick Roberts to postać zakorzeniona w estetyce classical crossover – nurcie, który z zasady łączy klasyczne instrumentarium z popową produkcją. Nie można odmówić mu solidnego rzemiosła – jako absolwent prestiżowego Melbourne Conservatorium of Music oraz były muzyk Melbourne Symphony Orchestra dysponuje aparatem wykonawczym, który pozwalałby mu na mierzenie się z poważnym repertuarem. Roberts od lat konsekwentnie wybiera jednak artystyczną ścieżkę najmniejszego oporu. Dotychczasowe sukcesy komercyjne jakby utwierdziły go w przekonaniu, że masowa produkcja gładkich, nienagannie skrojonych pod masowego odbiorcę realizacji to przepis na sukces. Na płycie Del Gesù ta sprawdzona formuła osiąga jednak punkt krytyczny, w którym komercyjny kompromis niebezpiecznie ociera się o artystyczną profanację.
Zamiast pozwolić osiemnastowiecznemu drewnu oddychać, zamiast zaryzykować i obnażyć jego surową, organiczną duszę w kameralnym, akustycznym otoczeniu, Roberts, wraz z holenderskim producentem Franckiem van der Heijdenem, postanowił utopić Guarneriego w gęstym, syntetycznym sosie.
Najbardziej uderzającym problemem Del Gesù okazuje się jednak nie tyle sam eklektyzm, ile porażająca nuda i kompozytorska bezradność wpisana w zaprezentowane aranżacje. Dobór repertuaru na płycie przypomina losowy algorytm playlisty mającej umilać czas gościom w luksusowym hotelowym lobby – brak tu jakiejkolwiek spójnej myśli dramaturgicznej czy głębszego klucza interpretacyjnego.
Płytę otwiera Pavana Gabriela Fauré, sprowadzona przez nudny, przewidywalny rytm do roli podkładu. Zaraz po niej następuje Preludium c-moll (BWV 999) Johanna Sebastiana Bacha – miniatura potraktowana z mechanicznym, niemal urzędniczym chłodem. Roberts bez mrugnięcia oka przeskakuje z barokowego uniwersum prosto w ramiona współczesnej muzyki filmowej i popu, serwując nam skrajnie monotonne Palladio Karla Jenkinsa, cover przeboju U2 I Still Haven’t Found What I’m Looking For oraz ograne do granic możliwości Nessun dorma Giacoma Pucciniego.
Prawdziwym symbolem aranżacyjnej kapitulacji jest jednak obecność utworu Time Hansa Zimmera z filmu Inception. Choć w nagraniu gościnnie wziął udział sam hollywoodzki kompozytor, utwór ten obnaża największą wadę całego albumu: brak pomysłu na to, jak za pomocą skrzypiec opowiedzieć nową historię. Roberts po prostu ogrywa znane motywy nuta po nucie, nie oferując w zamian żadnej wartości dodanej, żadnego ciekawego kontrapunktu czy fakturalnego zaskoczenia. Aranżacje są przezroczyste, bezpieczne i śmiertelnie poważne, przez co unikalny instrument zamiast błyszczeć, po prostu wtapia się w to bezbarwne, dźwiękowe tło. To muzyka, która usypia swoją przeciętnością.
Kluczowe pozostaje pytanie o status samego instrumentu w tym nagraniu. Gdzie w tym całym studyjnym blichtrze podział się obiecany Guarneri „del Gesù”? Paradoks tej płyty polega na tym, że prawie go nie słychać. Owszem, ucho wprawnego krytyka, muzyka czy doświadczonego lutnika wychwyci w nielicznych momentach – choćby w skądinąd poprawnym, ale interpretacyjnie przezroczystym Adagio z Koncertu d-moll (BWV 974) za Alessandro Marcello – tę specyficzną, pożądaną, ciemną i mięsistą barwę dolnych rejestrów, z której słynął genialny konstruktor z Cremony.
Przez większość czasu trwania albumu sygnał płynący ze skrzypiec poddany jest jednak tak agresywnej obróbce cyfrowej, tak głębokiej kompresji i korekcji pasmowej, że unikalne cechy brzmieniowe instrumentu zostają bezpowrotnie utracone. Roberts z równym powodzeniem mógłby zarejestrować te partie na współczesnej, seryjnej manufakturze albo na budżetowych skrzypcach elektrycznych. To największy grzech tej produkcji – marketing bezwstydnie żeruje na micie konkretnego, historycznego dzieła sztuki lutniczej, podczas gdy cała technologia produkcji dąży do jego całkowitej unifikacji i standaryzacji pod dyktat radiowego formatu.
Album Del Gesù Patricka Robertsa powinien stać się przede wszystkim przyczynkiem do smutnej refleksji nad kondycją współczesnego przemysłu fonograficznego w nurcie classical crossover. Pokazuje on bowiem, jak wielkie dziedzictwo kulturowe, tradycja kremońska i owo lutnicze sacrum bywają bezwzględnie standaryzowane.
Instrument Giuseppe Guarneriego nie powinien funkcjonować jako po prostu drogi przedmiot – to żywy pomnik historii, rezonator ludzkich emocji ukształtowany blisko trzysta lat temu, który zasługuje na repertuar i wykonawców rzucających wyzwanie jego ogromnym możliwościom wyrazowym. Wtłaczanie go w ramy przewidywalnego, plastikowego kiczu stanowi jakiegoś rodzaju kryzys wyobraźni czy to producentów, czy samego Robertsa.
Zamiast pomnika dla mistrza Cremony, otrzymaliśmy komercyjny produkt ubrany w tanie hasło „kultury wysokiej”. Zapowiadany hołd okazał się jedynie marketingową zasłoną dymną, pod którą kryje się estetyka rodem z centrów handlowych. Dla pasjonatów lutnictwa i melomanów muzyki skrzypcowej ta płyta pozostanie pozycją całkowicie pomijalną.