OD REDAKCJI: Jak nad wykonywanymi utworami pracuje „jeden z najbardziej utalentowanych gitarzystów na świecie”? Czy charyzma i energia są tak samo ważne jak doskonałe przygotowanie techniczne? Jak wyglądają konkursy muzyczne z perspektywy jurora? Te kwestie oraz wiele innych aspektów porusza wybitny gitarzysta Marcin Dylla. Rozmowę poprowadziła Agnieszka Nowok-Zych.
Marcin Dylla – przez wielu krytyków muzycznych i melomanów zaliczany jest do grona najwybitniejszych gitarzystów klasycznych. Swoją pozycję zawdzięcza m.in. niespotykanej liczbie nagród w konkursach muzycznych. W latach 1996–2007 dziewiętnastokrotnie zdobył I miejsce w najbardziej prestiżowych, międzynarodowych konkursach gitarowych, odbywających się w Europie i USA. W 2002 roku na 7. Międzynarodowym Konwencie Gitarowym w Alessandrii otrzymał nagrodę krytyków muzycznych „Złotą Gitarę“ dla najlepiej zapowiadającego się młodego gitarzysty. Płyta CD nagrana dla wytwórni Naxos znalazła się w dziesiątce najlepiej sprzedających się albumów tej firmy w roku 2008, natomiast płyta DVD Wawel o zmierzchu została nominowana do nagrody „Fryderyki” w roku 2010.
Renomę Marcina Dylli w artystycznym życiu Europy ugruntowuje udział w wielu festiwalach muzycznych, prowadzenie lekcji mistrzowskich, współpraca z wybitnymi muzykami i orkiestrami oraz liczne recitale w prestiżowych salach koncertowych świata. Zdobycie I nagrody w konkursie gitarowym GFA w Los Angeles, uważanym za najbardziej prestiżowy na świecie, zaowocowało trasą koncertową w ponad 60 miastach USA, Kanady i Meksyku. Po jego recitalu w Waszyngtonie „The Washington Post” napisał: „Jeśli ktokolwiek miałby wątpliwości, że Marcin Dylla należy do najbardziej utalentowanych gitarzystów naszej planety, to tego wieczoru zostały one rozwiane całkowicie”.
Naukę gry na gitarze rozpoczął w wieku ośmiu lat w Państwowej Szkole Muzycznej w Rudzie Śląskiej. W latach 1995–2000 studiował w Akademii Muzycznej w Katowicach w klasie gitary ad. Wandy Palacz. Edukację muzyczną kontynuował na zagranicznych uczelniach: w Akademii Muzycznej w Bazylei pod kierunkiem prof. Oscara Ghiglii, w Akademii Muzycznej we Freiburgu pod kierunkiem prof. Sonji Prunnbauer oraz w Konserwatorium Muzycznym w Maastricht pod kierunkiem prof. Carlo Marchione. W 2016 roku pełnił zaszczytną funkcję profesora gościnnego na Uniwersytecie w San Francisco. Obecnie wykłada w Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach oraz na Uniwersytecie w Münster.
_____
Agnieszka Nowok-Zych: Przygotowałam dla Pana pytania, ale chciałabym zacząć nieco inaczej. Czy jest jakaś kwestia, o którą dziennikarze pytają Pana rzadko, a chętnie by się Pan na ten temat wypowiedział?
Marcin Dylla: Myślę, że nie, ponieważ rozmawiając o muzyce, stawiamy najczęściej pytania bardzo ogólne, otwarte, które wręcz prowokują, aby pójść w kierunku dla siebie ulubionym. Prawdopodobnie przy okazji festiwalu Śląska Jesień Gitarowa porozmawiamy o sensie konkursów, o ich miejscu w życiu muzyka, czym są i tak dalej. Jest to dla mnie interesujący temat z perspektywy pracy ze studentami.
A.N.Z.: A w drugą stronę? Pytania, które Pana irytują?
M.D.: Irytują? Nic nie przychodzi mi na myśl, proszę spróbować zadać takie pytanie.
A.N.Z.: Jak tworzy Pan interpretację wykonywanego dzieła?
M.D.: Ach, to akurat nie jest banalne pytanie, tylko niezwykle złożone. Zaraz po naszej rozmowie idę na próbę. Po raz pierwszy wraz z Dariuszem Kupińskim i Ewą Jabłczyńską zagramy kompozycję José Maríi Sáncheza-Verdú. Wiem, czego się spodziewać, znając styl kompozytora, natomiast wyobrażenie o budowie interpretacji dopiero się wydarzy. Wspólnie będziemy poszukiwali koncepcji tej kompozycji i nieco bardziej pragmatycznie zwyczajnych napięć i ich rozwiązań – jak w każdej opowieści. Do tego oczywiście potrzebna jest tonika. Mój profesor Oscar Ghiglia zawsze mówił, że pierwszą rzeczą, którą musisz zrobić, grając muzykę atonalną, to znaleźć „tonikę”, rozumianą jako punkt odniesienia. Dzięki temu tworzymy grawitację pomiędzy dźwiękami, odczuwaną jako dramaturgię. To fascynujące, bo w przypadku Sáncheza-Verdú mamy wrażenie przechodzenia z jednej dźwiękowej komnaty do drugiej, gdzie takie grawitacje muzyczne się zmieniają.
A.N.Z.: Porównanie do komnaty niezwykle pasuje do muzyki Sáncheza-Verdú – w lutym w Bytomiu została wykonana przecież jego fantastyczna Księga Komnat. Podczas tegorocznej, jubileuszowej XX edycji Śląskiej Jesieni Gitarowej w trakcie inauguracji wydarzenia zostanie prawykonany utwór tego właśnie kompozytora. Ma Pan w swoim repertuarze m.in. jego Kitab. Co możemy powiedzieć o muzyce Sáncheza-Verdú z perspektywy wykonawcy?
M.D.: Jeśli chodzi o utwór, który prawykonamy – La nave de Teseo, czyli Statek Tezeusza – jest pełen bardzo subtelnych efektów dźwiękowych, które tworzą coś w rodzaju aury, muzycznej przestrzeni. W moim odczuciu inne jego dzieła, które dotychczas słyszałem, lubią pozostawać dłużej w takiej statycznej przestrzeni, jak np. koncert gitarowy napisany dla fińskiego gitarzysty Petriego Kumeli lub wspomniana przez Panią Księga Komnat. Kitab, który wykonuję od wielu lat, jest inny, bardzo motoryczny, industrialny, niezwykle ekspresyjny.
A.N.Z.: Nad utworem, który zostanie wykonany po raz pierwszy, pracuje się chyba w szczególny sposób?
M.D.: Wszystko jest trochę bardziej pasjonujące, bo dopiero gdy stawiamy nuty na pulpicie, zaczynamy pobudzać naszą wyobraźnię. Gdy gramy utwory, które są w tzw. kanonie, mamy pewnego rodzaju wyobrażenie, jak to zagramy. Tutaj sytuacja jest bardziej fascynująca, bo utwór stanowi jeden wielki znak zapytania, pomijając fakt, że znamy styl kompozytora.
A.N.Z.: Po czym kompozytor przychodzi na próbę i…?
M.D.: …i to jest najgorszy moment. Myślę, że nie jestem jedynym muzykiem, który nie lubi kompozytorów na próbie. Jestem zdania, że kompozytor w momencie zakończenia pracy nad utworem i oddania partytury przestaje być, jakby to powiedzieć, „właścicielem” tego wszystkiego, co potem się z kompozycją dzieje. Ingerencja kompozytorów podczas próby najczęściej wychodziła na niekorzyść, np. tempo, które zrodziło się w wyobraźni kompozytora, bardzo rzadko sprawdza się w praktyce. Mam doświadczenie, również pracując z Markiem Mosiem i AUKSO, z którymi podczas Śląskiej Jesieni Gitarowej wykonamy Sáncheza-Verdú, że przygotowując utwór do prawykonania, znaleźliśmy świetne tempo, piękną ekspresję i dramaturgię, po czym pojawił się kompozytor i… nieco z naturą urzędnika wprowadził – z mojej perspektywy – aurę sabotażu. To krępujące i zupełnie niepotrzebne, ponieważ jako muzycy, artyści staramy się być wartością dodaną. Zresztą gdy sięgnę pamięcią, przypominam sobie konkurs, którego byłem uczestnikiem, i w finale należało wykonać utwór kompozytora, który był równocześnie członkiem jury.
A.N.Z.: To chyba trochę niebezpieczna sytuacja…
M.D.: Nawet bardzo. Otrzymałem wtedy pierwsze miejsce, byłem w pełni zadowolony, ale widziałem spojrzenie tego kompozytora, którego znałem. Podszedł do mnie i powiedział, że nie zagrałem tego, co napisał, ale było to przekonujące. Do tej pory nie do końca wiem, czy to były słowa krytyki, czy pewien rodzaj komplementu. Gdybym był kompozytorem, to cieszyłbym się z tego, że coś, co stworzyłem, zaczyna żyć swoim własnym życiem. Tworzą się standardy, ktoś je łamie, ktoś inny dodaje coś od siebie… To znacznie lepsze niż małostkowe czepianie się metronomicznego tempa.
A.N.Z.: Ma Pan rację, że właściwie każde pytanie może prowadzić ostatecznie do kwestii konkursów. Na przestrzeni lat spłynął na Pana prawdziwy deszcz nagród, pierwszych miejsc zdobytych na międzynarodowych, niezwykle prestiżowych konkursach. „Washington Post” nazwał Pana jednym z najbardziej utalentowanych gitarzystów na świecie. Domyślam się, że dla artysty taka opinia jest ogromnym wyróżnieniem, ale może też rodzić wielką presję.
M.D.: Nawet bym nie wiedział, że coś takiego zostało kiedykolwiek napisane, gdyby nie mój agent, dla którego najwyraźniej było to bardzo ważne i przeglądał recenzje.
A.N.Z.: Ale to chyba fajnie być jednym z najbardziej utalentowanych gitarzystów na świecie?
M.D.: Pewnie, że miło przeczytać o sobie takie słowa, ale oczywiście zdrowy rozsądek wstawia to w nawias z uśmiechem. Konkursy oczywiście zawsze były dla mnie ogromnym motorem napędowym. Gdy było się młodym muzykiem i propozycji koncertowych nie było jeszcze zbyt wiele, konkursy stanowiły dla mnie jedyny sposób, by gdzieś się pokazać, zaprezentować publiczności, nad czym pracuję.
A.N.Z.: Pozostając przy konkursach, w tym roku jest Pan przewodniczącym jury XX Międzynarodowego Konkursu Gitarowego im. Jana Edmunda Jurkowskiego, który odbywa się w ramach Śląskiej Jesieni Gitarowej. Poza oczywiście byciem świetnym muzykiem, jakimi cechami musi wyróżniać się osoba, która piastuje taką funkcję?
M.D.: Dla mnie bycie przewodniczącym nie niesie za sobą żadnej wielkiej odpowiedzialności poza tym, że należy poprowadzić wszystkie obrady. Proponuję również jurorom pewne standardy, które czasami budzą kontrowersje i chciałbym je wytłumaczyć. Mianowicie proszę wszystkich jurorów, aby nie rozmawiali ze sobą o swoich wrażeniach konkursowych aż do momentu, w którym oddadzą punkty. Dyskusja pomiędzy nami jest dla mnie do zaakceptowania dopiero po podliczeniu punktów, a co za tym idzie – ustaleniem werdyktu. Wówczas każdy naturalnie ma potrzebę podzielenia się swoimi odczuciami. Jest to interesujące, natomiast nie wpływa na indywidualne oceny poszczególnych jurorów. Dla przykładu: zapraszamy siedmioro jurorów na konkurs. Mamy zatem nadzieję na siedem niezależnych opinii. I teraz wyobraźmy sobie taką sytuację, że w przerwie obiadowej, pomiędzy pierwszą i drugą grupą uczestników, ktoś zaczyna dzielić się pozytywnymi wrażeniami z występu jednego z młodych muzyków. Pozostali słuchają i co dzieje się w naszych głowach? Mówimy sobie: „Ach, na mnie X nie zrobił wrażenia, ale może coś mi umknęło i za surowo go oceniłem” albo: „Nie, X to była totalna porażka, ten juror da mu chyba z 25 punktów, ja muszę zatem swoje obniżyć”. Wyrażanie swojej opinii może mieć wpływ na pozostałych i oczywiście nie wiemy jaki i w jakim stopniu. To jest jedna kwestia. Druga: zdobyte na przestrzeni lat doświadczenie w byciu jurorem spowodowało, że słuchając, przestałem być małostkowy.
Nie słucham drobiazgów i szczegółów, bo gdy zaczynam to robić, to nagle zamykam się w jakichś banałach, które nie powinny de facto decydować o przekazie artystycznym danego muzyka. Gdy słucham wykonań konkursowych, staram się być troszeczkę jak laik. Nie myślę o tym, co ma się wydarzyć w danym utworze, co lubię, a czego nie, tylko czerpię energię artystyczną danego muzyka, próbuję zrozumieć koncepcję i pełen artystyczny wyraz.
A.N.Z.: Czy w takim razie mogę pokusić się o stwierdzenie, że charyzma i pewnego rodzaju energia są w stanie zmazać uchybienia tekstowe albo warsztatowe?
M.D.: Pewnie tak. Niektórzy uczestnicy konkursu mówią, że należy zagrać perfekcyjnie, bez pomyłki – to nieprawda. Pomyłki nie są sobie równe. Jeśli ktoś daje z siebie wszystko i trochę szarżuje czy traci kontrolę, ale ta utrata kontroli jest tak fenomenalna w danym momencie, że jakieś omsknięcie czy zgubienie jednego dźwięku jest tylko potwierdzeniem tego szaleństwa, które miało tam być, to jest super.
A.N.Z.: A czy wraca Pan pamięcią do swojego występu jako zwycięzca tyskiego konkursu?
M.D.: Pamiętam go bardzo dobrze. W dniu finału nagrałem swoją próbę z orkiestrą, pojechałem do domu, odsłuchałem i byłem w szoku: gram sztywno, równo, zachowawczo, bez żadnego polotu. To był dla mnie mocny impuls i wieczorny finał wypadł zdecydowanie lepiej. Moja pani profesor Wanda Palacz zapytała mnie nawet, co się stało między próbą a finałem, że zaszła taka wymowna zmiana.
A.N.Z.: Czy to się stało Pana praktyką – nagrywanie prób przed ważnymi występami?
M.D.: Nie zawsze. Przypuszczam jednak, że jak będziemy mieli próbę z utworem José Maríi Sáncheza-Verdú, to z pewnością ją zarejestrujemy. Gdy gram koncerty z repertuarem, który znam od dawna, to pytam najczęściej kogoś zaprzyjaźnionego na próbie o balans między mną a orkiestrą, jak wszystko brzmi, jak z nagłośnieniem itp.
A.N.Z.: Z jednej strony gra Pan na największych i najważniejszych scenach świata, z drugiej – w małych ośrodkach, ostatnio w moim rodzinnym mieście, Rudzie Śląskiej, gdzie rozpoczął Pan swoją przygodę z gitarą. Czy trema jest taka sama?
M.D.: Do wszystkich występów przygotowuję się tak samo. Od jakiegoś czasu próbuję znaleźć dla siebie klarowną drogę do znalezienia pełnej koncentracji i wykorzystuję właśnie takie mniejsze koncerty do tego, by to ćwiczyć. Podczas występu staram się być z muzyką tu i teraz.
A.N.Z.: Skoro o koncentracji mowa, ma Pan jakieś rady dla uczestników konkursu, które pomogłyby im utrzymać maksymalne skupienie, tak często odchodzące wraz ze stresem?
M.D.: To jest niezwykle złożony temat. Niedawno nawet wpadła w moje ręce książka, która pojawiła się wiele lat temu (chyba w latach 70.) – The Inner Game of Tenis. Zauważono, że w tenisie różnica między top ten a całą resztą nie polega na umiejętnościach technicznych, tylko mentalnych. Myślę, że jest to jeszcze bardziej widoczne u muzyków. Stres potrafi paraliżować palce i koncentrację. Podczas występu należy cieszyć się tym, co się robi, ale łatwo powiedzieć, gdy myśli na temat naszego przygotowania technicznego albo wątpliwości wszelkiego rodzaju wewnętrznie nas sabotują. Trzeba być tu i teraz całym sobą, unikać rozproszeń.
A.N.Z.: Oglądałam kiedyś film o Björnie Borgu. Jego trener udziela mu tam m.in. następujących rad: „Jeden punkt naraz” i „Nigdy nie myśl o pięciosetówce”.
M.D.: Dokładnie – nie myślimy, co wydarzy się dalej, tylko jesteśmy tu i teraz, również zadowoleni z czegoś, co wyszło znakomicie kilka sekund temu, i wewnętrzne dywagacje na ten temat mogą być dla nas zgubne.
A.N.Z.: Czy tego właśnie uczy Pan swoich studentów w Katowicach i Münster? Jakim jest Pan typem pedagoga?
M.D.: Na pewno nie jestem dogmatyczny, nie jestem również typem trenera osobistego. Mam wrażenie, że jeśli student nie jest zmotywowany do pracy i piękno muzyki nie jest w stanie tego zmienić, to jestem bezradny i z pewnością jest to moja słabość. W pracy nad muzyką szukam naturalności i łatwości, czegoś, co jest przeciwieństwem mechaniczności i metronomiczności.
A.N.Z.: W tym roku zbiegły się wyjątkowe rocznice, bo Śląska Jesień Gitarowa odbywa się po raz 20., festiwal obchodzi swoje 40-lecie, a Pan z kolei skończył 50 lat. Czy takie zestawienie sprzyja podsumowaniom, czy jeszcze nie czas na nie?
M.D.: Myślę, że lepiej nie, bo to zbliża nas do przemijania i jest bardzo przygnębiające. Od dawna mam to odczucie, że wszystkie ważne daty, na które czekamy, pojawiają się i mijają, a my wiemy, że przed nami jeszcze jedna, która niechybnie się pojawi… Lepiej zakopać się w prozaicznych problemach dnia codziennego. Jako człowiek i muzyk lubię dbać o zdrowie mentalne i fizyczne. Mając 50 lat, coraz bardziej doceniam bycie w dobrej formie. Gdy jest się młodym, nie myśli się o tym, jak wielki wpływ ma to na naszą grę. Powiedziałbym, że taka higiena życia codziennego to absolutna podstawa dla koncertującego artysty. Inaczej nie można wyrażać w pełni siebie w grze na instrumencie.

