prof. Sylwia Fabiańczyk-Makuch / fot. Kamila Bąk

wywiady

„Nawet najlepszy kapitan nie popłynie bez załogi”. Wywiad z prof. Sylwią Fabiańczyk-Makuch

OD REDAKCJI: W wywiadzie 337. numeru MEAKULTURA.pl prof. Sylwia Fabiańczyk-Makuch – dyrygentka i założycielka Chóru Politechniki Morskiej – opowiada m.in. o tym, jaką funkcję pełni dyrygent chóralny współcześnie, oraz o swoich artystycznych i badawczych fascynacją tematyką marynistyczną w muzyce. Rozmowę przeprowadził Paweł Błaszczak.

prof. Sylwia Fabiańczyk-Makuch – profesor w Akademii Sztuki w Szczecinie, dyrygentka i założycielka Chóru Politechniki Morskiej w Szczecinie (do niedawna Chóru Akademii Morskiej w Szczecinie), z którym od 2003 roku koncertuje, z pasją propagując sztukę chóralną oraz zdobywając liczne nagrody w kraju i za granicą. Założyciel i kierownik artystyczna zespołu wokalnego Pomerania Singers, dyrektor Centrum Kultury Akademickiej Politechniki Morskiej w Szczecinie, dyrektor artystyczna PZCHiO (oddział w Szczecinie), juror przeglądów chóralnych, dyrektor artystyczna i pomysłodawca autorskiego projektu Wspólne Brzmienia, który łączy muzykę chóralnej z różnymi gatunkami muzycznymi. Jest laureatką licznych nagród indywidualnych dla najlepszego dyrygenta na międzynarodowych festiwalach chóralnych, m.in. w: Gorizii, Barczewie, Lublinie, Legnicy, Bratysławie czy Pradze. W 2021 roku na World Choir Festival w Hong Kongu zdobyła dyplom dla jednego z dziesięciu najlepszych dyrygentów spośród ponad 200 uczestników z całego świata. Została odznaczona m.in: Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi dla rozwoju i popularyzowania polskiej chóralistyki, Srebrnym Krzyżem Zasługi, Brązowym Medalem „Zasłużony Kulturze Gloria Artis”, Medalem Komisji Edukacji Narodowej za szczególne zasługi dla oświaty i wychowania, Odznaką Honorową „Zasłużony dla Kultury Polskiej”.

Chór Politechniki Morskiej w Szczecinie pod dyrekcją założycielki Sylwii Fabiańczyk-Makuch od 23 lat należy do grona najbardziej utytułowanych i rozpoznawalnych zespołów chóralnych w Polsce. Ponad stuosobowy zespół reprezentuje Szczecin i Polskę na najważniejszych scenach świata. W trakcie swojej działalności wystąpił podczas setek koncertów oraz kilkudziesięciu międzynarodowych tournée, koncertując w większości krajów Europy, a także w Chinach, Japonii, Kanadzie, Indonezji, Ekwadorze i na Tajwanie. Chór jest autorem licznych prawykonań dzieł współczesnej polskiej literatury muzycznej, tworzonych przez wybitnych kompozytorów, dedykowanych zespołowi. Szczególne miejsce w jego dorobku zajmuje Cykl sakralnych prawykonań współczesnych dzieł wokalno-instrumentalnych. Dzięki sukcesom odnoszonym na prestiżowych konkursach chóralnych zdobył łącznie 98 nagród, w tym 15 Grand Prix i 57 Złotych Medali, a także wiele wyróżnień specjalnych. Za działalność artystyczną, promocję miasta i budowanie jego międzynarodowego wizerunku otrzymał tytuł Ambasadora Szczecina (2019) oraz Nagrodę Artystyczną Miasta Szczecin (2024). Chór wydał 15 płyt CD i zrealizował 22 teledyski. Album The Sound of the Sea został nominowany do nagrody Fryderyk w kategorii Album Roku – Muzyka Chóralna. Zespół brał udział w prestiżowych wydarzeniach artystycznych i medialnych w kraju, współpracując z wieloma wybitnymi artystami polskiej i światowej sceny muzycznej, m.in. z: K. Pendereckim, Z. Preisnerem, D. Podsiadło, Quebonafide, W. Pawlikiem, J. K. Pawluśkiewiczem, A. Bocellim, Z. Wodeckim, L. Możdżerem, G.Turnauem, Kayah, Kubą Badachem, K. Zalewskim, S. Soyką, Vito Bambino, I. Herbutem czy też zespołami: Voo Voo, Ørganek, Fisz Emade Tworzywo.
________

Paweł Błaszczak: Chór Politechniki Morskiej istnieje od ponad 20 lat. Co sprawiło, że zdecydowała się Pani związać swoją działalność artystyczną właśnie z uczelnią o tak wyraźnie morskim charakterze? Czy kierunek repertuarowy wynikał naturalnie ze specyfiki środowiska, czy był świadomie budowaną koncepcją artystyczną?

Sylwia Fabiańczyk-Makuch: Początkowo nie było to związane z gotową koncepcją repertuarową. Kiedy w 2003 roku zakładałam chór w ówczesnej Wyższej Szkole Morskiej w Szczecinie, tworzyłam go właściwie od podstaw, w miejscu, które nie miało wcześniejszych tradycji muzycznych. Zaczynaliśmy od niewielkiej grupy osób, często bez większego doświadczenia chóralnego. Dopiero wraz z rozwojem zespołu coraz wyraźniej dostrzegałam, że specyfika uczelni może stać się czymś więcej niż tylko elementem nazwy chóru – może określić jego artystyczną tożsamość. Morze zaczęło więc stopniowo przenikać do repertuaru. Z jednej strony było to naturalne: funkcjonowaliśmy w Szczecinie, w środowisku akademickim silnie związanym z gospodarką morską, występowaliśmy podczas uroczystości uczelnianych i wydarzeń związanych z morzem. Z drugiej strony dość szybko stało się dla mnie jasne, że nie chcę traktować marynistyki wyłącznie jako repertuarowej ciekawostki czy ograniczać jej do tradycyjnych pieśni żeglarskich. Zaczęłam świadomie poszukiwać ambitnej literatury chóralnej inspirowanej morzem, a później inicjować powstawanie nowych utworów. W pewnym momencie okazało się zresztą, że istniejący repertuar nie wystarcza. I paradoksalnie właśnie ten brak stał się jednym z najważniejszych impulsów dla mojej dalszej działalności. Zaczęłam gromadzić teksty poetyckie, nawiązywać kontakty z kompozytorami i zamawiać nowe dzieła. Marynistyka przestała być więc tylko konsekwencją miejsca, w którym działa chór, a stała się świadomie rozwijaną koncepcją artystyczną, naukową i edukacyjną.

P.B.: Na przestrzeni lat stworzyła Pani niezwykle rozpoznawalny repertuar inspirowany morzem – od średniowiecznych hymnów maryjnych po współczesne kompozycje pisane specjalnie dla chóru. Czy od początku zależało Pani na stworzeniu muzycznej „marki” zespołu, opartej właśnie na tej tematyce?

S.F.M.: Nie nazwałabym tego planem, który istniał od pierwszej próby chóru. Ta tożsamość dojrzewała razem z zespołem. W pierwszych latach najważniejsze było zbudowanie chóru, rozwinięcie jego możliwości wokalnych i muzycznych oraz stworzenie repertuaru odpowiadającego poziomowi młodego zespołu. Z czasem jednak morze stało się bardzo wyraźnym wyróżnikiem naszej działalności. Dziś nasz repertuar marynistyczny obejmuje bardzo szerokie spektrum: muzykę sakralną i świecką, dzieła a cappella i wokalno-instrumentalne, muzykę współczesną, opracowania muzyki rozrywkowej, a nawet kolędy. Szczególne miejsce zajmują kompozycje wykorzystujące tekst Ave Maris StellaWitaj, Gwiazdo Morza. Przełomowym momentem było dla mnie zamówienie w 2009 roku u Marka Jasińskiego Psalmu 107 (morskiego). Później pojawił się m.in. Tryptyk Morski Romualda Twardowskiego i kolejne kompozycje pisane dla zespołu. Z czasem pojedyncze utwory zaczęły tworzyć większą całość.

Marynistyka stała się nie tylko znakiem rozpoznawczym chóru, ale również przedmiotem moich badań – od pracy doktorskiej Marynistyka w literaturze chóralnej w twórczości kompozytorów XX–XXI wieku po późniejsze projekty badawczo-artystyczne. Myślę więc, że „marka” pojawiła się jako rezultat konsekwencji. Najpierw była fascynacja, później poszukiwania, następnie zamówienia kompozytorskie, prawykonania, nagrania i badania. Dopiero z perspektywy ponad dwóch dekad widać, że wszystkie te działania stworzyły spójną linię programową.

P.B.: Średniowieczny hymn Ave Maris Stella, który przez kolejne stulecia inspirował wielu kompozytorów, jest jednym z najstarszych muzycznych odwołań do tematu morza. Jak Pani postrzega fenomen tego tekstu? Co sprawia, że motyw morza nieustannie powraca w muzyce chóralnej – zarówno dawnej, jak i współczesnej?

S.F.M.: Ave Maris Stella fascynuje mnie przede wszystkim wieloznacznością swojej symboliki. Maryja jako Gwiazda Morza jest przewodniczką – niczym Gwiazda Polarna, która dzięki swojemu niemal niezmiennemu położeniu wskazywała drogę podróżującym. Morze przestaje tutaj oznaczać wyłącznie fizyczną przestrzeń. Staje się metaforą ludzkiej wędrówki, niepewności, zagrożenia, ale również nadziei i poszukiwania bezpiecznego kierunku. Być może właśnie dlatego ten tekst jest tak wdzięcznym materiałem dla kompozytorów. Ten sam punkt wyjścia może prowadzić do zupełnie innych światów brzmieniowych. Paweł Łukaszewski wykorzystuje ideę antyfony w dialogu dwóch chórów, natomiast Miłosz Bembinow odwołuje się we wstępie do tradycji chorału gregoriańskiego. Podobnie jest z samym morzem. Może być spokojem i bezkresem, ale także niebezpieczeństwem; może symbolizować wolność, tęsknotę, podróż, samotność czy duchowość. Ta niezwykła pojemność znaczeniowa sprawia, że artyści kolejnych epok mogą odnajdywać w nim zupełnie inne treści.

P.B.: Realizują Państwo wiele niestandardowych projektów związanych z morzem. Które z nich uważa Pani za najciekawsze?

S.F.M.: Gdybym miała wskazać przedsięwzięcie, które najlepiej podsumowuje wiele lat moich poszukiwań, byłby to chyba album The Sound of the Sea. Nie traktuję tej płyty wyłącznie jako kolejnego wydawnictwa chóru. Jest ona rezultatem wieloletniej pracy nad współczesną literaturą marynistyczną – zamówień kompozytorskich, prawykonań, badań i poszukiwania nowych możliwości brzmieniowych chóru. Na albumie spotykają się bardzo różne wyobrażenia morza i wody – The Sound of the Sea Anny Rocławskiej-Musiałczyk, Water Nymph Zuzanny Koziej, I See the Sea Zuzanny Falkowskiej, Water Music Janusza Stalmierskiego, Psalm 107 (morski) Marka Jasińskiego, Deszcz na morzu oraz Sonet – morze Marka Raczyńskiego, Water Song Bartosza Kowalskiego, Solitude Love Song Miłosza Bembinowa, Request Jacka Sykulskiego oraz The Sea and the Skylark Katarzyny Danel. Ważne są dla mnie również projekty, w których repertuar marynistyczny opuszcza tradycyjną przestrzeń koncertową i wybrzmiewa w miejscach oraz podczas wydarzeń bezpośrednio związanych z morzem i żeglarstwem. Występowaliśmy podczas Międzynarodowych Kongresów Morskich, Dni Morza, jak również podczas wielkich, medialnych plenerowych wydarzeń, jak finał The Tall Ships Races. Szczególne miejsce wśród naszych przedsięwzięć zajmuje również wykonanie monumentalnej A Sea Symphony Ralpha Vaughana Williamsa – dzieła na sopran, baryton, chór i orkiestrę, inspirowanego poezją Walta Whitmana. To zupełnie inne spojrzenie na temat morza: nie jako malowniczy pejzaż czy dosłowne naśladowanie żywiołu, lecz jako symbol bezkresu, podróży i ludzkiego przekraczania granic. Możliwość zmierzenia się z tak rozbudowanym dziełem pokazała nam, jak niezwykle szerokie i różnorodne miejsce zajmuje morze w literaturze wokalno-instrumentalnej.

P.B.: Ma Pani na swoim koncie wiele nagrań utworów o tematyce morskiej – zarówno dzieł historycznych, jak i kompozycji współczesnych, często powstających na zamówienie Pani zespołów. Jak wygląda współpraca z kompozytorami? Czy uczestniczy Pani w procesie powstawania utworu, sugerując temat, charakter czy dobór tekstu, czy pozostawia twórcom pełną swobodę artystyczną?

S.F.M.: Najczęściej zaczyna się od inspiracji. Niejednokrotnie sama proponuję temat albo tekst, który wydaje mi się interesujący i który może uruchomić wyobraźnię kompozytora. Tak było chociażby z Psalmem 107 (morskim) Marka Jasińskiego – to ja zaproponowałam kompozytorowi polską wersję tekstu z Księgi Psalmów. W kolejnych latach gromadziłam również teksty i wiersze, które mogły stać się inspiracją dla nowych utworów marynistycznych. Jednocześnie bardzo ważna jest dla mnie swoboda twórcy.

Nie chodzi o to, aby kompozytor otrzymał szczegółową instrukcję, „jak ma brzmieć morze”. Przeciwnie – najbardziej interesuje mnie to, jak różni artyści interpretują podobny impuls. Dlatego w powstałych utworach spotykają się bardzo odmienne języki muzyczne. Współpraca nie kończy się jednak w momencie otrzymania partytury. Prawykonanie jest dla mnie szczególnym rodzajem odpowiedzialności. Po raz pierwszy trzeba przełożyć zapis nutowy na realne brzmienie. Towarzyszą temu rozmowy z kompozytorem, wspólne próby, czasami konsultacje dotyczące interpretacji. To także niezwykle wartościowe doświadczenie dla samych chórzystów, którzy mogą bezpośrednio spotkać twórcę i poznać jego sposób myślenia.

Kulminacją tych doświadczeń stał się album The Sound of the Sea, na którym znalazło się 11 współczesnych kompozycji. W nagraniach wykorzystaliśmy również niekonwencjonalne sposoby emisji, wielowarstwowość zarejestrowanych partii oraz odgłosy wiatru, fal i mew. Płyta została w 2023 roku nominowana do Fryderyka w kategorii Album Roku – Muzyka Chóralna.

P.B.: Czy muzyczne opowiadanie o morzu wymaga od kompozytorów zastosowania szczególnych środków wyrazu? Czy dostrzega Pani charakterystyczne techniki kompozytorskie pozwalające oddać przestrzeń, ruch fal, wiatr czy atmosferę żeglugi?

S.F.M.: Nie powiedziałabym, że istnieje jeden muzyczny język morza. I właśnie to wydaje mi się najbardziej fascynujące. Każdy z kompozytorów poszukuje własnego sposobu na przełożenie obrazu, ruchu czy emocji związanych z wodą na materię dźwiękową. W utworach, z którymi pracowaliśmy, pojawiają się rozwiązania sonorystyczne, onomatopeje, glissanda, rozbudowane płaszczyzny harmoniczne, zmiany faktury i dynamiki, efekty oddechowe czy nietypowe sposoby emisji głosu. Czasem można niemal dosłownie usłyszeć krople, fale czy wiry, innym razem związek z morzem jest znacznie bardziej abstrakcyjny – wynika z nastroju, tekstu lub konstrukcji całej kompozycji.

Recenzenci albumu „The Sound of the Sea” zwracali uwagę właśnie na „szumiące oceany głosek”, unisona, kaskadowe melodie oraz bogactwo barw zastosowanych przez poszczególnych twórców. Chór jest pod tym względem niezwykle interesującym instrumentem. Kilkadziesiąt głosów pozwala stworzyć zarówno niemal nieruchomą przestrzeń dźwiękową, jak i bardzo dynamiczną masę brzmienia. Morze także nigdy nie jest identyczne – może być zupełnie spokojne, ale chwilę później stać się potężnym i nieprzewidywalnym żywiołem. Ta zmienność daje kompozytorowi ogromne pole wyobraźni.

P.B.: Gdyby miała Pani wskazać jeden utwór, który najpełniej oddaje istotę morza, jaka byłaby to kompozycja i dlaczego?

S.F.M.: Bardzo trudno byłoby mi wskazać jeden utwór. Wszystkie kompozycje, które znalazły się na albumie The Sound of the Sea, są mi niezwykle bliskie, przede wszystkim dlatego, że każda z nich pokazuje morze z zupełnie innej perspektywy. Właśnie ta różnorodność jest dla mnie najciekawsza – morze może być spokojne i kontemplacyjne, tajemnicze, pełne światła i przestrzeni, ale także niepokojące, nieprzewidywalne i potężne. Każdy z kompozytorów odnalazł w nim własne emocje, obrazy i brzmienia, dlatego trudno byłoby mi wartościować te utwory czy wybrać spośród nich tylko jeden. Szczególne miejsce zajmuje również The Voice of the Sea Z. Randalla Stroope’a, napisane specjalnie dla naszego chóru po tym, jak kompozytor zapoznał się z albumem The Sound of the Sea. To przepiękne dzieło, w którym morze staje się czymś więcej niż pejzażem – nabiera niemal własnego głosu, staje się przestrzenią refleksji i emocji. Jego prawykonanie w Pekinie było dla mnie jednym z tych momentów, kiedy szczególnie mocno odczułam, że rozwijana przez nas w Szczecinie marynistyka może przemawiać do słuchaczy niezależnie od miejsca i kultury. A jeśli miałabym wskazać utwór, który w ostatnim czasie szczególnie zawładnął naszymi sercami, byłby to The Rime of the Ancient Mariner Michała Ziółkowskiego. To dzieło, które po prostu wszyscy pokochaliśmy. Zachwyca mnie jego dramaturgia, bogactwo brzmienia i sposób, w jaki muzyka prowadzi słuchacza przez opowieść inspirowaną poematem Samuela Taylora Coleridge’a. Morze nie jest tutaj jedynie tłem wydarzeń – staje się właściwie jednym z bohaterów: fascynującym, groźnym, nieprzewidywalnym, a zarazem pięknym. Prawykonanie podczas 14. Międzynarodowego Festiwalu Chóralnego na Bali w 2025 roku było dla nas ogromnym przeżyciem i tylko umocniło szczególną więź zespołu z tym utworem. Muszę wymienić także dedykowanym nam przez Romualda Twardowskiego wspaniały Tryptyk Morski, który tworzą części: Pieśń Rycerzy Bolesławowych o Morzu, Cisza morska oraz Morze. Dlatego zamiast jednego dzieła wybrałabym chyba całą tę muzyczną drogę – od różnorodnych obrazów utrwalonych na The Sound of the Sea, przez The Voice of the Sea, aż po The Rime of the Ancient Mariner. Każde z tych dzieł opowiada o morzu inaczej, i właśnie w tej różnorodności najpełniej odnajduję jego istotę.

P.B.: „Chór jest jak statek – a na statku nie ma demokracji, jest kapitan”. Na ile zgadza się Pani z tym porównaniem?

S.F.M.: To porównanie jest niezwykle trafne, szczególnie w odniesieniu do Chóru Politechniki Morskiej, ale potraktowałabym je z pewnym dystansem. Oczywiście podczas próby czy koncertu ktoś musi podejmować ostateczne decyzje artystyczne i brać za nie odpowiedzialność – i tą osobą jest dyrygent. Nie oznacza to jednak, że współczesne prowadzenie chóru można sprowadzić do jednoosobowego dowodzenia załogą. Dziś rola dyrygenta jest zdecydowanie bardziej złożona. Dyrygent musi być nie tylko muzykiem i pedagogiem, ale również liderem, psychologiem, menedżerem, organizatorem, negocjatorem, mediatorem, a czasem po prostu przyjacielem, który potrafi wysłuchać i wesprzeć. Praca z chórem to przede wszystkim praca z ludźmi – z ich osobowościami, emocjami, ambicjami, możliwościami, ale też słabszymi momentami. Można mieć znakomity warsztat i bardzo konkretną wizję artystyczną, ale prawdziwą sztuką jest przekonać do niej kilkadziesiąt osób i sprawić, żeby zaczęły traktować ją jak wspólny cel. Przez ponad dwadzieścia lat pracy z zespołem coraz mocniej przekonuję się, że autorytetu dyrygenta nie buduje się wyłącznie poprzez podejmowanie decyzji. Tworzą go również zaufanie, wzajemny szacunek, konsekwencja i poczucie odpowiedzialności za ludzi, z którymi się pracuje. Chór jest niezwykłym instrumentem – żywym, zmieniającym się i złożonym z wielu indywidualności. Żeby naprawdę dobrze zabrzmiał, nie wystarczy nim kierować. Trzeba potrafić stworzyć wspólnotę ludzi, którzy chcą razem pracować, rozwijać się i przeżywać muzykę. Dlatego powiedziałabym, że dyrygent może być kapitanem, ale nawet najlepszy kapitan nie popłynie bez załogi, która wie, dokąd zmierza, ufa mu i – co najważniejsze – chce płynąć razem z nim.

Chór mieszany na tle napisu Szczecin
Chór Politechniki Morskiej w Szczecinie / fot. Hubert Grygielewicz
Wesprzyj nas
Warto zajrzeć