Jakub Szmidt i Mirella Malorny / fot. Arkadiusz Ławrywianiec, 35. Międzynarodowy Festiwal Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych

wywiady

„Publiczność przyjmuje tylko prawdę”. Rozmowa z Jakubem Szmidtem

OD REDAKCJI: Prezentujemy wywiad Moniki Targowskiej z młodym śpiewakiem Jakubem Szmidtem. Rozmowa ukazuje się w ramach 35. Międzynarodowego Festiwalu Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych. Organizatorem projektu jest Katowice Miasto Ogrodów – Instytucja Kultury im. Krystyny Bochenek. Patronem medialnym festiwalu jest MEAKULTURA.pl.

Jakub Szmidt – absolwent Akademii Muzycznej im. Karola Szymanowskiego w Katowicach w klasie śpiewu solowego ks. dr. hab. prof. AM Pawła Sobierajskiego. Umiejętności wokalne rozwijał także podczas kursów mistrzowskich prowadzonych przez Piotra Beczałę, Ewę Biegas, Mariusza Kwietnia, Thomasa Heyera, Edith Wiens i Johna Norrisa. W latach 2022–2024 był członkiem Internationalen Opernstudios der Staatoper Hannover. Występował na scenach polskich teatrów operowych jako: Serwacy (Verbum nobile Stanisława Moniuszki) – Opera Śląska w Bytomiu (2019), Don Fernando (Fidelio Ludwiga van Beethovena) – Opera Bałtycka w Gdańsku (2020), Mustafa (Włoszka w Algierze Gioacchina Rossiniego) – Opera Wrocławska (2024). Jest laureatem głównych nagród w ogólnopolskich i międzynarodowych konkursach wokalnych. W 2025 roku zdobył I nagrodę oraz wiele nagród specjalnych, m.in. za interpretację utworu Wojciecha Kilara Melancholie na VI Międzynarodowym Konkursie Wokalnym Ars et Gloria w Katowicach. Otrzymał również m.in. III nagrodę i dwie nagrody specjalne Teatru Wielkiego w Łodzi i Filharmonii Zielonogórskiej na XIX Międzynarodowym Konkursie Sztuki Wokalnej im. Ady Sari w Nowym Sączu (2021), II nagrodę, nagrodę Zarządu Sekcji Teatrów Muzycznych Związku Artystów Scen Polskich „dla największej osobowości artystycznej w kategorii męskiej” oraz nagrodę specjalną Dyrektora Filharmonii Pomorskiej na VI Ogólnopolskim Konkursie Wokalnym im. Krystyny Jamroz w Kielcach (2020), III nagrodę na Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Imricha Godina we Vrablach na Słowacji (2019), II nagrodę w Wielkim Turnieju Basów Polskich Akademii Muzycznych w Ciechocinku (2018). Współpracował z Orkiestrą Filharmonii Koszalińskiej, Zabrzańskiej, Częstochowskiej, Filharmonią Podkarpacką w Rzeszowie oraz Bayerische Kammerphilharmonie w Augsburgu. W 2020 roku jako solista wziął udział w wykonaniu Requiem Józefa Kozłowskiego na Festiwalu Muzyki Polskiej w Krakowie. Był również uczestnikiem wielu innych festiwali m.in. Bardzkie Lato Organowe, Legnickie Wieczory Organowe, 31. Międzynarodowy Festiwal Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych (2021).

_____

Monika Targowska: Rozpoczął Pan studia wokalne w 2017 roku, a już w 2019 przyszedł pierwszy duży sukces konkursowy – III nagroda oraz nagroda specjalna na XXI Międzynarodowym Konkursie Wokalnym im. Imricha Godina we Vrablach na Słowacji. Zawrotne tempo!

Jakub Szmidt: Dużo dostałem od Pana Boga jeśli chodzi o sam głos, więc na początku studiów miałem wiele łatwości w przygotowaniu prostych utworów – wystarczyło, że bazowałem na interpretacji. Te sukcesy nie były wynikiem nakładu ogromnej pracy. Nie były okupione wielkim stresem, nie były nawet do końca zaplanowane. Wiele w moim życiu się działo i po trosze dzieje się samo, staram się korzystać z okazji. Tak było także wtedy – pedagog podsunął pomysł, ja się zgłosiłem i w sumie tyle było w tym mojej zasługi.

M.T.: A jednak nie spoczął Pan na laurach. Czuł Pan presję dalszych sukcesów?

J.S.: Presja zaczęła się później, gdy trzeba było przygotować bardziej wymagający repertuar. Wówczas sam głos nie wystarczał – trzeba było zacząć uczciwie i mądrze ćwiczyć – to był największy stres, bo ja tego nie umiałem! Buntowałem się strasznie, kiedy mój profesor chciał ze mną nad czymś szczegółowo pracować, bo przecież do tej pory wystarczyło śpiewać. A praca? Pojawiła się u mnie świadomość moich własnych ograniczeń, a późniejsze, poważniejsze konkursy zaczęły tę sprawę weryfikować. Nie mam w sobie zbyt wiele cierpliwości. Wtedy w ogóle nie wierzyłem także w proces rozwoju techniki wokalnej, bazowałem tylko na naturze. Jasnym jest, że poszczególne nagrody zdobyte na konkursach wywierają na człowieku pewną presję „trzymania poziomu”. Ale ta presja, jak powiedziałem, pojawiła się później, gdy w grę zaczęły wchodzić poważniejsze wyzwania.

M.T.: Pańskim debiutem była rola Serwacego w Verbum nobile Stanisława Moniuszki. Tak się składa, że zaledwie kilka dni temu w Operze Bałtyckiej miała miejsce premiera Strasznego dworu z Pana udziałem w roli Skołuby. Słynna aria Ten zegar stary pojawiła się też w programie Pana koncertu w ramach 35. Międzynarodowego Festiwalu Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych w Katowicach. Za co ceni Pan twórczość Moniuszki?

J.S.: Według mnie Moniuszko w swojej basowej twórczości jest dość wymagający, ale jednocześnie niesamowicie piękny. Trudny, bo często wysoka tessitura (oczywiście poza Skołubą) i jednocześnie długie frazy, a piękny, bo to naprawdę piękne melodie i harmonia. Myślę, że o twórczości Moniuszki trzeba myśleć trochę po „verdiowsku”, a trochę po „rossiniowsku” jednocześnie. Długie frazy mogą być okazją do pokazania piękna głosu, dużego legato, ale Moniuszko wymaga też czasem zwinności, „buffo polotu”, różnych kolorów. Zaś sama aria Skołuby ciągnie się za mną od samego początku studiów i byłem na nią już trochę obrażony swego czasu. Teraz myślę, że skoro ludziom się podoba – to czemu nie śpiewać? Z każdym rokiem „czuję ją” trochę inaczej – coraz lżej, luźniej, bez zadęcia.

M.T.: Obecnie koncertuje Pan na scenach operowych w Polsce i za granicą, na tegorocznym wspomnianym Festiwalu Młodych Laureatów w Katowicach również zaprezentował Pan program  operowy. W jakim repertuarze czuje się Pan najlepiej?

J.S.: Najbliższa jest mi opera. Na początku trochę bałem się sceny, ale po pierwszych doświadczeniach stwierdziłem, że czuję się na niej bardzo dobrze. Trudno jest mi powiedzieć, jaki konkretnie repertuar jest mi obecnie najbliższy. Lubię partie buffo, jak na przykład partia Mustafy we Włoszce w Algierze, ale również Il Re w Aidzie jest mi bardzo bliski. Nie mam na razie szczególnie ukierunkowanych upodobań. Natomiast, kiedy myślę o przyszłości – wierzę, że będę śpiewał partie verdiowskie.

M.T.: Praca w operze wymaga umiejętności aktorskich. W jaki sposób aktorsko przygotowuje się Pan do roli?

J.S.: Często myśląc o jakiejś postaci, np. robiąc sobie herbatę, staram się zrobić tę herbatę tak, jakby zrobiłaby ją ta postać. Zadaję sobie przykładowo pytanie: o czym ja, jako ta postać, teraz myślę? Na podstawie wiedzy, z kim ta postać powiązana jest fabularnie, jakie ma relacje z innymi bohaterami, o czym śpiewa, czyli co zajmuje jej głowę, piszę sobie swoje scenariusze.

Staram się zapomnieć, kim ja naprawdę jestem, a jednocześnie bazuję na swoich prywatnych doświadczeniach z życia. Często dopowiadam sobie historie: co doprowadziło bohatera do momentu, który opowiedziany jest w operze, jakie miał dzieciństwo, wymyślam sobie, czy ta osoba nie ma jakichś problemów zdrowotnych, może nie ma lewego płuca i czasem łapczywie bierze oddech? To przybliża mnie do jakiegoś obrazu.

Reżyser potem wybiera, w którą stronę możemy iść. Gorzej, jeśli postać jest trudna emocjonalnie, jeśli na przykład przeżywa czyjąś śmierć – naprawdę trzeba to w skupieniu przeżyć, żeby była prawdziwa. Publiczność przyjmuje tylko prawdę.

M.T.: A czy potrafi przyjąć też niedociągnięcia techniczne? W nadmiarze emocji łatwo o potknięcia.

J.S.: Publiczność wybaczy wiele – często nawet nieczystości i wokalne potknięcia, które mogą się zdarzyć, ale nigdy braku zaangażowania emocjonalnego i powierzchowności interpretacji. Takie jałowe śpiewanie w moim odczuciu nie ma sensu. Śpiewa się zawsze do kogoś i po coś, nigdy dla samej melodii (nawet pięknej) i nigdy dla „pochwalenia się” techniką.

Głos musi być nośnikiem emocji. Bez emocji nie może powstać dźwięk, który porusza publiczność. Nigdy emocje nie przeszkadzały mi w śpiewie, czasem czuję ich niedosyt – i to mi przeszkadza. To na emocjach buduję technikę.

M.T.: Wielki polski bas, Bernard Ładysz, wspominał słowa swojej matki: „Śpiewaj synku dla wszystkich, o wszystkim – tylko śpiewaj sercem”. To była dobra rada, zważywszy na jego późniejszą oszałamiającą karierę. A jakie Pan ma wskazówki dla młodych śpiewaków?

J.S.: Przede wszystkim ja sam jestem młodym śpiewakiem i przede mną wciąż jest bardzo wiele pracy. Nie mam śmiałości dawać nikomu rad, ale jeśli już miałbym cokolwiek powiedzieć, to dla mnie najważniejsze jest to, żeby słuchać swojej intuicji. Żeby nie podążać ślepo za wszystkimi uwagami, nawet za uwagami autorytetów. Żeby nie ulegać modom, nie porównywać się do kolegów. A najważniejsze – nigdy nikogo nie naśladować. Można się inspirować, wsłuchiwać w wielkich śpiewaków, ale tylko po to, by spróbować zrozumieć pewne mechanizmy i jakość dźwięku. Nigdy nie kopiować barwy głosu, mimiki, postawy, gestów… To wszystko jest efektem pracy z własną osobowością. Jest efektem, rezultatem, a nigdy przyczyną dobrego śpiewania.

Poziomy baner z 35. Międzynarodowego Festiwalu Młodych Laureatów Konkursów Muzycznych.

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć