Witold Gombrowicz / fot. Bohdan Paczowski; pl.wikipedia.org, domena publiczna

recenzje

#punktwidzenia: Poznański „Ślub”

OD REDAKCJI: #punktwidzenia – to miejsce wymiany myśli, poglądów i tematów do dyskusji o muzyce. Przestrzeń otwarta dla blogerów, melomanów, autorów spoza stałego grona redakcyjnego i początkujących krytyków, którzy chcą komentować rzeczywistość. Znajdziecie tu refleksje, niezależne, a nawet kontrowersyjne opinie, nowe perspektywy i zaproszenie do dyskusji.
_____

W powieściach i dramatach Witolda Gombrowicza nie ma muzyki. Jedyny wyjątek stanowią Dzienniki, w których pisarz robi o niej dość sporo uwag. Te jednak zostały przez krytyków uznane za pozę i próbę zaimponowania odbiorcy. Można by więc wywnioskować, że Gombrowicz muzyki nie kochał, jednak to nieprawda. Kochał, ale po swojemu.

Najpierw szkolnych kolegów, którzy chodzili na koncerty, nazywał „maniakami”. Potem dał się przekonać do Beethovena. Ten stał się jego ulubionym kompozytorem, którego twórczość, a w szczególności kwartety smyczkowe, towarzyszyły mu przez całe życie. Mimo że uwielbiał słuchać muzyki, na koncerty nie lubił chodzić – wolał słuchać nagrań. Gardził operetką, uważając ją za najbardziej idiotyczny ze wszystkich teatralnych gatunków. Operą, co prawda, nie gardził, ale nigdy nie miał do niej cierpliwości i zamiast skupiać się na tym, co dzieje się w muzyce lub na pięknie operowego śpiewu, szukał niedostatków w libretcie.

Przewrotnie dwa dramaty Gombrowicza, Ślub i Operetka, obudziły we współczesnych twórcach chęć zmierzenia się z tekstem dzieł na płaszczyźnie operowej. Premiera operowej wersji Ślubu miała miejsce w Teatrze Wielkim im. Stanisława Moniuszki w Poznaniu w 2024 roku. Skomponowania muzyki do tego dzieła podjął się Zygmunt Krauze, a za reżyserię odpowiada Krzysztof Cicheński, który jest również autorem libretta.

Miałam okazję zobaczyć Ślub podczas niedawnego wznowienia dzieła w poznańskiej operze. Jest to historia zawarta we śnie żołnierza, Henryka. Henryk śni, że razem ze swoim przyjacielem Władziem wraca do rodzinnego domu – ten zostaje jednak przemieniony w karczmę. Ojciec bohatera, początkowo przeobrażony w karczmarza, podczas bójki z pijakami staje się „nietykalny” i pragnie synowi udzielić ślubu z jego narzeczoną, Manią, która stała się dziewką karczemną. Henryk staje przed dylematem: przyjąć ślub z rąk ojca, nietykalnego króla, czy też zdradzić ojca i udzielić sobie ślubu samemu, nie uznając nad sobą żadnego autorytetu.

Wizja reżyserska Krzysztofa Cicheńskiego i muzyka Zygmunta Krauzego obfitowały w patos i pewną nienaturalność, co doskonale korespondowało z atmosferą samego dramatu. Mrok i senny klimat podkreślały również kostiumy i scenografia Julii Kosek. Wspaniale tę oniryczność oddał kreujący główną rolę Michał Partyka. Z powodzeniem wykreował postać, która nie może do końca wpasować się w ramy i formę. Partnerujący mu na scenie Piotr Kalina, który grał rolę Władzia, również popisał się dobrym aktorstwem, chociaż spodziewałam się większych emocji w mrocznej scenie samobójstwa, która potraktowana została przez reżysera dość chłodno. Jak zawsze bardzo podobała mi się kreacja Goshi Kowalinskiej, która wcieliła się w rolę Mani. Na uwagę zasługuje świetna kreacja Jana Jakuba Monowida w roli Pijaka. Był on nie tylko niezwykle przekonujący aktorsko, ale również wokalnie – jego głos był nośny i przebijał się przez orkiestrę w każdym rejestrze.

Wybierając się na „Ślub” i wiedząc, jaki był stosunek Gombrowicza do muzyki, a w szczególności do opery, nie mogłam nie zadać sobie pytania: czy twórca byłby zadowolony z tego, że jego dramat wystawia się jako operę? Jak by ją przyjął? Czy zgodziłby się z wizją reżysera i kompozytora? W końcu sam dramat jest niezwykle trudnym, mrocznym dziełem, obfitującym w patos i nienaturalność, mnogość znaczeń. Pytania o reakcję samego Gombrowicza na nową inscenizację, które pojawiły się w mojej głowie, spowodowały, że podeszłam do niej z dystansem.

Tekst dramatu, tak pełen groteski i przerysowania, sam się w głowie czyta i wyobraża, a wyobrażenia tak szybko i tak silnie w głowie zostają, że potem jedyne, co można zrobić, to oglądać spektakl, będąc w opozycji do wizji reżysera. Najtrudniejszym do zaakceptowania elementem w tej inscenizacji była dla mnie postać Ojca. W dramacie jest to uosobienie jednocześnie prostoty i nieufności, ale też pełnej patosu godności – niestety nie odnalazłam tego w operze Krauzego i Cicheńskiego. Czy to źle? Niekoniecznie. Oczywiście nie uważam, że to, co ja zrozumiałam ze Ślubu, jest jedyną możliwą interpretacją dzieła. Ale od początku czułam, że nie mogę w pełni wejść w inną wizję.

A co z Gombrowiczem? Oczywiście mógłby nie być zachwycony. Twierdził ponoć, że muzyka jest tą dziedziną sztuki, która najszybciej wyczerpuje formy i wiecznie szuka czegoś nowego, co prowadzi do jej wynaturzenia i brzydoty. Ostatnim kompozytorem operującym pięknem formy był jego ukochany Beethoven. Gombrowicz nie tylko nie lubił chodzić na koncerty, nie chodził także na teatralne realizacje swoich dramatów. Dlaczego? Jak sam mówił – z lenistwa. Ale trzeba też pamiętać o tym, że pisarz za pomocą muzyki próbował wywierać wrażenie na czytelnikach, kształtować ich gusta, poszerzać horyzonty. Być może, gdyby przyszedł na poznański Ślub, doceniłby, że dzieło skłania do myślenia za pomocą muzyki. Nawet gdy to nie jest „jego” muzyka.

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć