Basia Małecka / fot. Krzysztof Małecki

wywiady

„Sprofanuję święty jazz popową «Agnieszką»”. Rozmowa z Basią Małecką

OD REDAKCJI: Rozmowa Hanny Kubaszewskiej z wokalistką Basią Małecką powstała podczas programu Mentoring Dziennikarski Fundacji MEAKULTURA w edycji 2024/2025. Zajęcia odbyły się w siedzibie partnera Fundacji MEAKULTURA – Polskiej Fundacji im. Roberta Schumana. Partnerem programu było Stowarzyszenie Autorów ZAiKS.

Wywiad został przeprowadzony w marcu 2025 roku, trzeba więc zaznaczyć, że od tego czasu kariera Basi Małeckiej rozwijała się w zawrotnym tempie i jako artystka w tym momencie jest już w zupełnie innym miejscu niż była rok temu. Z perspektywy czasu tym bardziej ciekawie jest zobaczyć, jaką drogę przeszła. Jako niezależna artystka koncertuje po całej Polsce, wypuszcza autorską muzykę i realizuje się artystycznie w zgodzie ze swoimi przekonaniami.

Bieżący numer MEAKULTURA.pl jest drugą odsłoną owoców pracy Uczestników Mentoringu Dziennikarskiego i ma na celu ukazanie wysokiej jakości artykułów powstałych podczas trwania Programu. Pierwsze wydanie dostępne TUTAJ.

Basia Małecka – artystka, wokalistka, laureatka festiwalu „Pamiętamy o Osieckiej”, zwyciężczyni 50 innych konkursów oraz stypendystka Miasta Krakowa w dziedzinie muzyki popularnej. Na swoim koncie ma EP-kę Cosmic, w której autorskie teksty łączy z soulowymi i jazzowymi brzmieniami, oraz wydaną w 2024 roku płytę Agnieszka z jazzowymi aranżacjami utworów Agnieszki Osieckiej.
_____

Hanna Kubaszewska: Idziesz jak burza! W ciągu zaledwie pół roku wydałaś płytę Agnieszka, zagrałaś trzy koncerty, wyprzedałaś wszystkie bilety na swój koncert w klubie Jassmine i cały nakład albumu. Do tego pracujesz w redakcji magazynu „Znak”, prowadzisz audycję w radiowej „Trójce” – a wszystko to bez wsparcia wytwórni. Jak to jest debiutować na rynku muzycznym solo?

Basia Małecka: Cały zeszły rok był intensywny, bo pracowałam na cały etat. Czasem nie wiem, jak ja to robiłam – chyba siedziałam po 16 godzin przy komputerze. Teraz mam umowę na pół etatu, więc w miarę udaje mi się łączyć obie rzeczy. Miałam pierwsze próby współpracy z managementami, ale chyba jeszcze nie spotkałam „swoich” ludzi. Daję sobie czas na znalezienie właściwej osoby, wytwórni jak dotąd nie potrzebowałam, obyło się bez niej. Zresztą z tym też nie wszystko jest przesądzone. Możesz na przykład trafić na kiepskiego project managera, dla którego jesteś żadnym priorytetem. Na razie działam sama, ale mam też wsparcie rodzeństwa, mój brat zaczyna studia operatorskie w szkole filmowej w Pradze, oraz od mojej przyjaciółki Hani, która przy każdym koncercie wspiera mnie managersko. Wiadomo, że w tej branży liczą się znajomości, na przykład w streamingach, na festiwalach, bookingach – ale mam poczucie, że na tym etapie zupełnie mi wystarcza to, co robię, i nie mam głodu nie wiadomo jakiej ekspansji. Nie mam też obawy, że moja muzyka nie dotarła do tych, do których miała dotrzeć.

H.K.: Muzyka zawsze znajdzie swoich ludzi. Myślę, że to bardzo dobre podejście, zwłaszcza że presja w świecie artystycznym jest olbrzymia.

B.M.: Wyobraź sobie, że minęło już ponad pół roku od tej płyty. Mam mniej więcej ustaloną perspektywę działania do końca roku, ale i tak czasem trzęsą mi się ręce. Wydaje mi się, że żadna inna branża ani dziedzina sztuki nie funkcjonuje tak paranoicznie jak muzyka – tutaj zawsze musi być więcej i więcej. Ciągle trzeba produkować content – jeśli nagrałaś jedną płytę, to zaraz musisz myśleć o drugiej, wypuszczać single. Czuć tutaj presję nieustannego przypominania o sobie i tę groźbę, że o tobie zapomną i się ludziom znudzisz.

H.K.: Ale udaje Ci się wyłączyć to myślenie?

B.M.: Czasem tak. Wtedy sobie myślę: „Dobra, stop, to nie wyścig”.

H.K.: Brak wytwórni oznacza też samodzielną promocję, w tym prowadzenie social mediów, co obecnie wydaje się niezbędnym elementem każdej publicznej kreacji. Publikujesz sporo treści okołomuzycznych – jak tym zarządzasz?

B.M.: Pocieszające w tym szaleństwie jest to, że nie wyszłam z domu, żeby promować tę płytę! Całą promocję oparłam właśnie na social mediach i na tym, że siedziałam w ogrodzie moich rodziców z mikrofonem i śpiewałam, zdradzając kolejne single. Mam całą siatkę pomysłów, w miarę przemyślaną strategię, według której ustalam, co i kiedy wypuszczę. Wydaje mi się, że największym złudzeniem social mediów jest przekonanie, że ktoś po prostu usiadł i spontanicznie nagrał jakiś filmik. To jeden wielki blef.

H.K.: Nawet nie, że blef, ale po prostu praca. Często też niezbędna pod kątem zarobkowym, bo na Spotify się przecież nie zarabia…

B.M.: Mogę Ci powiedzieć, ile zarobiłam na streamingu swojej płyty. To jest żenujące i smutne. Trzysta sześćdziesiąt pięć dni – 300 tysięcy odsłuchań na wszystkich platformach. Na samym Spotify za 290 tysięcy odsłuchań dostałam 400 dolarów. Ten, kto myśli, że może oprzeć swoje zarobki na serwisach streamingowych, jest naiwny, bo to de facto rozdawanie swojej pracy za darmo. Streamingi zmieniły rynek i przyzwyczaiły nas do tego, że pompujesz pieniądze w projekt i automatycznie, pierwszego dnia, musisz go oddać za darmo. Książkę przynajmniej trzeba kupić, a płyty już nawet nie.

H.K.: Mimo to ludzie wciąż kupują płyty, co dobrze widać na Twoim przykładzie. To, że winyle się sprzedają, nie jest dla mnie zaskoczeniem – nastąpił wielki powrót gramofonów. Ale płyty CD? Coraz mniej osób ma możliwość ich odsłuchania.

B.M.: To wspaniałe, że jednak się sprzedają! Bałam się, że nikt ich nie kupi, ale okazuje się, że ludzie traktują płyty jako pamiątki z wydarzenia. Wiadomo, że CD częściej kupują starsze osoby, 40-, 50-latkowie (chyba są do nich bardziej przywiązani), a winyle młodsi.

H.K.: No właśnie, czy dzięki temu masz jakiś wgląd w swojego odbiorcę? Kto słucha Agnieszki?

B.M.: Mam swoje podejrzenia. Wiem, że są to bardzo muzykalne osoby – gdy śpiewają ze mną na koncertach, to w żadnym razie nie jest to atonalny ryk. (śmiech) Jest wręcz przeciwnie. Wydaje mi się, że sporo z nich to osoby niewiele młodsze ode mnie, które studiują wokalistykę, aktorstwo, instrumentalistykę. Słuchają dobrej muzyki i mamy wiele wspólnych punktów odniesienia. Jestem dla nich jak starsza siostra czy przyjaciółka – ktoś, kto jest zaledwie krok przed nimi. Na przykład dziewczyna na koncercie podchodzi do mnie i mówi: „Przyjaciółka mi cię podesłała. Na co dzień słucham progresywnego rocka i nienawidzę jazzu, ale to jest pierwsza jazzowa płyta, która mi się spodobała”.

H.K.: Mówisz też o starszych osobach, co ma sens, bo najpewniej przyciągają je teksty – w dużym stopniu są to zapewne teksty ich młodości.

B.M.: Tak, często córki przyprowadzają rodziców. To samo usłyszałam w „Trójce” – Zielono mi działa na starsze pokolenie, które po prostu bardzo dobrze zna ten tekst i pamięta różne wykonania tej piosenki. Ale też na młodsze osoby, bo im z kolei podoba się brzmienie i aranżacja. Dla nich ta niedzisiejsza Osiecka jest drugorzędna, to muzyka się im spodobała.

H.K.: Właśnie, jak u Ciebie jest z tą Osiecką? Ja jestem dużą fanką Kory, ale rok temu przeczytałam jej biografię Się żyje i, ku mojemu zaskoczeniu, doszłam do wniosku, że chyba byśmy się nie polubiły. Czy myślisz, że polubiłabyś się z Agnieszką? Będąc tak blisko jej twórczości, czujesz z nią jakąś więź czy jakieś połączenie?

B.M.: Nie wiem, czy bym się z nią zaprzyjaźniła, chyba mi na tym nie zależy. Bardziej rozpatruję ją jako duchową opiekunkę, która towarzyszyła mi w różnych momentach. Dzięki niej w moim życiu dzieją się tak ciekawe rzeczy, jak na przykład koncert w Muzeum Narodowym czy całe to szaleństwo związane z płytą.

Z Osiecką nauczyłam się być na scenie, ale też odkrywać w piosenkach coś dla siebie. Kiedy myślę o rzeczach, które mnie zdefiniowały „na później”, to jest to jedna z nich – odkrycie i rozsmakowanie się w tekstach oraz znalezienie jakiejś własnej formy ekspresji.

H.K.: Czy to przekłada się na selekcję tekstów na płycie? Czy te piosenki odegrały dla Ciebie ważną rolę w odkrywaniu siebie?

B.M.: Moja ballada to pierwsza piosenka Osieckiej, którą śpiewałam, ma więc dla mnie dużą wartość symboliczną. Z kolei Oddalasz się to spełnione marzenie o dostaniu się na konkurs „Pamiętajcie o Osieckiej.” A Kto tak ładnie kradnie czy Zielono mi były bardziej eksperymentem muzycznym. Praca nad recitalem (8 powodów, dla których powinnam była dostać się na Osiecką, ale się nie dostałam) zbiegła się z pracą nad EP-ką Cosmic, która była pierwszym krokiem w stronę autorskich rzeczy. Postawiłam więc sobie za cel, żeby Osiecką wyrazić językiem, który był mi w tamtym momencie bliższy – czyli totalnie muzycznym, nie lirycznym. Chciałam napakować tam instrumentów dętych i żeby był groove.

H.K.: Czyli poszłaś bardziej w stronę aranżacji, a niekoniecznie interpretacji tekstu?

B.M.: Pamiętam, jak rozmawiałam z Jackiem Piskorzem, w trakcie tworzenia aranżacji do Agnieszki. Powiedział mi: „Basia, ale wiesz, że to może się nie udać? Nie oszukasz tych melodii i harmonii, nie możesz zmienić tego, co jest w nutach”. Stwierdziłam, że zaryzykuję – niech to będzie eksperyment, a na końcu rozstrzygniemy, czy da się uciec od Osieckiej i Seweryna Krajewskiego. Początkowo rozważałam piosenki mniej znane, siedziałam w bibliotece i przeszukiwałam śpiewniki. W ten sposób odkryłam na przykład Lubię nas, której wcześniej nie znałam. Wreszcie doszliśmy do wniosku, że największa frajda z robienia płyty z utworami Osieckiej polega na tym, że ludzie je znają i mają punkt odniesienia w swoich głowach. A tu nagle ktoś zaskakuje ich czymś zupełnie innym.

H.K.: Czy usłyszałaś może komentarze, że Twoja wersja to profanacja klasyki?

B.M.: Od Magdy Umer, ale z dużą dozą sympatii. Powiedziała, że z płyty najbardziej podoba jej się Mój pierwszy bal, bo jest najmniej „nadziubdziany”. Ale nie mam do niej pretensji, to inna szkoła.

H.K.: Materiału Osieckiej masz w zasadzie w nieskończoność.

B.M.: Z jednej strony tak, ale kiedy zamykałam listę utworów, miałam poczucie, że wybrałam naprawdę to, co mogłam. Inne piosenki albo mi się nie podobają, albo nie widzę w nich potencjału na rewolucję. Wyzwaniem tej płyty jest to, że gra na niej mnóstwo ludzi. Już abstrahując od orkiestry, która liczy 20 osób i nie sposób ich zmieścić na scenie. Myślę, że na jesieni dla odmiany zrobię kameralną, akustyczną trasę w malutkim składzie. Poza tym pracuję też nad autorskimi rzeczami.

H.K.: Swoje teksty piszesz często po angielsku. Czy po prostu dobrze czujesz się w tym języku, czy może chodzi o chęć wypuszczenia swojej muzyki w świat?

B.M.: Za tym stoją dwie rzeczy: pierwsza jest taka, żeby wypuszczać muzykę w świat, bo mnie wkurza polski rynek…

H.K.: Oj, nie miałabym pewności, czy zachodni jest lepszy…

B.M.: Ale o muzyce myśli się inaczej. Kiedy tutaj próbuję przekonać kogoś, że w Berlinie czy Londynie taka muzyka jest na wznoszącej fali, i czuję, że niedługo znajdą się jej słuchacze także u nas, to słyszę: „No, fajnie, też to widzimy, ale nie chcemy inwestować w to pieniędzy”. Poza tym, angielski pozwala mi na radykalnie inną formę ekspresji niż polski. W polskim zakodowana jest we mnie Osiecka, poezja, Kofta, Kabaret Starszych Panów i nie potrafię się od ich słów uwolnić. A nie chcę pisać poezji, nie chcę być śpiewającą aktorką.

H.K.: Wiem, o co chodzi. Kiedy funkcjonuję po francusku, staję się zupełnie inną osobą, nawet mój głos jest inny. Rozumiem więc tę ciekawość odkrywania się w nowej osobie.

B.M.: Zgadzam się totalnie! No, i pewnie, że rynek zagraniczny jest bardzo przesycony, jest mnóstwo ludzi, więc na pewno debiut tam jest tysiąc razy trudniejszy. W Polsce wystarczy, że się pojawisz, a wszyscy cię widzą i wszyscy wszystko wiedzą.

H.K.: Świat muzyki jest rzeczywiście mały, co wiąże się również nieraz z układami koleżeńskimi i nieczystymi zagraniami. Ty też często poruszasz te wątki w social mediach, zwłaszcza w kontekście seksizmu i nierównego traktowania w środowiskach artystycznych.

B.M.: Poruszam ten temat w socialach, bo to jedyny sposób, w jaki mogę się temu przeciwstawić. Spotkałam się ze skandalicznym traktowaniem i wiesz, będąc w środku, trudno się sprzeciwić czy wytknąć palcem, bo ci ludzie najczęściej mają większe doświadczenie, więcej kontaktów, mogą potem powiedzieć, że Baśka…

H.K.: … że „ciężko się z nią pracuje”.

B.M.: Przez 20 lat istnienia „Fryderyków” żadna kobieta nie dostała nagrody jako artysta roku. Dopiero w 2024 statuetkę dostała Aga Derlak. W tym roku powstała kategoria „artystki” i zgadnij, ile kobiet jest nominowanych? Całe zero. Tak samo z kategorią kompozytor/kompozytorka – też zero nominacji. Po co to robić?

H.K.: Jakiś czas temu szykowałam tekst o Izabeli Dłużyk, field recorderce, która w 2023 roku została wpisana na listę 100 najbardziej wpływowych kobiet. W uzasadnieniu padło, że to dzięki świadomemu zajmowaniu miejsca w męskim gronie field recorderów. Jednak w wywiadach podkreśla, że to nie ma dla niej znaczenia i że nie uważa, że jest jej trudniej. Po prostu robi swoje. Jakie jest twoje spojrzenie na ten temat?

B.M.: W ramach swojej pracy aktywistycznej pisałam kiedyś tekst o kobietach w jazzie. Odezwałam się do jednej wokalistki, którą lubię, z zapytaniem czy chciałaby porozmawiać. Ona odpisała mi bardzo krótko, że jej zdaniem, jeżeli kobieta chce grać jazz, to po prostu go gra. Zgoda, współcześnie nie mamy żadnych barier, ale w tym, jak traktują nas muzycy, ile kobiet gra w Polsce jazz i dostaje nagrody, pobrzmiewają echa przeszłości. Nie jesteś muzyczką, jesteś wokalistką, czyli osobną kategorią, bez wiedzy i warsztatu. Naprawdę nie przesadzam. Historie, które przytaczam w swoich socialach, nie są wymyślone. Nie znoszę chodzić na jam session – to emanacja męskiej energii, przegląd indywidualności. Grałam kiedyś z takim pianistą, który grał solo na początku, solo w środku i jeszcze solo na końcu utworu. Był bezlitosny dla mnie, ale przede wszystkim dla słuchacza. Dlatego tak bardzo lubię grać z Hanią Derej. Ona, w porównaniu do niektórych chłopców, nie próbuje się w każdym zdaniu wygadać, zostawia bardzo dużo powietrza, jest czujna i przede wszystkim empatyczna względem tego, kto cię słucha – nasza gra jest wspólna, to nie jest wyścig.

H.K.: Od razu przychodzi mi na myśl jazzowy klub La Gare w Paryżu, zdominowany przez podobne osoby. Swego czasu bywałam tam nawet dwa razy w tygodniu i chyba tylko raz widziałam na scenie dziewczynę, która i tak weszła dopiero po skończonym secie, kiedy wszyscy schodzili już do techno klubu Le Gore w piwnicach. Często grały tam osoby z Konserwatorium Paryskiego, ale pytanie, gdzie są te wszystkie studentki? Bo wiem, że są i dobrze grają.

B.M.: Tak, ja też zawsze czekam. Przez atmosferę na scenie, którą tworzą faceci. Cieszy mnie, że stworzyłam Agnieszkę i koncertuję z osobami, które wierzą w kolektyw, dobrą atmosferę w zespole, która potem przekłada się na to, jak gramy. Realnie odczuwam ich dobre nastawienie i obecność, która mnie buduje i wzmacnia, dzięki czemu mam na scenie siłę i odwagę do własnej ekspresji.

H.K.: Czy w takim razie Twoim celem byłoby dokonanie zmian na obecnej scenie jazzowej w Polsce, wprowadzenie nowych wartości i zmiana jej struktury, czy chodzi raczej o stworzenie zupełnie nowej przestrzeni?

B.M.: Stwierdziłam, że sprofanuję święty jazz popową, mainstreamową i trochę obciachową Agnieszką. To jest moja forma stworzenia nowej sceny. Pewnie trudniejsze byłoby wprowadzenie czy budowanie nowego stylu lub nowej sceny, gdybym w pierwszej kolejności chciała zrobić to moimi autorskimi piosenkami. Ludzie mnie nie znają, więc trudniej ich przekonać do nowego repertuaru, a co dopiero do nowego gatunku. A jeżeli robisz pierwszy krok w stronę nowej wrażliwości i bierzesz na zakładnika rzeczy, które masz osłuchane, to wydaje mi się, że to dużo prostsze.

H.K.: Patrząc na kondycję świata kultury, zarówno na rynku muzycznym, jak i literackim, łatwo popaść w załamanie. Z racji tego, że jesteś głęboko osadzona w tym środowisku i znasz jego potrzeby zapytam na koniec: czego nam trzeba?

B.M.: Wszystko, co robię jest dla mnie taką formą misji czy aktywizmu nienazwanego aktywizmem.

Jeśli jakieś młode dziewczyny zobaczą, jak hasam sobie niezbyt przejęta wspomnianymi facetami i oceną po scenie, to może się zainspirują i poczują silniejsze?

Bardzo bym chciała w przyszłości organizować warsztaty dla kobiet, może założyć fundację, która robi networkingowe spotkania dla dziewczyn z branży. Taką platformę wymiany doświadczeń i umiejętności, której – odczuwam – tutaj nie ma, a której nam trzeba.

kolorowe kulki na pięciolinii. obok nich napis Mentoring Dziennikarski

nad czarnymi liniami przebiega różowa fala, obok napis Fundacja MEAKULTURA

niebieski napis: zaiks sprzyjamy wyobraźni

kolorowy napis Schuman

Wesprzyj nas
Warto zajrzeć