Film i Teatr Musical i operetka

Musical w kinie

Agnieszka Serlikowska

musical-w-kinie
plakat z musicalu "Chicago", materiały prasowe

Podobno Oscar w kategorii najlepszy reżyser, daje nagrodzonemu wolność w wyborze kolejnego tytułu, którego pragnie się podjąć. Tom Hooper po zdobyciu statuetki za Jak zostać królem, zapytany o kolejny projekt, odpradł Les Miserables.

Musical, nazywany również filmem muzycznym, wywodzi się wprost z gatunku scenicznego, będącego jedyną rdzennie amerykańską formą teatralną[1]. Nic dziwnego, że szybko z Broadwayu trafił do Hollywood stając się jedną z charakterystycznych odmian kina pochodzącego wprost z filmowej Fabryki Snów.  Musical swoją złotą erę przeżywał w latach 30, 40 i 50 XX wieku i kojarzy się z takimi nazwiskami jak  Fred Astaire, Ginger Rogers czy Frank Sinatra. Tytuły takie jak Na przepustce (1949) czy Deszczowa piosenka (1952) utrwaliły wizerunek filmu muzycznego jako gatunku prostego, łatwego i przyjemnego w odbiorze, w którym powinna występować triada równorzędnych elementów : dialogu, śpiewu i tańca.

W miarę upływu lat i ewolucji swojego scenicznego pierwowzoru, zmienia ł się również jego ekranowy odpowiednik. Do  kin zaczęły trafiać przełomowe dla teatralnego musicalu tytuły jak West Side Story (1960), Cabaret (1972), Hair (1979). Równocześnie pojawiały się ciekawe produkcje wyłącznie filmowe jak Cały ten zgiełk (1979). Jednak im bardziej przepychały się na ekrany hollywoodzkie sensacyjne superprodukcje tym mniej było miejsca dla filmów muzycznych.  Pod koniec lat osiemdziesiątych  niejako sięgnął po ten gatunek Disney w swoich animacjach - większość produkcji animowanych tego studia  jak Mała Syrenka, Piękna i Bestia czy Król Lew do złudzenia przypominają musicale, zostały z resztą później z dużym sukcesem przeniesione na sceny Broadwayu. W 1996 roku pojawiły się jeszcze Evita i Allenowski Wszyscy mówią kocham Cię , a następnie – poza animacjami dla dzieci – słuch o musicalu zaginał. 

W 2000 roku, w drugim wydaniu Przewodnika po filmach muzycznych Lucjan Kydryński pisał: film muzyczny jako odrębny gatunek już praktycznie nie istnieje, przegrał rywalizację z kinem akcji.

I rzeczywiście wydawałoby się, że to już koniec musicalu, gdyby nie jeden tytuł. W październiku 2011 roku na ekrany trafił bowiem Moulin Rouge!. Wyróżniony ośmioma nominacjami do Oscara (w tym za najlepszy film) obraz rozpoczął nową erę musicalu. Specyficzną, często dziwną, ale cieszącą się całkiem niezłą popularnością. Począwszy od tego filmu, praktycznie co roku do kin wchodzi przynajmniej jeden musical (w 2007 na ekranach kin debiutowało aż pięć takich produkcji). Czy nie warto zatem przyjrzeć się filmom muzycznym XXI wieku?

Gorsety i Gwiazdy

Na sukces Moulin Rouge! (reż. Baz Luhrmann) złożyło się wiele elementów. Tęsknota za paryską bohemą, komediowe, bardzo charakterystyczne postacie drugiego tła oraz lekko ckliwy, ale sympatyczny wątek miłosny. Z kankanem i kabaretem Moulin Rouge było ukłonem w stronę starego kina, z nowymi aranżacjami znanych przebojów takich jak Like a Virgin czy The Show Must Go On zawadiackim mrugnięciem okiem w stronę publiczności. Na dodatek okazało się, że znani aktorzy tacy jak Nicole Kidman i Ewan McGregor mogą też całkiem nieźle śpiewać. Takiego filmu dawno w kinach nie było, nic dziwnego, że zaskarbił sobie przychylność krytyków i publiczności.

W podobnym duchu utrzymane było mające premierę rok później Chicago. W przeciwieństwie do Moulin Rouge! był to film oparty na musicalu scenicznym. Jego akcja toczyła się w tytułowym Chicago lat XX, w którym dwie kobiety – przebojowa Velma i cicha myszka z ambicjami – Roxie gotowe były zabić by zyskać sławę na scenie. W Chicago ważniejsza od fabuły okazała się obsada. Publiczność intrygowali śpiewający Richard Gere i Catherine Zeta-Jones – która jak do dziś przy omawianiu tego filmu ciągle się podkreśla – wykonywała wszystkie skomplikowane układy choreograficzne będąc w drugim miesiącu ciąży. Hollywoodzkie Chicago zapoczątkowało nurt filmowego musicalu, w którym najważniejsze są znane nazwiska w obsadzie. Nęcą one publiczność do sprawdzenia jak tańczą i śpiewają ich idole i idolki. Oni – ubrani w dobrze skrojone garnitury, one – w ponętne halki oraz gorsety.

Nurt ten dobrze widoczny jest w Nine (2009, reż. Robb Marshall), w którym polityka takiego doboru obsady okazała się szczególnie dotkliwa. Coś, co było zaletą Moulin Rouge! zostało tu sprowadzone do kuriozum. W musicalowej wersji Osiem i pół Felliniego słabe wokale znanych aktorek i aktorów (między innymi Daniela Day-Lewisa i Penolope Cruz) pogrążyły potencjalnie interesujący obraz. Dobór obsady okazał się w tym przypadku szczególnie zastanawiający – biorąc pod uwagę, że w ostatniej broadwayowskiej wersji tego musicalu główne role odtwarzali Antonio Banderas i Jane Krakowski (gwiazda seriali Ally McBeal i Rockefeler Plaza 30). Ale jak Banderas - który już w  filmowej Evicie pokazał, że umie śpiewać -  mógł konkurować ze zdobywcą Oscara dla najlepszego aktora 2007 roku – Day-Lewisem?

Zdecydowanie najsłabszym musicalem utrzymanym w nurcie „gorsetowym” jest Burleska (2010 reż. Steven Antin). Twórcy tego filmu nawet nie silili się na oryginalną fabułę, decydując się na wyprodukowanie opowieści w stylu „american dream”. Oto dziewczyna z małego miasteczka ucieka do Los Angeles i zatrudnia się jako barmanka w burlesce – amerykańskim kabarecie w starym stylu, w którym skąpo ubrane kobiety tańczą i śpiewają z playbacku znane przeboje. Dziewczyna nie dość, że umie tańczyć to okazuje się, że jest posiadaczką wyjątkowego głosu. Dzięki talentowi i jasności umysłu ratuje upadający klub i zdobywa miłość. W materiałach dystrybucyjnych nikt nie udawał nawet, że ważna jest treść filmu, głosząca banalne idee o wierze we własne marzenia. Najważniejsze w Burlesce były odtwórczynie głównych ról: dawno niewidziana, ale dzięki operacjom plastycznym wiecznie młoda - Cher oraz debiutująca na ekranie wokalistka Christina Aguilera.

Scenicznie w kinie

W swojej historii filmowy musical bardzo często korzystał z dorobku swojego scenicznego pierwowzoru. Nie inaczej było w ciągu ostatnich 13 lat. Poza wspomnianymi już Chicago i Nine uwagę zwraca Rent z 2005 roku (reż. Chris Columbus). Jego wersja sceniczna  została uznana przez krytykę teatralną za pierwszy tak duży przełom od czasu Hair. Rent to współczesna odpowiedź na Cyganerię Pucciniego, poruszająca problem zmagań artystycznej bohemy Nowego Jorku z niespełnieniem, niedostatkiem i  epidemią AIDS.  Filmowa wersja Rent była wyjątkowa ze względu na fakt, iż w obrazie wystąpiła w przeważającej części oryginalna obsada spektaklu. Zamiast gwiazd, producenci postawili na utalentowanych wokalnie aktorów doskonale znających swoje role. Filmowy Rent został ciepło przyjęty w kręgach wielbicieli musicalu i całkiem nieźle przez amerykańskich krytyków. Pewien niedosyt wzbudziło banalne zakończenie musicalu w pewien sposób wytłumaczalne, gdy weźmie się pod uwagę, że twórca i pomysłodawca Rent Jonathan Larson zmarł na AIDS na tydzień przed premierą swojego musicalu. Warto również zwrócić uwagę, że polski dystrybutor dwukrotnie przenosił polską premierę filmu, ostatecznie decydując się nie wpuścić jej do kin, ale wydać bezpośrednio na DVD. 

Na podstawie Broadwayowskiego hitu powstał również musical Dreamgirls (2006, reż. Bill Condon)  opowiadający historię amerykańskiego wokalnego trio The Supremes. Film  przyniósł wiele niespodzianek. Choć stawiano, że wprowadzi do świata aktorstwa Beyonce (wokalistka otrzymała główną rolę), gwiazdą Dreamgirls okazała się - uczestniczka jednej z edycji programu American Idiol – Jennifer Hudson. Jej pełnokrwista kreacja została nagrodzona Oscarem za najlepszą rolę drugoplanową. Dreamgirls to również chwilowy powrót Eddiego Murphy’ego, który rolą zblazowanego wokalisty udowodnił, że marnuje talent w komediach swoich produkcji.      

materiały prasowe

Po sceniczny musical sięgnął również Tim Burton. Oczywiście nie rezygnując  przy tym ze swojego charakterystycznego stylu. Tak powstała filmowa wersja spektaklu Sweeney Todd – demoniczny golibroda z Fleet Street. Tytułowy Sweeney jest seryjnym mordercą, który wraz z przyjaciółką przerabia swoje ofiary na smakowite paszteciki. Ich sklepik szybko staje się jedną z najpopularniejszych cukierni dziewiętnastowiecznego Londynu.  Jak łatwo się domyślić po tym krótkim opisie, Sweeney Todd to groteskowy horror. Burton główne role w filmie powierzył swoim ulubionym aktorom – Johny’emu Deppowi i Helenie Bohnam Carter. Choć spektakl jest ciekawą, groteskową opowieścią z fascynującą, nieoczywistą muzyką Stephena Sondheima, to filmowy musical wyszedł z niego raczej kiepski. Nudny, monotonny, mroczny, ale mało dowcipny obraz, któremu  zdecydowanie nie pomogły słabe umiejętności wokalne odtwórców głównych ról.

Producenckim strzałem w dziesiątkę było przeniesienie na ekran musicalu z przebojami Abby – czyli słynnego już Mamma Mia!. To historia ślubu młodej dziewczyny mieszkającej na greckiej wyspie wraz z matką. Sielankową atmosferę przygotowań burzy jednak pojawienie się trzech mężczyzn, z których każdy może być jej potencjalnym ojcem. Film z 2008 roku (reż. Phyllida Lloyd) to pogodna komedia, idealna na beztroskie lub - wręcz przeciwnie - depresyjne wieczory. Jego bezapelacyjną królową jest Meryl Streep, która udowodniła, że 60-letnie aktorki nie muszą grać w amerykańskim kinie wyłącznie nudnych staruszek. Dotkliwe dla uszu okazało się obsadzenie w rolach trzech byłych kochanków kobiety – Pierce Brosmana, Colina Firtha i Stellana Skarsgarda. Jednak mimo wątpliwych umiejętności wokalnych wspomnianych panów, publiczność pokochała radosny film, w którym śpiewać każdy może, choć  nie każdy powinien. 

Musical Bollywoodzki i Europejski

Choć musical ciągle uważany jest za typowo amerykański gatunek, nie znaczy to, że nie sięgają po niego inne kraje. Najlepszym przykładem są tu Indie. Filmy muzyczne to sztandarowe produkcje Boolywood. Ilość hinduskich musicali filmowych już dawno przewyższyła liczbę tych amerykańskich. Jednak muzyczne kino Boolywoodzkie to na tyle obszerny temat, że potrzeba by oddzielnego artykułu by podjąć próbę jego omówienia.

Dużo gorzej sytuacja wygląda w Europie. W XXI wiek powstały bodajże tylko trzy musicale, którym udało się przebić do światowych kin. Były to produkcje nietypowe, a przez to niezmiernie interesujące.

W 2000 roku do kin trafił obraz Larsa Von Triera – Tańcząc w ciemnościach. Film uważany jest za trzecią część trylogii Złotego Serca duńskiego reżysera ( po Przełamując Fale i Idiotach). Stanowi ważny punkt  twórczości Von Triera, jednak bez wątpienia jest też musicalem. Do muzyki ucieka bowiem główna bohaterka Tańcząc w ciemnościach – emigrantka z Czechosłowacji Selma (w tej roli wokalistka Bjork). Kobieta pracuje w fabryce by zarobić na operację dla syna i starannie ukrywa przed wszystkimi fakt, że traci wzrok. Poruszający dramat, w którym utwory służą do wyrażenia uczuć głównej bohaterki to jedna z obowiązkowych pozycji kina muzycznego. Udowadnia, że musical nie musi być głupiutką historią o miłości, bo muzyką i tekstami można wyrazić o wiele więcej.

Dwa lata później premierę miała francuska komedia kryminalna Francisa Ozona Osiem kobiet. Fabuła filmu jest typowa dla kryminału. W środku zimy w domu na odludziu, ktoś morduje pana domu. Zabójczynią musi być jedna z ośmiu kobiet, z których każda miała motyw by dokonać tej zbrodni. Film na miano musicalu zasłużył sobie poprzez wplecenie w akcję francuskich piosenek – brawurowo wykonywanych przez  aktorki. Melodie służą tu rozładowaniu napięcia, rozproszeniu uwagi widza i trzeba przyznać, że nadają się do tego idealnie.

Musicalem jest również irlandzki Once (reż. John Carney) z 2007 roku. Kameralny film muzyczny o ulicznym grajku i emigrantce z Czech, którzy przez przypadek spotykają się na jednej z ulic Dublina, podbił krytykę oraz publiczność. To musical bez gorsetów i świecidełek, ale bardzo prawdziwy, wzruszający, a jednocześnie ciepły z fantastyczną  - melodyjną, bardzo spójną muzyką . Absolutnie zasłużony Oscar dla najlepszej piosenki (Falling Slowly).

Trochę na doczepkę można do tej kategorii dołożyć Across The Universe (2007, reż. Julie Taymor). Film, co prawda amerykańskiej produkcji, ale napisany przez brytyjskich scenarzystów i wykorzystujący dwadzieścia siedem piosenek zespołu The Beatles. Akcja musicalu dzieje się w latach 60 XX wieku. Młody Brytyjczyk – Jude (Jim Stugges) znudzony pracą w porcie w Liverpoolu wyrusza w podróż w poszukiwaniu ojca do Stanów Zjednoczonych.  Ciekawsza od rodzica okazuje się jednak dziewczyna (Lucy), a świetnym kompanem jej brat (Max). Razem z przyjaciółmi Jude zamieszkuje więc w Nowym Jorku. Film porusza problem wojny w Wietnamie, politycznych przemian Stanach Zjednoczonych lat 60, problemów brytyjskiej i amerykańskiej młodzieży oraz oczywiście miłości. Szczytne to tematy i nie do końca w obrazie zrealizowane, ale  mimo to Across The Universe ogląda się dobrze. Wrażenie robi duża plastyczność obrazu, ciekawe psychodeliczne sekwencje. Trudno jednak nie zauważyć, że to bardziej długi teledysk z piosenkami Beatlesów niż film.

2012/2013

Po wspomnianych na wstępie zapowiedziach Toma Hoopera, co do Les Miserables (musicalu na podstawie Nędzników Wiktora Hugo), ostro do pracy wzięła się wytwórnia Working Title i producent spektaklu Cameron Mackintosh. Film miał premierę 5 grudnia 2012 r., a główne role zagrała plejada śpiewających gwiazd Hollywood na czele z Hugh Jackmanem (Jean Valjean) – laureatem Tony Award dla najlepszego aktora pierwszoplanowego w musicalu za The Boy from Oz, Russelem Crowe (Inspektor Javert) i Anne Hathaway (Eponina). Ta ostatnia za rolę w Les Miserables została nagrodzona Oscarem dla najlepszej aktorki drugoplanowej. Tom Hooper stworzył monumentalne widowisko wierne nieco naiwnemu i dewocyjnemu duchowi scenicznego pierwowzoru raz po raz zaledwie pozwalając sobie na cyniczne spojrzenie na ludzką naturę i społeczeństwo – charakterystyczne dla powieści Victora Hugo. Widzowie Les Miserables podzielili się na tych, których urzekła patetyczna, monumentalna, muzyczna opowieść i tych, których pompatyczny nastrój nieco przytłoczył. Specyfika Les Miserables w wersji musicalowej zakorzeniona jest w charakterze musicalu francuskiego lat 80 XX wieku – nieco ciężkawego, pełnego patosu, często w całości śpiewanego i w formie bliższego operze niż amerykańskiej lekkiej śpiewanej opowieści.

Nie inaczej niż lekką opowiastką można natomiast nazwać drugi filmowy musical ostatnich 12 miesięcy – The Rock of Ages (reż. Adam Shankman). Sceniczna premiera tego musicalu miała miejsce w 2006 roku w Los Angeles. Komercyjny spektakl oparty na przebojach popularnych w latach 80 zespołów takich jak The Journey, Europe, Poison, Twisted Sister etc.  publiczność pokochała mimo miałkiego charakteru i skrajnie banalnej fabuły. Wersja ekranizacja z gwiazdami takimi jak Tom Cruise, Catherine Zeta-Jones i Alec Baldwin w rolach drugoplanowych okazała się dość mdłym, przydługim filmem, w którym rock lat 80 brzmiał raczej jak cukierkowy pop-rock kojarzony z popularnymi, choć niezbyt ambitnymi, wspólczesnymi stacjami radiowymi. Mimo braku drastycznych wokalnych kiksów i podobnej fabuły, zdecydowanie zabrakło mu specyficznego uroku ekranizacji Mamma Mia.

Plany, plany, plany

Śledząc zapowiedzi reżyserów i wytwórni można odnieść wrażenie, że zaleje nas wkrótce fala musicali. Jak będzie w rzeczywistości? Trudno powiedzieć. W czerwcu 2013 r. rozpoczęły się zdjęcia do ekranizacji kameralnego, off-Broadwayowskiego spektaklu The Last 5 Years w reżyserii Richarda La Gravenese z Anną Kendrick (nominowaną do Oscara za najlepszą żeńską rolę drugoplanową za film W Chmurach w 2009 roku, ale także jedną z najmłodszych aktorek nominowanych do Tony Award za najlepszą rolę drugoplanową w musicalu w 1998 roku) oraz Jeremym Jordanem (przebijający się do kina aktor znany z Broadwayowskich scen, laureat Tony Award dla najlepszego aktora pierwszoplanowego w musicalu w 2012 roku) w rolach głównych. Rob Marshall po Nine i Chicago przymierza się do jednego z najsłynniejszych amerykańskich musicali lat 80 XX wieku – Into the Woods z muzyką Stephena Sondheima. Spekuluje się, że będzie to kolejny musical pełen Hollywoodzkich gwiazd, a same nazwiska okażą się ważniejsze niż umiejętność śpiewania – wśród kandydatów do ról wymienia się zatem Meryl Streep i Annę Kendrick, ale również  Johny’ego Deppa, Jake Gyllenhalla, Emily Blunt i Christine Baransky. Reżyser Lee Daniels (Precious) zapowiada natomiast próbę zmierzenia się z Miss Saigon (musicalowej wersji Madame Buterfly). Chce jednak uwspółcześnić obraz przenosząc akcję z Wietnamu do Kambodży.

Szykuje się również klika remake’ów. Nad nową wersją My Fair Lady pracuje Danny Boyle, a scenariusz uaktualnia Emma Thompson. Marc Webb (500 dni miłości) zabiera się za reaktywację Jesus Christ Superstar czyli rock-operę Andrew Lloyda Webbera i Tima Rice’a ukazującą ostatnie dni Jezusa w zaskakująco współczesny sposób. Natomiast Will Smith planuje nową wersję Annie (musical o rezolutnej sierocie, szukającej domu), w której chce obsadzić swoją utalentowaną muzycznie córkę. Co z tych wszystkich planów wyniknie? Zobaczymy.

Musical XXI wieku

Jaki zatem jest musical XXI wieku? Oczywiście mocno komercyjny. Reżyserzy ciągle mają kłopot z wiarą w to, że za pomocą piosenek można opowiadać filmowe historie. Przebłysków w ambitniejszą stronę jest mało, choć na Broadwayowskiej scenie twórcy mogliby znaleźć wiele inspiracji. Dobrze jednak, że kino muzyczne nie zanika. Jeżeli jego główną cechą ma być bawienie publiczności – trudno. Sympatyczna rozrywka nie jest przecież niczym haniebnym. Szkoda jedynie, że coraz częściej Hollywood poświęca dobre wykonania piosenek kosztem znanych nazwisk aktorów. Z pewnością wśród ogromnej ilości gwiazd i pupilów publiczności znajdzie się grupa osób, które umieją śpiewać. Bo w musicalu równie ważna jak gra aktorska jest muzyka. O tym już nikt nie powinien zapominać. 


[1] Maciej Karpiński: Życie i śmierć na Broadwayu: szkice o współczesnym teatrze amerykańskim. Warszawa: Wydawnictwa Artystyczne i Filmowe, 1990, ss. 11-15.

Opublikowano: 2013-07-18

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 259