Opera i dramat muzyczny Patronat medialny Płyty

On był operą - Pavarotti - The 50 Greatest Tracks

Aleksander Przybylski

on-byl-opera-pavarotti-the-50-greatest-tracks
Luciano Pavarotti, materiały prasowe Universal Music Polska

Pamiętam jak na pewnej "domówce" graliśmy w kalambury. Kolega wylosował hasło i stanął naprzeciwko naszej grupy. Potem  wzniósł prawą dłoń w dramatycznym geście do góry i otworzył usta do niemego śpiewu. Ustalenie, że hasło brzmi „Luciano Pavarotti” zajęło nam około pięciu sekund. Ta anegdota dobrze ilustruje do jakiego stopnia postać śpiewaka z Modeny zawładnęła wyobraźnią zarówno melomanów jak  i odbiorców kultury popularnej.  Tenor = Pavarotti. I tyle. Na tym równaniu można by poprzestać.

Jak to się stało, że ten miłośnik kolorowych szalików i makaronu został okrzyknięty największym śpiewakiem operowym dwudziestego wieku? W odpowiedzi na to pytanie niezwykle pomocny okazuje się album wydany przez Decca pod tytułem Pavarotti - The 50 Greatest Tracks (nad którym patronat medialny objęła Fundacja MEAKULTURA). Dzięki niemu możemy prześledzić rozwój zawrotnej kariery Pavarottiego. Od debiutu w roli Rudolfa w Reggio nell'Emilia, przez sukcesy w nowojorskiej MET, aż po stadionowe występy z Carerasem, Domingo i Stevie Wonderem. Znakomitych wykonań Pavarottiego istnieje znacznie więcej, ale w końcu trzeba było dokonać jakiegoś wyboru, a po drugie liczba 50 jest symboliczna. Dokładnie pół wieku temu Pavarotti podpisał z wydawnictwem Decca swój pierwszy kontrakt.

Trudno jest mówić o drodze Pavarottiego na szczyt. On wbiegł tam błyskwicznie i nie schodził z niego przez kolejnych czterdzieści pięć lat swego życia. Oczywiście najpierw był chór i wspólne śpiewanie z ojcem po modeńskich kościołach, ale gdy tylko młody Luciano stanął na deskach opery, od razu wywarł kolosalne wrażenie. Słychać to na nagraniu z kwietnia 1961 roku kiedy Pavarotti zastąpił przeziębionego Giuseppe di Stefano w Cyganerii Pucciniego. Nim zdążyły wybrzmieć ostatnie takty arii Che gelida manina publiczność "eksplodowała" - pojawił się aplauz i okrzyki. Na płycie Pavarotti - The 50 Greatest Tracks debiutancka aria została po raz pierwszy oficjalnie wydana i na potrzeby albumu oczyszczona z szumów. Warto zaznaczyć, że wszystkie pozostałe utwory także poddano „liftingowi rozdzielczości” i wypuszczono w postaci 24 bitowej.

Wielki debiut na ogromnej scenie

Już na wspomnianym młodzieńczym nagraniu słychać te cechy Pavarottiego, które przyniosą mu światową sławę: wrodzona lekkość śpiewania, ciepło i jasność głosu, a także (a może przede wszystkim!) wspaniała "góra". Wysokie C osiągane bez wysiłku, brzmiące naturalnie i lekko. Słuchając Pavarottiego można zapomnieć jak bardzo forsowny repertuar wykonywał. Zaśpiewać czysto dziewięć wysokich Ci utrzymać przez 14 sekund jedną nutę przy oszałamiającej dynamice? Żaden problem, jeśli jest się Pavarottim.



Che gelida manina z 1961 roku po raz pierwszy wydana na płycie

Zaledwie pięć lat po debiucie Pavarotti jest już gwiazdą światowego formatu. W 1966 roku Pavarotti święcił tryumfy jako Tonio w Córce pułku Donizettiego w Covent Garden. Słynna aria Ah! Mes Amis z dziewięcioma wysokimi dźwiękami śpiewanymi pod rząd jest wokalnym skokiem przez płotki. Jeśli trzymać się lekkoatletycznej metafory, to nie można tam dojrzeć tego, co sportowcy nazywają „miejscem ataku” czyli „zbierania się” do wokalnego skoku. Jest nisko, by w ułamku sekundy orbitować na rubieżach swojej tessytury. Jak pokonał drogę z dołu do góry? Nie wiadomo.

Zupełnie inne oblicze młodego tenora możemy usłyszeć w nagraniu umieszczonym na płycie pod numerem 4. To aria Parmi veder le lagrime z Rigoletta z 1964 roku, będąca jednocześnie pierwszym nagraniem wykonanym specjalnie dla Decci.


materiały prasowe Universal Music Poland

Oto na naszych oczach (a raczej uszach) rodzi się Pavarotti-interpretator. Wielu jego rówieśników miało znacznie większe talenty aktorskie. Wystarczy wymienić Placido Domingo czy nieco starszego Jon Vickers'a. Na ich tle Pavarotti jawi się jako tenor statyczny, ograniczony tuszą i sprowadzający swoją grę do kilku konwencjonalnych gestów. To prawda. Ale emocje, kontrasty, niuanse – to wszystko słuchacz znajdzie w głosie Pavarottiego. Wystarczy zamknąć oczy i słuchać. Padające w tej arii kluczowe słowa takie jak fiamma, core, caro, credo, lagrime, anima, amata, angeli Pavarotti dosłownie pieści głosem. Są tak delikatne jakby składał pocałunki na ciele ukochanej Gildy. I nagle skok dynamiki o dobrych kilkadziesiąt decybeli, kiedy książę wyraża nadzieję, że uczyni jej życie szczęśliwym i deklaruje że nie zazdrości aniołom w niebie kiedy tu na ziemi jego kochanka jest blisko niego. Szczerość i intensywność emocji Pavarottiego sprawia, że jesteśmy w stanie uwierzyć, iż wyrachowany książę posiada w sobie trochę ludzkich uczuć. Dzięki takiej interpretacji postać zyskuje dodatkowy wymiar i głębię. Nawiasem mówiąc legatowa miękkość i promienistość głosu sprawiała Pavarottiemu pewne problemy w wykonywaniu partii bohaterów mrocznych, odrażających, pogubionych i złych. Tenor długo odwlekał decyzję o zaśpiewaniu Otella, a wspomniany już Książę Mantui brzmi w jego wykonaniu niemal jak charakter żywcem wyjęty z opery Donizettiego czy Rossiniego.


Pavarotti w komicznym repertuarze. Takiego zabrakło na płycie

Czasem do kolejnych rozpoznawalnych cech stylu Pavarottiego dojdzie jego obsesja poprawnej intonacji. Doprowadzał tym do pasji techników Decci, którzy musieli po kilkanaście razy powtarzać nagranie, gdyż Pavarotti często nie był zadowolony z efektów swojej pracy. Zresztą nie tylko swojej. W recenzowanym albumie słuchacz znajdzie słynne nagranie studyjne Che gelida manina z Berlińskimi Filharmonikami i Karajanem. Kiedy rejestracja była już zakończona Pavarotti zwrócił uwagę, że coś mu nie pasuje. Po kolejnym przesłuchaniu wychwycił, że harfa stroiła o półtonu za nisko. Luciano zmusił nie tylko Karajana, ale także wszystkich filharmoników do powtórzenia arii.

Wypada żałować, że na płycie zabrakło Pavarottiego śpiewającego partie buffa. Kojarzymy go przede wszystkim jako wielkiego liryka i tenora spintowego, a przecież dysponował sporym talentem komicznym. Na przykład śpiewając w Napoju miłosnym. Z tej opery Donizettiego zamieszczono oczywiście słynną arię Una furtiva lagrima. A znacznie ciekawsze, moim zdaniem, byłoby usłyszeć np. charakterystyczną wokalizę i duet z piątej sceny pierwszego aktu, w których Pavarotti jako Nemorino robi z siebie kompletnego ... idiotę. Duetów w ogóle jest na tej płycie dość mało, szkoda, bo choć głównym bohaterem płyty jest Pavarotti, to przecież występował z najlepszymi. Duety ograniczają się tu do Au fond du temple saint z Poławiaczy pereł Bizet'a i O soave fanciulla z Cyganerii. W tej ostatniej arii towarzyszy Pavarottiemu jego krajanka i rówieśnica Mirella Freni. Brakuje natomiast nagrań z Joan Sutherland, którą Pavarotti darzył wielką przyjaźnią, wiele się od niej nauczył i stworzył razem z nią niezapomniane kreacje.

Można dyskutować na temat tego, który z XX wiecznych tenorów był tym największym i pewnie nigdy tego sporu nie rozstrzygnąć. Kandydatów do deifikacji jest wielu. Jedni kochają Caruso, inni świata nie widzą poza Gigli, ktoś ponad wszystkich Włochów przedkłada jednego Wunderlicha lub Björlinga, a wreszcie są i tacy, którzy wolą bardziej współczesnego Kaufmana albo Flóreza. Ale chyba wszyscy zgodzą się, że najbardziej sławny z nich wszystkich (sławą pojmowaną w kategoriach showbiznesu) był Pavarotti. Wielki śpiewak urodził się w czasach, kiedy telewizja satelitarna, prasa kolorowa i przemysł fonograficzny osiągnęły pełną dojrzałość i potrafił z tego skorzystać. Jego występy mogły śledzić miliony osób na całym świecie nie ruszając się z fotela. Jedno z takich „wszechświatowych” wykonań umieszczonych na płycie to aria Nessun dorma z opery Turandot Pucciniego w aranżacji na głosy Trzech Tenorów, zarejestrowana w 1994 roku. Arii zaśpiewanej na stadionie Dodgersów w Los Angeles wysłuchało na żywo za pośrednictwem telewizji kilkadziesiąt milionów osób.

Nie miał racji Kazik pisząc „Na kolana chamy! Śpiewa Lucjan Pavarotii”. Otóż Pavarotii nigdy nie był apostołem elitaryzmu i muzycznego przeintelektualizowania. Pavarotti to nie Dietrich Fischer Dieskau, który razem z Richterem, przy litrach czarnej kawy analizował listy von Kleista. To nawet nie Ian Bostridge czy Simone Keenlyside, którzy mogą wylegitymować się dyplomami Cambridge i gigantyczną pozamuzyczną erudycją. Luciano jako człowiek i jako artysta zawsze był przystępny. Choć na scenach operowych osiągał wyżyny, to nigdy nie wzdragał się przed występowaniem na arenach czy stadionach. Słychać to również na płycie Pavarotti - The 50 Greatest Tracks, która obfituje w popowe i ludowe piosenki. Zwłaszcza drugi dysk pełen jest takich utworów jak Granada, Santa Lucia, Torna a Surriento, My Way  czy Miss Sarajevo. Umieszczenie tych utworów w albumie to nie tylko ukłon w stronę słuchaczy preferujących nieco mniej wymagający repertuar.

Muzyczni puryści nie bez racji stwierdzą, że Pavarotti rozmieniał się na drobne marnując czas na śpiewanie Funiculì Funiculà. Zgoda. Złośliwi dodadzą że robił to dla pieniędzy. Też zgoda, choć jak powiedział sam Pavarotti: a niby w czym mieliby mi płacić? W makaronie?! Pavarotti po prostu lubił śpiewać taką muzykę i należy jego artystyczny wybór uszanować, piosenki popularne należą również do jego dziedzictwa. A czy Caruso nie śpiewał gondolierskich pieśni? Nie można zapomnieć, że Pavarotti to pełnokrwisty modeńczyk, syn piekarza, piłkarz amator, miłośnik długich pogawędek z sąsiadami i człowiek, który osiągnąwszy światową sławę nie wykreślił swojego numeru z książki telefonicznej. I tutaj dochodzimy do odpowiedzi na pytanie o fenomen Pavarottiego. Podczas jednego ze spotkań z fanami w Wielkiej Brytanii pewna dama spytała go o to czy „huggable extra inches” czyli  „przytulaśne krągłości” pomagają mu w śpiewaniu. Tenor zareagował rozbrajającym śmiechem. Sądzę, że ta pani tego samego pytania (a już na pewno nie w takiej formie) nie zadałaby innemu śpiewakowi. Publiczność instynktownie czuła, że ten śmiejący się od ucha do ucha sybaryta nie skrzywdziłby nawet muchy i za to go kochała.

Pavarotti angażował się w filantropię czego muzycznym dowodem jest chociażby zamieszczona na płycie piosenka Miss Sarajevo wykonana razem z Bono i Braianem Eno. Muzycy swoje honoraria przekazali na pomoc dzieciom, ofiarom wojny w byłej Jugosławii. Pavarotti nie był kolejną gwiazdą doproszoną do akcji, lecz inicjatorem zbiórki. Sam dobrze pamiętał jak straszna jest wojna, przeżył w końcu bombardowanie Modeny i aresztowanie ojca. To tylko uwiarygodniało jego wizerunek człowieka, który mimo oszałamiającego sukcesu nie stracił kontaktu z rzeczywistością, pamięta co to bieda, potrafi ciężko pracować i nie wywyższa się ponad innych. To z pewnością jeden z powodów popularności Pavarottiego. Drugim jest fakt, że Pavarottiego chętnie zapraszały do współpracy gwiazdy popu, a on zapraszał ich.

W latach osiemdziesiątych muzyka popularna zaczynała powoli cierpieć na przesyt idiomem rockowym. Rock zaczął zaś dryfować w stronę estetyki glam i rocka stadionowego, który mniej lub bardziej świadomie nawiązywał do swoiście „operowego” czucia sceny (między innymi dlatego tak dobrze ogląda się Monsterat Caballe wykonującą z Freddy'm Mercury piosenkę Barcelona). Klasyka, paradoksalnie, okazała się powiewem świeżości. Muzycy klasyczni traktowani do niedawna jako sztywniacy i przedstawiciele konserwatywnego porządku stali się pożądanymi partnerami dla gwiazd muzyki popularnej. Pavarotti zaczął otrzymywać zaproszenia. Przykładem takiej kolaboracji jest piosenka, którą znajdziemy pod numerem 21 na drugiej płycie. To Holy Mother z udziałem Stinga. W ten sposób obie gwiazdy oświecały się wzajemnie swoim blaskiem ku konsternacji, ale i zachwytowi  publiczności.

Pavarotti to nie tylko opera.

Śpiewak często występował z muzykami popowymi. I chyba to lubił.

Pavarotti. The 50 greatest Tracks wpisuje się w jedną z linii wydawniczych Decci polegającą na wznawianiu klasyków (ostatnia seria symfonii Mahlera pod batutą Bernsteina czy odświeżony Pierścień Nibelungów dyrygowany przez Böhma). Na tej płycie, może poza wspomnianym Che gelida manina z 1961-ego roku, nie znajdziemy niczego czego byśmy nie słyszeli już wcześniej. Stworzona została, jak wiele podobnych kompilacji, w myśl zasady, że najbardziej lubimy te piosenki, które już znamy. Ale też jej rolą nie jest wywrócenie do góry nogami naszego wyobrażenia o włoskim tenorze. To raczej podróż przez rozmaity repertuar i okresy życia śpiewaka. Syntetyczne ujęcie twórczości Pavarottiego, które może służyć za podręczne domowe kompendium. Płyta dla każdego kto jeszcze nie wie, że Pavarotti wielkim śpiewakiem był oraz dla tych, którzy chcą sobie o tym przypomnieć.

-------

Więcej o płycie wydawnictwie można przeczytać tutaj: http://meakultura.pl/aktualnosci/pavarotti-patronat-fundacji-meakultura-708

Opublikowano: 2013-12-22

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 283