Muzyka XX wieku Muzyka polska Muzyka skrzypcowa Muzyka instrumentalna

Wymagający majstersztyk. Sonaty Mieczysława Wajnberga w wykonaniu Linusa Rotha.

Katarzyna Trzeciak

wymagajacy-majstersztyk-sonaty-mieczyslawa-wajnberga-w-wykonaniu-linusa-rotha
Linus Roth, źródło: Linus Roth Official Site na Facebooku

Letnia pora, zmienna pogoda i wysokie temperatury być może nie zachęcają, aby zmierzyć się z wymagającą muzyką. Dla ambitnych, wytrwałych słuchaczy Linus Roth przygotował jednak niespodziankę. Artysta prezentuje trzy Sonaty na skrzypce solo Mieczysława Wajnberga, po raz pierwszy nagrane na jednej płycie. Między utwory wplecione zostały Trzy tańce fantastyczne Dymitra Szostakowicza, w których Linusowi towarzyszy świetny pianista José Gallardo.

Skomponowane w 1922 roku miniatury rosyjskiego symfonika w oryginale przeznaczone są na fortepian, ale prawdopodobnie cieszą się nie mniejszą popularnością w aranżacji Harry’ego Glickmana[1] na dwa instrumenty. Skrzypce i fortepian świetnie sprawdzają się w Trzech tańcach fantastycznych; zróżnicowane brzmienia wzbogacają utwory o podobnym czasie trwania, ale różnym charakterze.

Elementami formotwórczymi pierwszej miniatury są przednutki oraz szybkie przebiegi. Nadają one melodii lekkości i delikatności, która, początkowo melancholijna, nabiera ekspresji. Z charakterem ostrych opadających pochodów świetnie kontrastuje opadające glissando, leniwe niczym ruch w rozgrzanym słońcem powietrzu. Wkrótce stanowcze biegniki powracają, wzmacniane uderzeniami fortepianu. Po zdecydowanym pochodzie zagranym unisono znów pojawia się delikatna, ornamentalna, tchnąca nutą liryzmu melodia. Na chwilę nabiera jaśniejszego kolorytu i w codzie elegancko znika z optymistycznym wydźwiękiem.

Drugi Taniec to liryczny walc utrzymany w tempie Andantino. Dość szybkie przebiegi równoważą spokojne, wznoszące kwarty, dodające linii melodycznej urokliwej melancholii. Podobne wstępujące zwinne motywy pojawiają się także w fortepianie, integrując partie obu instrumentów. W drugiej części o ludowym kolorycie na tle stojącej kwinty rozbrzmiewa kantylenowa melodia. Niespodziewane arpeggio w partii fortepianu antycypuje przyspieszenie tempa, potęgowane przez drobne wartości rytmiczne skrzypiec. Radosne pizzicato i wirtuozowskie pasaże wkrótce przeradzają się w gwałtowny, aczkolwiek bardzo krótki galop dwudźwięków w pulsie trójkowym, przypominający oberka. Reasumując: środkowy ustęp można podzielić na dwie kontrastowe części: liryczną i bardzo energiczną, zakończoną wirtuozowskimi dwudźwiękami wzmacnianymi uderzeniami fortepianu. Powtórzoną z drobnymi zmianami część pierwszą wieńczy eleganckie arpeggio; zagrane z wielką gracją przywodzi na myśl końcowy ukłon w tańcu.

Najbardziej pogodny i żartobliwy jest ostatni utwór Dymitra Szostakowicza. Zaczepny oktawowy skok doskonale zapowiada charakter tańca. Z początku oparta na trójdźwięku durowym melodia grana spiccato tchnie lekkością i optymizmem. Niejako drugim głosem są wznoszące pochody, utrzymane w niskim rejestrze skrzypiec. Wkrótce oba instrumenty przechodzą w wyższy rejestr, podkreślający delikatny charakter utworu. Warto zwrócić uwagę na pastelowe przebiegi w partii fortepianu, przywodzące na myśl klimat karuzeli. Wznoszący pochód skrzypiec zakończony osadzonymi półtonami doprowadza do akordowego wybuchu radości, który rozpoczyna środkową część. W ostatnim fragmencie skrócona melodia niespodziewanie kończy się fortepianowym motywem, pozostawiającym niedosyt niczym zabawa, która za szybko minęła.

 

W utworach Dymitra Szostakowicza Linus Roth oraz José Gallardo potwierdzają bardzo wysoki poziom wykonawczy. Urozmaicona partia skrzypiec wymaga zarówno pięknego dźwięku, jak i dużych możliwości technicznych. Linus Roth, w zależności od sytuacji, prezentuje obie umiejętności, zawsze z nieskazitelną intonacją. José Gallardo uważnie słucha skrzypka, pokazuje wirtuozerię, a także potrafi wydobyć z fortepianu różnorodne barwy. Artyści świetnie współpracują; obaj grają przejrzyście, zrozumiale, z dużą wrażliwością na dźwięk.

Trzy tańce fantastyczne szesnastoletniego (!) kompozytora nie tylko mogą być ciekawostką muzyczną, ale przede wszystkim pozwalają słuchaczowi zaczerpnąć oddechu pomiędzy trzema długimi, rozbudowanymi sonatami na skrzypce solo Mieczysława Weinberga. Utwory Dymitra Szostakowicza, wplecione niczym trzy drobne „amuse-bouches”, mają dodać lekkości ciężkostrawnej potrawie, złożonej z zagęszczonych nieprzeniknionym mrokiem trzech sonat solowych Mieczysława Weinberga[2].

W tym miejscu pozwolą Państwo, że nie będę przybliżać sylwetki twórczej Mieczysława Wajnberga (1919-1996), zapomnianego polskiego kompozytora, notabene – przyjaciela Dymitra Szostakowicza. Polecam Państwu wywiad z Danutą Gwizdalanką[3], która napisała także książkę. Mieczysław Wajnberg: kompozytor z trzech światów. W piśmie MEAKULTURA mogą Państwo przeczytać wywiad z Linusem Rothem lub zapoznać się z recenzją jego płyty Wartime Consolations, na której znajduje się m.in. Concertino op. 42 Mieczysława Wajnberga. Przejdźmy do wymagających, aczkolwiek bardzo ciekawych solowych utworów skrzypcowcych.

Sonata op. 82 nr 1 jest pięcioczęściowa. W urozmaiconym pierwszym ogniwie Adagio-Allegro-Adagio można znaleźć rozmaite wymagania techniczne. Skrajne części składają się z dwóch motywów. Pierwszy tworzą pojedyncze brzmienia przedzielone dwudźwiękami, drugi – trzy identyczne nuty, otwierające niezbyt długi przebieg. Nagromadzenie dysonansów wywołuje niepokój, wzbudza negatywne emocje. Nie jest to muzyka „łatwa, lekka i przyjemna”, bo i nie może być, biorąc pod uwagę okoliczności życia i twórczości Mieczysława Wajnberga. Danuta Gwizdalanka w Programie 2 Polskiego Radia wspominała, że kompozytor m.in. za użycie folkloru żydowskiego w utworze Sinfonietta jedenaście tygodni[4] siedział w jednoosobowej celi – dosłownie siedział, ponieważ tam nawet nie było możliwości położenia się[5], a w nocy ostre światło uniemożliwiało sen. Echa traumatycznej przeszłości można usłyszeć w skrajnych fragmentach pierwszego ogniwa; nie tylko w dysonansowych, ale także w przeszywających wibracją, końcowych dwudźwiękach. Jens F. Laurson pisze, że Odnosi się wrażenie, jakby w pierwszych dwudziestu(kilku) taktach Weinberg pragnął oddzielić ziarno od plew[6].

Druga część, Andante, od pierwszych dźwięków emanuje spokojem, melancholią i rezygnacją. Zagrana z subtelną, selektywną wibracją kantylena wspaniale kontrastuje z ledwie wygasłym agresywnym brzmieniem. W melodii uderza skok kwarty, charakterystyczny chociażby dla drugiego, spokojnego Tańca Szostakowicza. Moją uwagę zwracają także kroki półtonowe, reprezentujące żydowskie motywy, o których w wywiadzie wspominała Danuta Gwizdalanka. Nawet w tej subtelnej dynamice zdarzają się delikatne odchylenia siły dźwięku. Linus Roth sugestywnie podkreśla ważniejsze momenty naciskiem smyczka i wibracją. Osiemnastowieczny Stradivarius pokazuje głębię brzmienia w niskim rejestrze, a za chwilę bardzo jasną, przeszywającą barwę, wzmocnioną szeroką wibracją, która uwydatnia żydowskie brzmienie. Powraca inicjalny motyw grany dobitnie, forte, szerokimi pociągnięciami smyczka. Melodia wkrótce łagodnieje, by ostatecznie znaleźć ukojenie w najniższej pustej strunie.

Trzecia część, Allegretto, to kaprys z nutą melancholii. Formotwórczą rolę pełni tu kwartowe pizzicato, poprzedzające pochody spiccato okraszone wdzięcznie zagranym ozdobnikiem. Ćwierkające przebiegi ustępują miejsca rozkołysanej kantylenie, poprzetykanej z rzadka dwudźwiękami. Wkrótce Linus Roth wycisza pizzicato niemalże do granic słyszalności; to zasługa nie tylko unikalnego instrumentu, ale także wizji artysty. Po subtelnej cezurze ze stojącej nuty rozwija się zagrana jakby od niechcenia delikatna melodia, miejscami o żydowskim kolorycie. Cudowne jest to pastelowe brzmienie skrzypiec w wysokim rejestrze. W wyważonym tempie Linus Roth swoje najwyższej klasy możliwości techniczne słusznie podporządkowuje kreacji artystycznej. Dzięki temu kaprys jest prawdziwą perełką, ukrytą pośrodku pierwszej Sonaty.

Mieczysława Weinberga śmiało można nazwać mistrzem kontrastu – po zwiewno-melancholijnym Allegretto następuje przepełnione dramatyzmem Lento. Część tworzą bardzo ostre dwudźwięki często przedzielone doskonale rezonującymi flażoletami. Kontrast materiału potęgują dysonansowe współbrzmienia. Stanowcze pociągnięcia smyczka, brzmiące niczym rozkazy wojenne, poprzedzają przepełnioną błaganiem melodię z motywem półtonowym. Czytelne frazowanie i optymalna wibracja pozwalają swobodnie podążać za melodią. W drugiej cząstce zwraca uwagę początkowa rozłożona kwarta. Jej nawołujący ton potęguje uporczywie repetowany górny dźwięk; za chwilę interwał powraca czule, jakby z oddali. Miękkie brzmienie kwarty rozpoczyna odcinek w odcieniu dynamiki piano. Zwiewna, grana prawdopodobnie blisko gryfu melodia jest całkowitym przeciwieństwem zdecydowanych pociągnięć z pierwszej cząstki Lento. Spokojny klimat niweczą jednak ekspresyjne dwudźwięki oraz pojedyncze tony niskiego, głębokiego rejestru. Ostatecznie delikatność zwycięża i pastelowy ton wprowadza słuchacza attaca do ostatniej części SonatyPresto-Adagio.

Finał jest popisem możliwości technicznych Linusa Rotha. Poprzedzone i przerywane tremolandem perliste, wirtuozowskie przebiegi przechodzą w grę sautillé. Dwudźwięki legato w różnych rejestrach, kolejne biegniki, tremolanda mkną w szaleńczym tempie niczym perpetuum mobile. Słuchając, nie czujemy jednak dyskomfortu; wydaje się, że dla artysty wszystkie wymagania techniczne są igraszką. Przykuwa uwagę melodia o odmiennej barwie, którą artysta osiąga prawdopodobnie dzięki grze sultasto. Natarczywe pochody dwudźwięków legato i kolejne karkołomne przebiegi doprowadzają do synkopowanych współbrzmień, zwieńczonych przeszywającą sekstą wielką w wysokim rejestrze. Dosyć niespodziewanie powraca początek pierwszej części Sonaty. Trzykrotnie powtórzony motyw jasno, efektownie i radośnie kończy mistrzowsko wykonane, arcytrudne przebiegi. Ostatni, najdłuższy interwał, zdaje się pieczętować zwycięstwo Linusa Rotha w starciu z najeżonym trudnościami finałem pierwszej Sonaty.

 

Linus Roth, źrodło: Linus Roth Official Site na Facebooku

Skomponowana w 1967 roku Sonata op. 95 nr 2, choć krótsza, składa się aż z siedmiu części. W pierwszej (Monody) podstawę stanowi czterodźwiękowy wstępujący motyw. Pogodny charakter durowego tetrachordu zaburzają wkrótce kroki półtonowe. Zwracają uwagę rytmy synkopowane o ludowym charakterze. Przykuwa uwagę także czterodźwiękowy motyw, tym razem złożony z całych tonów, które nadają melodii odmiennej barwy. Ciekawie czterodźwiękowa wstępująca melodia przebiega w dolnym głosie na tle repetowanego, pastelowego tonu, z którego wyłaniają się początkowe półtony. Powtórzony od różnych dźwięków „motyw czołowy” wieńczy niskie brzmienie – oktawę wyżej rozpoczęła się pierwsza część drugiej Sonaty. Jedność w wielości – tak można by podsumować Monody, gdzie prosty, czterodźwiękowy motyw podlega różnym zmianom.

W drugiej części już od pierwszych dźwięków słychać określenie grazioso. Wdzięczna, ale bardzo sprężysta melodia zagrana spiccato przypomina wesołe pogwizdywanie podczas słonecznej przechadzki. Niespodziewanie z odpowiedzią przychodzą mocne, zdecydowane pociągnięcia smyczka w dość niskim rejestrze, jak gdyby niegrzeczne odburknięcie. Pogodny motyw powraca, ale niespodziewanie urywa się; na tle długiego dźwięku wyłaniają się kwartowe tremolanda. Powtarzana melodia wkrótce ukazuje się w agresywnych oktawach; przeszywająco brzmią dwie ostatnie, urwane, oddalone o półton. Po cezurze rozpoczyna się delikatna, miękka melodia; zachwycające jest dla mnie brzmienie nuty poprzedzającej ozdobnik. To, co Mieczysław Wajnberg prawdopodobnie zapisał w nutach, Linus Roth oddaje swoją grą: umiejętność kreowania diametralnie różnych nastrojów, przedzielonych tylko – i aż – pauzą. Wdzięczny motyw powraca po raz ostatni; znowu przerywa go zdecydowany ton niskiego rejestru, a całość wieńczy ta sama kwarta. W interpretacji Linusa Rotha nawet długość pauzy jest przemyślana, co pozwala słuchaczowi spokojnie skoncentrować się na muzyce.

Część trzecia, Presto agitato, to arcytrudny kaprys. W niezwykle szybkim tempie artysta gra melodię spiccato, w której dwudźwięki są nieskazitelne intonacyjnie. Ostre, repetowane brzmienia ustępują miejsca bardzo sprawnym ozdobnikom, z którymi dialogują ekspresyjne tony w niskim rejestrze. Te składające się zaledwie z dwóch nut odpowiedzi wydają się groteskowe w zestawieniu z karkołomnymi przebiegami. Wkrótce powraca motyw początkowy, tak jak poprzednio uporczywy i naglący. Za trzecim razem repetowane dźwięki spiccato można potraktować jako codę, zwieńczoną zdecydowanie prymą. W Presto agitato Linus Roth po raz kolejny prezentuje swoje wyjątkowe możliwości techniczne oraz olbrzymią ekspresję. Te cechy pozwalają artyście poruszać słuchacza utworami Mieczysława Wajnberga.

Początek Andantino non tanto może zaskakiwać diametralnie różnym materiałem muzycznym. Melodię tworzą pojedyncze dźwięki odległe od siebie o oktawę. Kontrast dla ascetycznych brzmień stanowią ekspresyjne kroki półtonowe. Zwracają uwagę repetycje dźwięków. Fraza zagrana jest z prostotą i subtelną wibracją, a chromatyczne elementy w crescendo. Drugi, kontrastujący plan muzyczny tworzy szybkie pizzicato zakończone ostrymi, przypominającymi gitarowe uderzenia wielodźwiękami. Wkrótce kompozytor łączy dwa wcześniejsze pomysły: na tle brzmiącej pustej struny pojawia się uprzednie pizzicato. Znowu słychać „hiszpańską nutę”, która poprzedza agresywne opadające szarpanie strun. Mieczysław Wajnberg po raz kolejny okazuje się utalentowanym kolorystą. Za chwilę kompozytor pokazuje logikę i spójność utworu, zamykając część narastającym półtonem, zwieńczonym pięknie wyciszonym niższym dźwiękiem. Część zamyka samotna najniższa repetowana struna – ta sama, która otwierała Andantino non tanto.

Ludowo brzmiące kwarty i kwinty pizzicato otwierają piątą część SonatyAllegretto leggiero. Wkrótce szarpanie strun dialoguje z prostą melodią, którą można potraktować jako temat pokazywany w przeróżnych odsłonach. Zwracają uwagę przednutki w górnym rejestrze o żydowskim kolorycie, kontrastujące z diatoniczną melodią. W kolejnym pokazie tematu kompozytor stosuje tryle. Bardzo ciekawie brzmią kolejne dźwięki tematu w różnych rejestrach. Uwagę przykuwa con legno. Zamykające flażolety oddają charakter części – leggiero.

Śmiałe, głębokie brzmienia doskonale tworzą nastrój następnego ogniwa – Lento affettuoso. Wibrująca, ekspresywna melodia świetnie brzmi na osiemnastowiecznym Stradivariusie. Pełen mocy dźwięk uderza niezwykłą stanowczością. Napięcie wzmaga się za sprawą dysonujących dwudźwięków i akordów. Bardzo ciekawe są oktawy poprzedzone przednutką najniższej pustej struny. Odmienny materiał – czterodźwiękowe pochody i synkopowane rytmy budzą skojarzenia z pierwszą częścią Sonaty. Wkrótce motyw początkowy powraca jakby w raku – wysokie seksty poprzedzają brzmienia niskiego rejestru. Czterodźwiękowa komórka antycypuje szkliste wysokie współbrzmienie z przednutką. Lento affettuoso staje się okazją do zaprezentowania pięknego, głębokiego dźwięku w niskim oraz różnych odcieni w wysokim rejestrze skrzypiec. Mocy i szlachetności dodaje brzmieniom skrzypiec przemyślana, dostosowana do sytuacji wibracja. Linus Roth w pełni wykorzystuje możliwości unikatowego Stradivariusa „Dancla” z 1703 roku.

Sonatę wieńczy Vivace marcato, które od pozostałych części odróżnia przede wszystkim swingująca rytmika. Nawet podczas dysonujących dwudźwięków ciało może zacząć podrygiwać w takt muzyki. Gra spiccato, dwudźwięki i flażolety nie tylko pokazują możliwości techniczne artysty, ale także tworzą groteskowo-taneczny klimat. Gdy słucham tej części, przychodzi mi na myśl, że ludzie pobierali się, bawili i tańczyli nawet podczas wojny. W okupowanej Warszawie Niemcy zajadali się czekoladkami Wedla i chodzili do kawiarni. Vivace marcato może być ironicznym tańcem w krzywym zwierciadle. Zachęcam do posłuchania i interpretacji, prezentując wykonanie Yuri Kalnits:

Przed wytrwałymi słuchaczami ostatnia na tej płycie, prawie trzydziestominutowa Sonata skrzypcowa op. 126 nr 3 Mieczysława Wajnberga. Dzięki grze Linusa Rotha w jednoczęściowym utworze można wyodrębnić kilka ogniw. Wydaje mi się jednak, że nie ilość, ale charakter części jest bardzo ważny; zwracają uwagę także podobne motywy występujące w różnych fragmentach. Początkowy, złożony z repetowanych dźwięków – alarmujący, który powróci w odcieniu piano; figura ze skokiem kwinty w dół (może to pytanie retoryczne?), grana marcato w czwartym fragmencie, przypominającym pod względem tempa finał. Dużo w Sonacie tanecznych melodii z pulsem trójkowym, przewijają się elementy żydowskie. Trudno oprzeć się wrażeniu, że Mieczysław Wajnberg korzysta ze swoich traumatycznych doświadczeń – pierwsza część jest przesiąknięta dramatyzmem, skargą, bólem. Sięgam do książeczki ze świetnym omówieniem J. F. Laursona. Sonata jest dedykowana pamięci ojca Mieczysława, Shmila Wajnberga, który był kompozytorem i dyrygentem w teatrze Jidysz w Kiszyniowie (a także skrzypkiem) (…). Wajnberg wiedział, nawet jeśli przyznał to dopiero dziesięć lat później, że jego ojciec został zamordowany podczas Holocaustu[7]. Victor Hugo słusznie powiedział: Muzyka wyraża to, co nie może być wypowiedziane i co nie może być stłumione[8]. Nagle, po cezurze następuje mój ulubiony fragment w całym albumie. Melodia utrzymana w wysokim rejestrze i delikatnej dynamice potrafi przenieść do innego świata. Może to śpiew z lat dziecinnych, powrót do beztroskiej przeszłości? Echa kołysanki, którą śpiewała kompozytorowi mama? Ten przepiękny fragment jest cudowną nagrodą za trudy słuchania ostrych, dramatycznych, przeszywających brzmień.

Danuta Gwizdalanka, Mieczysław Wajnberg: Kompozytor z trzech światów

Zastanawiam się tylko, kto sięgnie po tę płytę w Polsce. Czy nie zagubi się ona w gąszczu godnych uwagi wakacyjnych darmowych festiwali, odbywających się w pięknych kościołach, wspaniałych zamkach czy na świeżym powietrzu? Kto będzie chciał podczas wakacji słuchać muzyki, która przywodzi na myśl koszmar prześladowań i więzienia? Sonaty mają jednak momenty bardzo jasne, a nawet radosne. Z muzyki Mieczysława Wajnberga mogą czerpać kompozytorzy – inspiracje melodii i sposoby przekształcania motywów, umiejętność malowania różnorodnych brzmień oraz budowania niesamowitych kontrastów. Szczególnie polscy pedagodzy powinni przybliżać życie i twórczość naszego kompozytora, zainteresować uczniów dorobkiem Mieczysława Wajnberga. Przede wszystkim, słuchając płyty, skorzystają jednak skrzypkowie. Linus Roth jest bardzo wrażliwy na dźwięk, ma fantastyczną technikę, różnorodną wibrację, a przy tym posiada kondycję, pozwalającą wytrzymać prawie półgodzinną solową sonatę. Tu zdradzę Państwu ciekawostkę wyczytaną w książeczce: artysta podczas ostatniej Sonaty używa swojego iPada, dzięki któremu może przewracać strony, przyciskając guzik na podłodze[9]. Podczas przemyślanej i ekspresyjnej gry Linusa Rotha muzyka jest zmatematyzowaną emocją lub zemocjonalizowaną mathesis, jak twierdzili Carl Dalhaus i Hans Heinrich Eggebrecht[10]. Brawo Linus Roth!

Omówienie do płyty zawierające także informacje na temat Mieczyslawa Wajnberga i jego odkrywanej muzyki Jens F. Laurson napisał po angielsku oraz po niemiecku. Myślę, że warto byłoby na końcu w książeczce umieścić okładki dotychczasowych płyt z muzyką Wajnberga, wydanych przez Challenge Classics. Oczywiście, nie zabrakło biogramów Linusa Rotha i José Gallardo – pianisty, który zdobył wiele nagród na krajowych i międzynarodowych konkursach; ma na swoim koncie także nagrania radiowe oraz telewizyjne. Artyści współpracują ze sobą od wielu lat. W jaki sposób się poznali, można przeczytać w wywiadzie.

Wymagający majstersztyk. Sonaty skrzypcowe Mieczysława Wajnberga są trudne pod wieloma względami, pewnie też dlatego bywają rzadko wykonywane. Utwory niełatwe w odbiorze, które nie mogą być muzyką „w tle”, „przy okazji”. Kto sięgnie po tę płytę? Odwiedzam koleżankę ze studiów. Z radością zauważam na pianinie Lottę w Weimarze Tomasza Manna, notabene jednego z ulubionych pisarzy Linusa Rotha. Jedząc pyszne ciasto z jagodami, dowiaduję się, że Magda nie od dziś jest zachwycona autorem. Młodzi ludzie czytają jednak w wakacje ambitne lektury! Czyżby Magda była kandydatką do wysłuchania tej płyty?

Oczywiście, wcale nie trzeba posiadać wykształcenia muzycznego ani czytać książek Tomasza Manna, żeby sięgnąć po płytę z Sonatami skrzypcowymi Mieczysława Wajnberga. Wystarczy mieć dobre chęci, ambicję i trochę czasu. Nadstawić ucha, by skoncentrować się na muzyce. Może warto?


[1] Jens F. Laurson, omówienie do płyty Solo Sonatas for Violin nos. 1 – 3. Challenge Classics CC72688, Austria 2016, s. 10. Wszystkie tłumaczenia pochodzą od autorki.

[2] Tamże, s. 10.

[3]http://www.polskieradio.pl/8/1594/Artykul/998790,Paradoks-Wajnberga-potrojna-tozsamosc-mistrza, audycja radiowa, dostęp z dnia 10.07.2016.

[4] http://culture.pl/pl/tworca/mieczyslaw-wajnberg-weinberg, dostęp z dnia 11.07.2016.

[5] Tamże.

[6] Jens F. Laurson, dz. cyt., s. 7.

[7] J. F. Laurson, dz. cyt., s. 10.

[8] https://pl.wikiquote.org/wiki/Wiktor_Hugo, dostęp z dnia 10.07.2016.

[9] Tamże, s. 9.

[10] Na podst.: C. Dalhaus, H. H. Eggebrecht, Co to jest muzyka?, Warszawa 1992, s. 64.

 

30 września w Szczecinie Linus Roth zagra

 

Koncert skrzypcowy op. 67 Mieczysława Wajnberga

 

Serdecznie zapraszamy!


Publikacja powstała dzięki Funduszowi Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS


Opublikowano: 2016-07-11

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 259