Muzyka współczesna Muzyka polska Muzyka religijna Festiwale Patronat medialny

"Idę własną drogą" - Paweł Łukaszewski

Martyna Pietras

ide-wlasna-droga-pawel-lukaszewski
fot. Marta Filipczyk, PWM, źródło: strona internetowa kompozytora

Wcale nie muszę pisać muzyki sakralnej. Robię to, bo chcę. Jeśli ktoś myślał inaczej, będzie zawiedziony – mówi kompozytor Paweł Łukaszewski. Jego Via Crucis zabrzmiała podczas wrześniowego festiwalu Wratislavia Cantans, nad którym patronat medialny objęła MEAKULTURA. Czy muzyka sakralna jest dzisiaj potrzebna? Dlaczego kompozytor uważa, że awangarda może szkodzić muzyce polskiej? Co sądzi o wpływie mediów na słuchaczy?

Martyna Pietras:  Prawdopodobnie niewielu słuchaczy wie, że „Via Crucis” pełni istotną rolę w Pana działalności – była podstawą Pana pracy doktorskiej. Promotor pracy, profesor Marian Borkowski, napisał, że utwór „doskonale egzemplifikuje Pana twórczość, ukazując w sposób wszechstronny postawę artystyczną, format talentu i walory warsztatu kompozytorskiego”. „Via Crucis” nieprzypadkowo znalazła się w programie Wratislavii Cantans?

Paweł Łukaszewski:  Ze słowami prof. Borkowskiego bardzo się identyfikuję i cieszyłem się, że tak napisał w swojej opinii. Tegoroczna Wratislavia była poświęcona muzyce pasyjnej. To Paul McCreesh zaproponował, żeby zderzyć pasje Jana Sebastiana Bacha m.in. ze Stabat Mater Antonia Dvořáka i innymi dziełami światowej literatury sakralnej. Mój utwór pasował do tego zestawu. Zresztą, Paul McCreesh znał nagranie Via Crucis wydane cztery lata temu przez brytyjską wytwórnię Hyperion. Odniosło ono duży sukces – nie tylko w Wielkiej Brytanii. Zagraniczne prawykonania i nagranie tego utworu prowadził Stephen Layton.

MP:  Stephen Layton kierował również wykonaniem „Via Crucis” we Wrocławiu – zebrało ono bardzo dobre recenzje.

PŁ:  Wykonanie było znakomite, co jest niewątpliwą zasługą dyrygenta. Stephen Layton pasjonuje się wykonywaniem wokalnej i wokalno-instrumentalnej muzyki religijnej, doskonale wyczuwa też moją twórczość. Zrealizował zresztą wiele innych wykonań moich utworów w Wielkiej Brytanii, Australii i Kanadzie, a ostatnio – w Singapurze. Zarejestrował też dwie płyty z moimi kompozycjami. Nagranie Via Crucis pod jego batutą traktuję jako wydarzenie. Rzadko się zdarza, żeby autorskie płyty polskich kompozytorów były wydawane w renomowanej firmie za granicą. Cieszę się też, że ktoś wpadł na pomysł, by zaprezentować moją twórczość w Polsce. Tak dobre przyjęcie, jak ostatnio we Wrocławiu, na co dzień spotyka mnie głównie za granicą.

MP:  Bardziej obecny za granicą niż w Polsce, był Pan na pewno cztery lata temu – wtedy rozmawialiśmy po raz ostatni. Dużo zmieniło się w ciągu ostatniego roku. „Komercyjnie” jest Pana u nas więcej, co wiąże się m.in. z objęciem przez Pana funkcji kompozytora-rezydenta Filharmonii Narodowej. Ale to późna obecność jak na twórcę, którego utwory wykonywano na ponad setce festiwali na świecie i zarejestrowano na ponad 100 płytach w kraju i za granicą.

PŁ:  Objęcie funkcji kompozytora-rezydenta było bardzo ważnym „skokiem” na mojej drodze zawodowej. Dyrektor Antoni Wit zaproponował mi tę funkcję trzy lata temu. Doceniam to wydarzenie – dzięki temu kilka moich utworów miało swoje wykonania w Filharmonii Narodowej. Szczególnie potraktowana została I Symfonia – Symphony of Providence – wykonana na otwarcie sezonu.

MP:  Wpływ na Pana komercyjną obecność w naszym kraju miało też przyznanie Panu kolejnych dwóch Fryderyków.

PŁ:  Do dziś Fryderykami zostało nagrodzonych w sumie siedem płyt, w których uczestniczyłem jako kompozytor i dyrygent. Muszę jednak przyznać, że bardzo ważne są dla mnie też dwie inne nagrody. Pierwsza z nich to Nagroda św. Brata Alberta za całokształt twórczości kompozytorskiej, a druga to Nagroda Prymasa Polski, przyznana mi w ubiegłym roku. To były dla mnie ważne dwa momenty, bo poczułem się uhonorowany i doceniony przez środowiska kościelne – a ja przecież zajmuję się muzyką sakralną.

MP:  Nie jest ona popularna w Polsce – podobnie jak muzyka chóralna, z którą najczęściej kojarzy się Pana twórczość.

PŁ:  Obecnie właściwie nie narzekam na brak zainteresowania tym, co robię. Ale to prawda, że popularność muzyki sakralnej w Polsce przypomina sinusoidę – w latach 80. i 90. była zdecydowanie większa.

MP:  Wtedy była ona bardziej uwarunkowana wydarzeniami politycznymi.

PŁ:  I wtedy zaczynałem swoją działalność kompozytorską. Mieliśmy wówczas w Polsce znane nazwiska kompozytorów starszych ode mnie, którzy pisali utwory o tematyce sakralnej – głównie w związku z wyborem Karola Wojtyły na Papieża. Teraz to zainteresowanie chyba nieco zamarło.

MP:  W naszej ostatniej rozmowie wspomniał Pan, że zapomina się dziś o głębokiej, prawdziwej sferze muzyki sakralnej. A może ona jest dzisiaj mniej potrzebna?

PŁ:  Muzyka sakralna jest potrzebna, bo potrafi wzbudzać w słuchaczach wrażliwość. Każdy potrafi odbierać muzykę – człowiek to przecież z natury istota muzykalna i wrażliwa. Ale tę wrażliwość zabijają chociażby media. Na co dzień nie chodzimy przecież na koncerty, tylko słuchamy radia albo oglądamy telewizję. I to, co jest nam "wlewane" do głowy, może nas niestety nieświadomie kształtować. Kiedyś w telewizji transmitowano wykonania muzyki Pendereckiego, Góreckiego czy Kilara. A teraz?

MP:  Teraz publiczność słucha muzyki, która jej się sakralna wydaje. Ale nawet Pan nie mówi wprost, czym jest muzyka sakralna – w publikacjach Profesor przytacza jedynie artykuły Konstytucji o liturgii świętej Soboru Watykańskiego II „Sacrosanctum concilium” i encyklikę „Musicae Sacrae Disciplina” papieża Piusa XII. Myśli Pan, że to wystarczy? Że kompozytorzy kierują się wskazówkami z tych dokumentów?

PŁ:  Nie sądzę. Odwoływałem się do tych dokumentów na potrzeby pracy doktorskiej i habilitacyjnej oraz własnej twórczości. Ale nie uważam, żeby one załatwiały sprawę. W tych dokumentach jest powiedziane, że muzyka sakralna powinna ubogacać człowieka duchowo i skłaniać go do refleksji. Te słowa każdy kompozytor powinien rozwinąć w sobie sam. Bo dotykamy sfery, która jest bardzo delikatna i ulotna. Nie da się jej opisać słowami. I nie wystarczy też przeczytać, żeby wiedzieć. Z drugiej strony – nie mogę też powiedzieć, że każdy dźwięk mojej muzyki jest sakralny. Musiałbym być zbyt zarozumiały, żeby tak twierdzić. Wciąż poszukuję.

MP:  Ale mówi Pan jednocześnie, że komponowanie jest kontaktem i swoistym sposobem łączenia się z Bogiem.

PŁ:  Mówię tak i nie będę się tego wypierał. Można zapytać, dlaczego taką muzykę piszę? Nie jest to przecież nic, co daje popularność, sławę i pieniądze. Ale uważam, że pieniądze i sława to nie wszystko. Że istnieje coś, co jest ważniejsze. Jestem osobą wierzącą i tego się nie wstydzę.

MP:  W Polsce takie stwierdzenie nie jest popularne.

PŁ:  Ani politycznie poprawne. Zwłaszcza wśród artystów nie jest ono czymś, co przynosi chlubę. Tymczasem nie zawsze tak w Polsce było. Identyfikuję się w swojej twórczości z pierwiastkiem religijnym i patriotycznym. I niestety nie jest to w naszym kraju ani popularne, ani łatwe.

fot. Mariusz Makowski, źródło: strona internetowa kompozytora.

MP:  Kilka lat temu wspominał Profesor, że czuje, że będzie jeszcze obrzucany błotem – podobnie, jak inni twórcy, których twórczością się Pan pasjonował – Arvo Pärt, John Tavener czy Henryk Mikołaj Górecki.

PŁ:  Ale na pewnym etapie pracy twórczej można się już uodpornić na negatywny odzew z zewnątrz. Mam własną, wytyczoną drogę, po której się poruszam. Nigdy nie pisałem „pod krytykę”, starałem się być niezależny. Nie mam przyznawanych państwowych nagród i stypendiów. Zawsze byłem sam i myślę, że w końcu się przebiłem przez budowany przez wiele lat „betonowy strop” awangardy, który szkodzi muzyce polskiej.

MP:  Co Pan ma na myśli?

PŁ:  Że muzyka jest i mogłaby być fantastycznie różnorodna, ale nad kompozytorami stale ciąży widmo polskiej szkoły kompozytorskiej – awangardy, która jest najwłaściwsza, jedyna i poprawna. Panuje przekonanie, że to awangardę należy eksportować w świat. A w rzeczywistości świat na nią nie patrzy. Polska awangarda jest w nim właściwie niszą.

MP:  A co nie jest niszą?

PŁ:  Być może instytucje, które organizują polskie koncerty za polskie pieniądze za granicą, tego nie wiedzą, ale w Anglii, Stanach, Kanadzie czy Australii, Polskę kojarzy się z muzyką sakralną. Albo z symbolami – Ojcem Świętym, Jasną Górą i Solidarnością. W Polsce robi się wszystko, żeby te elementy wymazać i o nich zapomnieć. A to właśnie zagranica nam ciągle o nich przypomina. Tymczasem my chcielibyśmy wytyczać ścieżki i udowadniać swoją wielkość i racje. Ale często w ten sposób strzelamy gole do własnej bramki.

MP:  Awangarda źle wpływa na muzykę polską?

PŁ:  To sidła, w które wpadają młodzi twórcy. Bywa, że szukają sposobu na przebicie się i dotarcie do osób prowadzących programy w radio albo decydujących o stypendiach, zamówieniach lub wykonaniach. I wtedy istnieje ryzyko, że będzie się pisało pod gust lub dyktando jednej czy drugiej osoby. Bo jest w Polsce kilka osób, dla których należy pisać tak, a nie inaczej. Kreowane w ten sposób talenty szybko gasną.

MP:  Swoich studentów Profesor uczy bycia niezależnym?

PŁ:  Mam nadzieję że tak. Nie mógłbym moim studentom pokazywać, jak mają pisać, żeby ktoś ich do czegoś „wziął”. Za bardzo ich cenię i szanuję. Być może wyobrażenie niektórych profesorów kompozycji o swojej roli sprowadza się do pokazywania dróżek do zdobycia sławy i pieniędzy. Ale ja uważam, że jest to niemoralne.

MP:   Spotkał się Profesor z niechęcią ze strony innych kompozytorów?

PŁ:  Osobiście nigdy. Natomiast środowisko kompozytorskie jest nieduże, a każdy chciałby mieć wykonania, zamówienia, być dostrzeżonym. Więc przypuszczam, że ogólnie niechęć się zdarza. I trochę szkoda. Bo gdybyśmy zorganizowali inaczej system promocji muzyki współczesnej, to znalazłoby się miejsce dla wszystkich. Każdy robiłby swoje i nikt nie musiałby z nikim rywalizować.

MP:  Pan miał „swoje miejsce” m.in. na Międzynarodowym Festiwal Muzyki Sakralnej „Gaude Mater”. Ponad miesiąc temu Prezydent Częstochowy podjął decyzję o likwidacji tego wydarzenia. I w środowisku muzycznym zawrzało...

PŁ:  Bardzo się dziwię Panu Prezydentowi, bo rozmawiałem z nim i próbowałem przekonać, żeby nie podejmował pochopnych decyzji. Festiwal przynosił owoce – wyjątkowo sprawnie funkcjonował przez wiele lat, sumiennie wywiązywał się z finansów i spraw organizacyjnych, promował młodych twórców i wykonawców. A mimo to – decyzja o likwidacji została podjęta. To stawia władzę częstochowską w bardzo złym świetle. Ale każda władza jest tymczasowa, a jej szkodliwe decyzje zostaną kiedyś rozliczone.

MP:  Bardziej dotkliwy jest brak zainteresowania muzyką sakralną czy brak świadomości urzędników co do prestiżu i rangi tego wydarzenia?

PŁ:  Nikt rangi ani prestiżu nie bierze pod uwagę. Okazało się za to, że niektóre decyzje służą celom politycznym albo wyborczym. Zapomniano o funkcji edukacyjnej, promocji miasta. Dla moich znajomych zza granicy i dla mnie także – Częstochowa to Jasna Góra i „Gaude Mater”. A teraz ktoś zepsuł coś, co funkcjonowało dobrze i przynosiło efekty. U nas niestety wiele się w obszarze kultury psuje. Widoczne jest to na przykładzie Opery Kameralnej, Chóru Polskiego Radia albo polskich filharmonii, z których usuwa się dyrygentów. Widać taka teraz moda – na arogancję, brak wyobraźni i brak kultury.

MP:  Podejście zagranicznej publiczności jest inne?

PŁ:  Publiczność jest zazwyczaj bardzo pozytywnie nastawiona. Obserwuję to na przykładzie swojej działalności. Inną sprawą jest odzew krytyków. W Wielkiej Brytanii – choćby w „BBC Music Magazine” czy „Gramophone” – mam zawsze bardzo pozytywne recenzje. Natomiast w Polsce nie mam problemu z recenzjami, bo one się po prostu nie pojawiają. Może powinienem wyemigrować…

MP:  Myśli Pan, że polscy krytycy nie chcą się zajmować muzyką sakralną?

PŁ:  Myślę, że polska krytyka wolałaby raczej kreować w jakiś sposób historię muzyki. Podsuwać, decydować, proponować i ustawiać to, co powinno mieć odzew, a co nie. A życie, niestety, boleśnie weryfikuje takie zamiary.

MP:  A może krytycy nie mają narzędzi, warsztatu, doświadczenia, nie potrafią odnaleźć się w tej estetyce?

PŁ:  Mam wrażenie, że krytycy boją się zawartości piękna w muzyce. Pokazanie własnego wnętrza jest bardzo niemodne. Krytyka tego nie lubi. I to jest jakiś mankament. Dlaczego wstydliwe jest, żeby coś wewnętrznie przeżywać albo, żeby coś się komuś podobało i go poruszało? Mam wrażenie, że wolimy odbierać muzykę matematycznie i intelektualnie, a boimy się głębi i odbioru wewnętrznego. Prostsze jest odbieranie „sztuki dla sztuki”, niż szukanie dźwięków, które zostaną w duszy na dłużej.

MP:  Mówi Pan o sobie szczerze: „Nie muszę się zajmować poszukiwaniem nowych systemów dźwiękowych, mogę sobie pozwolić na wolność”. Czuje Pan, że ma dziś taką wolność?

PŁ:  Uważam, że każdy może pisać tak, jak chce. Komponowanie jest bardzo osobistą sferą życia. Niedobrze byłoby, gdybyśmy komponowali, bo musimy. Gdybym „musiał” coś, czego wcale nie chcę. A ja czuję, że jestem wolny i mogę pisać to, co mnie interesuje. Dobór dźwięków, rytmu, wyrażenie konkretnego przesłania – w tym mam pełną swobodę. I oczywiście, mogą pojawić się głosy, że być może ja z jakiegoś powodu muszę pisać w stylu sakralnym. Ale ja wcale nie muszę. I jeśli ktoś myślał inaczej, będzie zawiedziony. 

Opublikowano: 2012-10-10

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Przeczytaj również

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 261