Od kryptowalut po bluzy kangury, czyli krótkie podsumowanie polskich wydawnictw hip-hopowych Anno Domini 2018

Ziemowit Słodkowski

od-kryptowalut-po-bluzy-kangury-czyli-krotkie-podsumowanie-polskich-wydawnictw-hip-hopowych-anno-domini-2018
Soma 0,5 - okładka, materiały prasowe

Rok 2018 był niezwykle bogaty w różnorakiej maści wydawnictwa rapowe. Jako, że ten gatunek muzyki przeżywa obecnie swój renesans (według badań z 2017 roku, hip-hop wyparł rock z pierwszego miejsca w rankingu najpopularniejszych gatunków muzycznych i ani myśli oddawać laur zwycięstwa) a polska scena hip-hopowa była nad wyraz aktywna w kończącym się już roku, postanowiłem zrobić małe podsumowanie przedstawicieli tego gatunku z naszego rodzimego podwórka. Aby nieco uporządkować i usystematyzować niniejszy tekst, podzieliłem muzyków i ich najnowsze albumy na cztery kategorie. W kolejnych częściach tekstu postaram się po krótce opisać każdą z nich, obrazując każdy z tych opisów konkretnymi przykładami artystów, których uznaję za obecnie najważniejszych w danym nurcie.

Nowobogaccy

Przedstawicieli pierwszej kategorii nazwę umownie „nowobogackimi”. Są to zazwyczaj młodzi artyści, którzy traktują muzykę jako łatwą i przyjemną drogę to zarobienia dużych pieniędzy (czy też „hajsu”). Ich teksty zazwyczaj obracają się wokół tematu bogactwa, a w ich teledyskach zobaczyć możemy piękne domy, szybkie samochody i półnagie kobiety. Nie zrozumcie mnie źle – nie uważam, żeby muzyka ta była zawsze zła i asłuchalna, wręcz odwrotnie – potrafi być bardzo chwytliwa i nadzwyczaj skutecznie „wkręca” się słuchaczowi w głowę (niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto ani razu nie zanucił w tym roku „Tamagotchi”). 

To poletko zostało zdecydowanie zdominowane przez Taco Hemingwaya i Quebonafide. Ci dwaj niezwykle przedsiębiorczy i – bądź co bądź – całkiem utalentowani panowie wpadli na pomysł jak swoją popularność przełożyć na jeszcze większe sumy na koncie. Tak właśnie zrodził się duet Taconafide i tak powstało jego debiutanckie dzieło Soma 0,5. Raperzy nawet nie starają się ukryć, że ich album powstał w głównej mierze dla pieniędzy. To właśnie ich dotyczy duża część tekstów na płycie, choćby utwór „Kryptowaluty”: „Nie gadaj do mnie, sprawdzam kwit online/ Pod materacem trzymam bitcoina”. Nawet kiedy muzycy próbują  odwoływać się do poważniejszych tematów (takich jak depresja) robią to niezwykle powierzchownie i po łebkach, w wyniku czego zamiast wzruszenia wywołują u słuchacza jedynie uśmiech politowania. Weźmy na przykład ten fragment: „Czasami czuję, jakbym pisał te wersy dla garstki/ Tamtych dzieciaków, które miały pocięte nadgarstki” i dalej: „Kumpel z mej ulicy się powiesił/ A widziałem, jak uśmiechał się do mnie tak miesiąc wcześniej”. Niezwykle trudno jest mi uwierzyć w szczerość i dobre intencje raperów, kiedy już w następnym utworze zapominają na dobre o „dzieciakach z pociętymi nadgarstkami” rapując: „Popijam szprycer, Kuba przelicza cash z Candy”. Nie mam nic przeciwko tekstom o pieniądzach i sławie, ale panowie, miejcie chociaż na tyle przyzwoitości i grajcie ze słuchaczami w otwarte karty. Duetowi raperów nie można odmówić natomiast jednego – znalazł okazję żeby „trochę” zarobić i wykorzystał ją – około 100 tysięcy sprzedanych płyt, potrójna platyna, koncerty wyprzedające się na pniu, dziesiątki milionów wyświetleń na YouTube. 

Sam Taco Hemingway wydał zaledwie kilka miesięcy później swój solowy album Cafe Belga na którym powiela wiele schematów z Somy i ubolewa między innymi nad losem osoby publicznej, która nie może poruszać się już komunikacją miejską ze względu na swoją rozpoznawalność. A szkoda, bo jeszcze kilka lat temu warszawski raper miał naprawdę sporą szansę, żeby stworzyć coś ciekawego i wartościowego i, a jego produkcje zwiastowały powiew tak bardzo potrzebnej świeżości na polskiej scenie rapowej. Jak na ironię, jeszcze całkiem niedawno, w hicie „Nowy kolor” prześmiewczym tonem rapował: „Dla tych raperów największe marzenie, to żeby zagrano ich w Esce”. No cóż, Taco. Teraz to ciebie grają w Esce.

Na uwagę w tej kategorii zasługuje również Żabson ze swoimi dwoma wydawnictwami – To ziomal i Trapollo, sprawnie łączący elementy disco, popu i trapu. Oczywiście, wspominam o tych płytach jedynie ze względu na ich sukces komercyjny, bo żadnej wartości artystycznej w muzyce tego rapera się nie doszukamy.

Stara szkoła

Reprezentanci „starej szkoły” to raperzy, którzy w środowisku obracają się już od jakiegoś czasu, wiedzą ,gdzie, co, jak i najzwyczajniej w świecie... robią swoje. Nie „wychylają się", mają całkiem sporo wiernych fanów, którzy (głównie z sentymentu) słuchają najnowszych dokonań swoich ulubieńców i kupują ich płyty. Swoją drogą, mam wrażenie, że kupowanie albumów jest w polskim środowisku hip-hopowym powszechniejsze niż choćby wśród fanów muzyki elektronicznej czy rockowej. Być może wynika to z częstego podkreślania wagi lojalności przez muzyków (na przykład w utworach z przekazem typu „kupuj polskie rap płyty”).

W tym roku tego typu „staroszkolnych” albumów pojawiło się kilka. Jedne były lepsze, inne gorsze. Z tych pierwszych wymienić warto Mołotow Borixona czy EP-kę Osad Włodiego. Nieco gorzej na tle powyższych wypadły niestety najnowsze dokonania Hemp Gru i O.S.T.R. Jako czystą ciekawostkę warto przypomnieć również  Mixtape 6 DJ Decksa. Nie jest to co prawda nic wybitnego, ale znanemu fanom początków polskiego hip-hopu DJ-owi udało się zebrać na płycie całkiem pokaźną część polskiej sceny rapowej.

Młode wilki

„Młode wilki” to zazwyczaj bardzo młodzi raperzy, którzy stawiają dopiero pierwsze kroki na scenie i wciąż szukają własnej drogi. Ich muzyka jest zazwyczaj dużo świeższa i bardziej odkrywcza od dokonań wcześniej wymienionych muzyków. 

Świetnym tego przykładem jest zaledwie piętnastoletni (sic!) raper i producent schafter, który na tegorocznym hors d'oeuvre eksploruje rozmaite tereny, a jego jazzujące, klimatyczne i przestrzenne podkłady przywodzą na myśl produkcje przedstawicieli nurtu art-rapu zza oceanu. Operując w mocno zakorzenionej w internecie kulturze, nawiązuje do stylistyki vaporwave, celowo poruszając się na granicy kiczu. Tekstowo również nie jest najgorzej, młody raper sprawnie wplata w teksty wyrażenia angielskie, nie robiąc przy tym krzywdy językowi Szekspira. Co krok odnosi się też do świata popkultury, faszerując każdy wers mnóstwem ciekawych smaczków. Jak choćby w utworze „good will hunting”: „Teraz tylko lay low/ Czuję się jak nowy Mark Renton/ Młody Matt Damon/ Wszystko z moją Boa Hancock/ Wezmę ją na dancefloor/ Razem posłuchamy Redbone”.

Innym przykładem udanego „undergroundowego” debiutu jest EP-ka zdycham powoli ale konsekwentnie młodego π. Oscylujący gdzieś pomiędzy cloud a emo rapem minialbum porusza temat depresji, robiąc to jednak znacznie świadomiej i staranniej od wcześniej wspomnianego Taconafide. Na nieco ponad 20-minutowym krążku padają takie nazwiska jak James Joyce, Slavoj Zizek czy Steven Morrissey - raper bardzo obficie odnosi się do świata literatury, muzyki czy filozofii, tym samym odcinając się niejako od bardzo hermetycznego, mimo wszystko, środowiska hip-hopowego. I owszem, czasem strzela sobie tym w kolano, popadając w zbędną pretensjonalność, ale przynajmniej ma odwagę żeby zrobić coś innego. A to się ceni.

Nieco inne podejście do muzyki rapowanej reprezentuje formacja Ćpaj Stajl, która na swoim wydawnictwie Lato w ghettcie powraca poniekąd do korzeni gatunku, jednocześnie całkowicie się od nich odcinając. Już tłumaczę o co mi chodzi. Raperzy z tego kolektywu z jednej strony serwują słuchaczom uliczny, gangsterski rap z prawdziwego zdarzenia, z drugiej jednak łączą go z elektronicznymi, klubowymi podkładami i internetową estetyką. Brzmi nieźle? To dodam jeszcze, że wszystko to okraszone jest solidną dawką humoru i dystansu do siebie. Trudno w końcu nie uśmiechnąć się pod nosem, słysząc: „Policja mówi mi stój/ Ja puszczam radio na full”. Słychać, że panowie doskonale bawią się, robiąc muzykę. A przecież to w tym wszystkim powinno być najważniejsze.

Wyróżnić w tej kategorii muszę również Płytę Rodzaju Meek, Oh Why?, album, którego co prawda wielkim fanem nie jestem, ale potrafię docenić ambicje Mikołaja i pomysł, jaki ma na siebie. Łącząc w sobie elementy indie-popu z alternatywnym hip-hopem, młody muzyk z pewnością trafi do młodszego grona odbiorców, niestety mam wrażenie, że teksty na tej płycie są zbyt nadęte i pseudo-poetyckie, żeby dojrzalszy słuchacz rapu mógł się przy niej dobrze bawić. No bo przeczytajcie na przykład to: „Duch od Snów i Bzdur już milczy / Spocone niebo mnoży skłony za zasłoną z chmur / Nad miastem krąży zapach ledwo tlących się już zgliszczy, wygasającego świata kłamstwomównych dawców dóbr / Ja zlany potem nieba, w mieście rozpalonych zmysłów drepczę jedną z dróg / Niech się miasto nie gniewa, lecz wyblakła nasza miłość - wyprowadzam się do snów”. A to dopiero trzeci utwór na krążku. Dalej jest jeszcze gorzej.

Nonkomformiści

Ostatnią, ale wcale nie mniej ważną kategorią są „nonkomformiści” – muzycy wytrwale podążający swoją ścieżką, ignorując panujące obecnie trendy, eksperymentujący z dźwiękiem i stylem, nie ulegający pokusie wielkich pieniędzy i wielkiej sławy.

Z tej grupy zdecydowanie największy podziw budzi duet Syny, składający się z rapera Piernikowskiego oraz producenta 1988. Ich album Sen to czwarta część Synowskiej serii – po Oriencie z 2015 roku, solowym No Fun Piernikowskiego z 2017 (nawiasem mówiąc, to mój faworyt w tym zestawieniu) oraz Grudzie 1988 wydanej również w 2017 roku. Tym panom udało się stworzyć własne uniwersum, w którym każda część idealnie współgra z innymi; znajdziemy w nim również zestaw wyrażeń i symboli przewijających się we wszystkich wspomnianych dziełach. Są to między innymi „białasy” (czyli chłopcy z osiedla), „czarne bluzy" (kangury), buty Nike (oczywiście również czarne), dymiarka Antari M-10 czy kadzidła tlące się na każdym koncercie Synów. Atmosfera mistycyzmu i melancholii panująca w muzyce duetu, w połączeniu z charakterystycznym, mamroczącym flow Piernikowskiego daje coś niepowtarzalnego i jedynego w swoim rodzaju. Brudne, synthowe, instrumentalne pasaże 1988 funkcjonujące jako przerywniki pomiędzy bardziej „tradycyjnymi” kawałkami rapowymi budują atmosferę przygnębienia i szarości osiedlowego życia. Równie ważne są z pozoru chaotyczne i niepoukładane teksty Piernikowskiego. Weźmy na przykład ten z utworu „Mój ruch”: „Jestem wysoko, potem jestem nisko/ W kwestii emocji to wszystko” i dalej „Synoskie sny na głośnikach, w sercach panika” – jest to obraz człowieka wypranego z emocji, jednocześnie jednak rozdartego wewnętrznie. Pomimo, że bardziej przemawia do mnie chłodny, wręcz grobowy klimat panujący na No Fun i chaos Orientu, to nie można odmówić nieco mniej „roztrzęsionemu”, najnowszemu albumowi Synów ogromnego sukcesu – artystycznego, ale też w jakimś stopniu komercyjnego, bo przecież Sen uplasował się w czołówce bardzo wielu tegorocznych polskich podsumowań albumowych.

Ostatnim przedstawicielem tej kategorii, o którym chciałbym wspomnieć jest Wojciech Bąkowski, znany głównie z duetu Niwea, który tworzył z Normal Echo aż do momentu, w którym drogi panów rozeszły się i oboje zaczęli nagrywać solowo. Jazz Duo, bo tak nazywa się najnowsza płyta Bąkowskiego, wbrew temu co sugeruje tytuł, nie ma nic wspólnego z jazzem, a niewiele więcej... z hip-hopem. Post-rap tworzony przez poznańskiego (choć teraz już raczej warszawskiego) artystę trudno jednoznacznie zaklasyfikować. Chaotyczne i ciężkie w odbiorze kolaże dźwiękowe, jakby posklejane bez ładu i składu, w połączeniu z melodeklamacją (bo rapem tego nazwać nie można) tworzą muzykę bardzo trudno przyswajalną, ale jednocześnie, w jakiś dziwaczyny sposób, niezwykle satysfakcjonującą. Złośliwcy mawiają, że twórczość Bąkowskiego sprawdzić się może jedynie w przestrzeniach galerii sztuki współczesnej przed garstką studentów z ASP. Ja jednak, pod płaszczykiem tego artystycznego, zblazowanego stylu dostrzegam niezwykle celne i pełne gorzkiego poczucia humoru spostrzeżenia muzyka na temat ludzi. W „Sprawach” słyszymy na przykład: „Ludzie to debile/ Ty nie/ Ty to co innego” i dalej „Jestem dobrym artystą i wiem to/ Inni artyści to g*wno/ Robią g*wno /Chyba że ci co nie żyją” albo: „Jestem wariatem/ Pod pewnymi względami kompletnym idiotą/ Ale się staram spokojnie jeść śniadanie/ Wolno, z humorem, co rano”.

Podsumowując, 2018 rok obfitował w różnej maści albumy hip-hopowe, a niezwykle różnorodna polska scena rapowa to coś, z czego możemy być, moim zdaniem, naprawdę dumni. Oczywiście nie sposób na kilku stronach ogarnąć takiego ogromu wydawnictw, więc musiałem pójść na pewne ustępstwa i zrezygnować z wielu rzeczy. Są to na przykład Ground Zero PRO8L3Mu czy Nikt nie słucha tekstów Afrojaxa

Na koniec mały apel: kupujcie polskie rap płyty, słuchajcie polskich rap płyt. Bo czasem trafi się wśród nich coś naprawdę godnego uwagi. Apel kieruję nie tylko do fana hip-hopu, ale do każdego szanującego się fana muzyki rozrywkowej w ogóle.

 



Dofinansowano z środków Funduszu Popierania Twórczości Stowarzyszenia Autorów ZAiKS


Opublikowano: 2019-06-09

Przewiń do góry lub wróć do poprzedniej strony.

Wypowiedz się

Opinie mogą dodawać tylko zarejestrowani użytkownicy.

logowanie i rejestracja
Wydanie 284